Crash Team Racing: Nitro-Fueled (PS4)

Najlepsze gokarty na konsolach stały się jeszcze lepsze.

CTR:NF miało być moim tytułem sezonowym, do którego będę regularnie wracał wieczorami, pomiędzy innymi tytułami. ActiVision, wspólnie z developerami z kanadyjskiego Beenox, którzy odpowiadają za remake, zrobili mi jednak psikusa, i wraz z nadejściem kwietnia zamknęli wsparcie sezonów online. Kiszka. W takim wypadku nie było sensu czekać dłużej z recenzją, skoro kampanię ograłem w kilka dni, tygodnie temu. Poniekąd sam jestem sobie winien, bo zwlekałem z ograniem odświeżonego Crash Team Racing, którego pierwowzór uwielbiam przecież ponad siły. CTR z szaraka to jedna z moich ulubionych pozycji w portfolio PS1 i najlepsze karty, w jakie grałem na konsolach. a mówię to jako zdobywca złotej myszki w turnieju Mario Kart, na zjeździe słuchaczy podcastu InputLag – sam nie wiem, czemu się tym chwale. Teoretycznie więc powinienem być zaniepokojony wyzwaniem odświeżenia tak genialnej produkcji, ale widząc jak wypadł remake trylogii przygód jamraja, wiedziałem, że nie ma powodów do obaw. I się nie myliłem. Ani troszkę.

Nitro-Fueled to więcej niż remake Crash Team Racing z PS1. Studio Beenox albowiem, nie tylko odświeżyło w całości tytuł z szaraka, ale również srogą część jego kontynuacji, Crash Nitro Kart oraz Crash Tag Team Racing. To mnie akurat bardzo cieszy, ponieważ pamiętam obie gry jako całkiem udane. Z naciskiem na tą pierwszą. Prawie czterdzieści tras, ponad pięćdziesięciu zawodników do wyboru, multum trybów zabawy i odniesienia do całego uniwersum Crash Bandicoot, sprawia, że to największa paczka jamrajowego szaleństwa w historii gier. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy zawartość szarakowego Crash Team Racing, to wystarczająco wiele na współczesny remake, ma odpowiedź – Beenox poszedł po bandzie i wcisnął pedał w podłogę, ile fabryka dała. Osobiście wystarczałoby mi, aby twórcy jedynie odświeżyli mi uwielbione gokarty i byłbym zadowolony, więc z contentu na płytce jestem bardziej niż bardzo zadowolony. Szczególnie, że ekipa w wielu miejscach zrobiła więcej niż tylko odświeżyła starą zawartość. Linia startu na każdej z tras została wizerunkiem dopasowana do samej trasy, gdzie wcześniej była identyczna na wszystkich. W trybie Adventure (kampania dla jednego gracza), do zebrania są złote jaja, które po zaniesieniu kompletu w odpowiednie miejsce, odblokują jedną z nowych postaci. Muzyka została odświeżona, mamy więcej linii dialogowych dla zawodników, itd. itp. A to wszystko za „mniejszą” cenę na premierę – WOW.

Względem wersji z PS1, nie zmienił się natomiast gameplay, co jest świetną wiadomością. Crash Team Racing odróżniało się od innych produkcji „fun gokartowych” tym, jak duży nacisk kładło na umiejętności graczy. Można by powiedzieć, że były to wyścigi skillowe i nie będzie to przesadą. Remake zachowuje taki stan rzeczy, a nawet wydaje mi się, jeszcze bardziej przykręca śrubę – o tym za chwilę. Generalnie chodzi o to, że sprawa ma się podobnie do większości bijatyk: siadając ze znajomymi przed TV do wspólnej gry, od razu można poznać, kto w dany tytuł grać potrafi, kto nie, a kto jest koksem grupy. Nie chodzi wyłącznie o znajomość tras (choć to pomaga srogo), ale opanowane atutów kierowanego pojazdu (gokarty się od siebie różnią) oraz umiejętne korzystanie z tzw. power slide’u – pokonywania zakrętów poślizgiem z rytmicznym odpalaniem dopalacza. Zawsze podobała mi się ta „głębia”, oddzielająca laika od weterana w CTR i ciesze się, że odświeżone Nitro-Fueled ją zachowało. Zmienił się natomiast poziom trudności. Na pierwszym PlayStation poziom Hard nie był dla mnie żadnym wyzwaniem. Zarówno singla, jak i wszelkie inne tryby wygrywałem bez specjalnego stresu. Tutaj natomiast, najtrudniejszy poziom to CIĘŻKI orzech do zgryzienia – albo moje umiejętności tak bardzo zerdzewiały. Odpalanie czegokolwiek w nim, wymaga od nas perfekcyjnego opanowania wszystkich elementów rozgrywki. Wybaczcie, ale muszę (i trochę bardzo chcę) użyć obciachowego porównania: Crash Team Racing; Nitro-Fueled to dark souls gokartów. Przynajmniej grając na najwyższym poziomie trudności.

Kolejnym elementem, który nie uległ zmianie względem pierwowzoru z PS1, jest wspomniany tryb Adventure oraz sama fabuła kampanii dla jednego gracza. Crash Bandicoot oraz jego siostra Coco, ścigali się z innymi bohaterami w gokartach, kiedy to nagle nad nimi pojawił się statek kosmiczny. Za jego sterami był niejaki Nitros Oxide, który nazywał siebie: najwspanialszym kierowcą w galaktyce. Zamierzał on zamienić planetę bohaterów w gigantyczny parking, chyba, że ci pokonają jego współótrów oraz – finalnie – jego samego. Rozpoczynają się zawody o dalszy lot planety. Tyle ze wprowadzenia fabularnego. W historii nie zmieniło się względem wersji z szaraka nic, a w tym również koncepcja. Tryb kampanii przypomina trylogię przygód jamraja: kilka światów do pokonania, w nich portale do poszczególnych wyścigów, a po zdobyciu pierwszego miejsca we wszystkich, stracie ‚1 na 1’ z bossem. Zakończenie jedno za przejście ścieżki krytycznej oraz „pełne” po zdobyciu kolorowych kryształów i relikwii za czasówki – praktycznie identycznie, jak np. zabawa w odsłonach Warped czy Cortex Strikes Back. Źle? Nope. Wystarczyło na PS1, wystarczy i teraz. Samo ukończenie Adventure to zabawa na jakieś pięć, może sześć godzin, aczkolwiek „calakowanie” trybu to kilka godzin i wyrwanych z głowy włosów więcej.

Niepodlegającym elementem kampanii (jak i samej gry zresztą), który powoduje największe uderzenie dopaminy, jest oprawa graficzna. Mógłbym napisać, że remake wygląda dokładnie, jak nasze wspomnienia o produkcji z dzieciństwa, a i tak nie oddałoby to, jak fenomenalnie wygląda Crash Team Racing: Nitro-Fueled. Ekipa Beenox wykonała równie świetną robotę, co Vicarious Visions przy odświeżonym N’Sane Trilogy – może nawet ich pobiła. Dla tych, dla których będzie to pierwszy kontakt z gokartowym jamrajem, gra będzie po prostu cholernie ładnie prezentującym się tytułem. Pełnym kolorowych i żyjących tras, szczegółowych modelów zawodników i ich przezabawnej mimiki, a kończąc na efektach towarzyszących batalii podczas wyścigów. Natomiast, osoby – podobnie jak ja – dobrze pamiętające tytuł z późnych lat dziewięćdziesiątych, na długo nie wyjdą z zachwytu, jak niesamowicie przeniesiono grę w ósmą generację konsol. Na razie ActiVision trafia z remake’ami w dziesiątkę. Aż jestem ciekaw, czy Spyro podtrzyma formę i równie zachwyci wykonaniem, co powroty Crasha.

Jak już wspomniałem na początku, w chwili czytania recenzji, w grze online zabraknie Grand Prix, a więc zawodów sezonowych, w których mogliśmy zdobyć wyjątkowe elementy customizacji kartów i postaci, a także cieszyć się nowymi trasami do gry. Znika również druga waluta, za którą dotychczas mogliśmy kupować przedmioty w wewnętrznym sklepiku z lootem. W zamian twórcy przygotowali wyzwania, które będą się odnawiać po dniu, tygodniu, miesiącu itp., a za ich osiąganie otrzymywać będziemy złote monety, które stały się jedyną walutą obowiązującą w grze – to akurat dobrze, bo im prościej tym lepiej. Gorzej natomiast, ponieważ: wyzwania do łatwych nie należą, z regularnej gry zbyt wiele ich nie leci, a na odblokowanie np. dotychczas dostępnego w sezonach stroju dla postaci, trochę nam przyjdzie ich zbierać. Brak Grand Prix uwypuklił jednocześnie, już wcześniej zauważalną, słabość sieciowego multi remake’a – brakiem polotu w różnorodności zabawy. Wchodzimy do pokoju i gra szuka nam graczy, w trybie pojedynczego wyścigu lub Battle. Tyle. Mam w głowie co najmniej kilka pomysłów, których nie wiem, jak można było nie wprowadzić od trybu online. Jednym z nich na pewno byłyby rankingi, z klasycznych podziałem na brąz, srebro, złoto itd. Jednocześnie pozwoliłoby to cieszyć się bardziej ze zmagań z innymi graczami, albowiem teraz do jednego wyścigu trafiają zupełnie losowi gracze, co przy tak skillowej rozgrywce, nie powinno mieć miejsca. Szkoda, bo pomimo niepodwarzalnej prawdzie, że CTR wieloosobowo błyszczy przy zabawie na podzielonym erkanie (do 4 graczy max), tak – moim zdaniem – niewielkimi środkami, było można z trybu sieciowego wycisnąć znacznie więcej.

Mimo wszytko jednak, pozytyw przykrywają powyższe bolączki sieciowej zabawy. Crash Team Racing: Nitro-Fueled to remake pełną gębą, przez duże ‚R’ i kolejne udane odświeżenie tej generacji. Trzeba przyznać, że twórcy mocno uderzają w naszą nostalgię za tytułami z późnych lat dziewięćdziesiątych ostatnio. Swoje zrobił Capcom, Square Enix również, a teraz Beenox. W dechę produkcja. W dechę remake. Kupować i wciskać gaz do dechy!

PLUSY

➕ wizulanie olśniewający
➕ rozgrywka skrojona pod każdego gracza
➕ jest co masterować dla zapaleńców
➕ płytka wypchana zawartością po brzegi
➕ zachowano co najlepsze, poprawiono co się postarzało
➕ wzór dla każdego robiącego REMAKE czegoś

MINUSY

➖ słąbiutki tryb online
➖ brak sensownego matchmakingu
➖ ceny w sklepiku mogłyby po zamknięciu sezonów nieco spaść


📌Uwaga! Osoby chorujące na schorzenie wywołujące niestrawności rozgrywki i zanikanie przyjemności z ogrywanego tytułu, na skutek jakiejkolwiek implementacji mikrotransakcji, powinni wiedzieć o istnieniu kupnych lootboxów/wirtualnej waluty w grze. Przed użyciem zapoznaj się z recenzją, gdyż jeśli zostały niewłaściwie zastosowane zagrażają uzależnieniu od hazardu, oraz uszczerbkowi na życiu lub zdrowiu(psychicznym).

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: