No More Heroes: Heroes Paradise (PS3)

Historia o graczu, otaku i zabójcy, inspirowanym osobą Johnny’ego Knoxville’a (ten typ z Jackass) – co może pójść nie tak?

Do zagrania w ten tytuł zmobilizował mnie zbliżający się 51-szy odcinek podcastu RaczejKonsolowo, albowiem nie będzie lepszej okazji do pogadania o tytule SUDA51. Z drugiej strony, o No More Heroes przypominałem sobie za każdym razem, gdy wycierałem z kurzu kontrolery PS Move, które kupiłem od znajomego z 4 lata temu i nie użyłem do teraz. Czekałem właśnie na produkcje Japończyka – wszak skoro tytuł był portem z konsoli Wii, to wydawało mi się naturalnym, że to właśnie z wykorzystaniem „różdżki” powinienem go ogrywać. Natomiast jeśli chodzi o samego Sudę, to jego gry nie są mi obce, aczkolwiek ta jest zdecydowanie inna aniżeli Killer 7 czy The Silver Case, które już ograłem. Jeśli już coś, to bliżej jej do Killer is Dead, aczkolwiek musiałbym mocno naciągać porównanie. No More Heroes jest specyficzne i skrojone pod odpowiednią publikę. Zatem, skoczcie do toalety, odświeżcie się i wkroczcie do Ogrodów Szaleństwa.

Bohaterem historii jest Travis Touchdown, którego osobę idealnie opisuje obraz jego nędznego mieszkania w motelu miasta Santa Destroy – niezbyt wiele mebli, na łóżku długa poducha do…przytulania, ściany oblepione plakatami „animcowych” dziewczynek w stylu Czarodziejki z Księżyca, pomiędzy nimi maski luchadorów, na kilku półkach modele mechów. Za to salon, to w zasadzie telewizor i fotel, obok którego wymownie uplasowano pudełko chusteczek. Brzmi znajomo drodzy gracze i „mangozjeby”? Travis jest satyrycznym przykładem geeka i nerda, żyjącego gierkami, japońskimi „bajkami” i marzeniami o zaliczeniu. Podobno Goichi Suda, gdy próbował sprzedać jego wizerunek swojemu zespołowi, opierał się na postaci Johnny’ego Knoxville’a z Jackass, choć moim pierwszym skojarzeniem był Vash z anime Trigun – albowiem, jak to zwykle bywa w anime, pod przykrywką zboczonego nieudacznika kryje się prawdziwy kozak. Travis kontynuuje nurt takowych bohaterów. Za swój cel życiowy Travis wybrał sobie bycie zabójcą numerem jeden w rankingu UAA (United Assassins Association). Grę rozpoczynamy w momencie, gdy Travis staje przed misją zdobycia dziesiątego miejsca rankingu. Na ogromnym motorze wpada do posiadłości rywala, dwójce jego ochroniarzy odcina głowy mieczem świetlnym (inspiracja Space Balls, nie Star Wars!), wykrzykując: „Fuckheads!” – prawdopodobnie już dotarło do was z jakim typem produkcji mamy tu do czynienia.

Kiedy myślę o No More Heroes, w głowie jawi mi się momentalnie określenie over the top, które jest często stosowane przez zagraniczne media i oznacza coś totalnie odjechanego, ekstremalnego czy wręcz niepokojącego. Analogicznie, zawsze postrzegałem Goichiego Sudę, jako odpowiednik Quentina Tarantino branży gier – jego gry mają szczególny wydźwięk. Od pierwszych minut przygoda Travisa Touchdown skojarzyła mi się chociażby z Kill Billem – główny bohater tnie sobie drogę przez zastępy przeciwników, przemalowując wszystko dookoła na czerwono. Dekapitacje kończyn, ścinanie głów czy cięcia w pół wrogów to norma. Co ciekawe, bossowie gry mimo pozbawienia ramion potrafią wdać się z nami w dyskusję, przy akompaniamencie tryskającej z boków juchy. Tak, dużo tutaj kina klasy B, co tylko umacnia moje porównania do twórczości Tarantino, Rodrigueza, czy obu. I tak jak to się ma z produkcjami obu panów z Hollywood, tak i po No More Heroes powinny sięgać osoby, którym takowy styl nie przeszkadza lub właśnie tego szukają – ci będą się tutaj świetnie bawić do samych creditsów, który jest idealnym zakończeniem tak „kiczowej” produkcji. Dosłownie nie wierzyłem, co się odpierdala w fabule przez ostatnie minuty, a żona komentowała z boku wydarzenia na ekranie przez: „No nieeee…”, prychając pod nosem. Byłem gotów już powiedzieć, że fabularnie było „wporzo”, ale nie jestem w stanie pominąć zaskoczenia ostatnich scen tytułu. Cwaniak ten Suda.

Gameplay podzielony jest na dwie części: misje fabularne oraz czas wolny pomiędzy nimi. Pierwsze nie kryją w sobie nic specjalnie zaskakującego. Udajemy się w określone miejsce, gdzie po serii cutscenek oraz falach/pomieszczeniach pełnych przeciwników, docieramy do kolejnego zabójcy w rankingu UAA. Gatunkowo rozgrywka jest przedstawicielem hack’n’slash, z naciskiem na ciachanie przeciwników. Tytuł wyszedł na Wii, to sterowanie zbudowano całkowicie pod korzystanie z kontrolerów nawigacji i ruchu PS Move. Ponieważ nie jestem przyzwyczajony do takowego sterowania, byłem mile zaskoczony, że gra nie wymaga ode mnie aerobiku przed TV, więc sesję z tytułem nie kończyłem spocony jak świnia i mogłem ją spokojnie rozegrać siedząc na kanapie. Zabawa jest prosta. Jednym przyciskiem wykonujemy uderzenia mieczem, analogiem sterujemy postacią, a blokujemy stając w miejscu lub przytrzymując L2. Kontroler ruchu wchodzi do zabawy przy okazji kilku sytuacji: kończąc przeciwnika finisherem, gdzie musimy machnąć różdżką w odpowiednim (przedstawionym na ekranie) kierunku, wykonując tzw. rzuty zapaśnicze (ta sama zasada, co wyżej), a także gdy dojdzie do starcia ciosów z przeciwnikiem – wtedy musimy robić okręgi kontrolerem, zgodnie z kierunkiem pokazanym na TV. Dodatkowo, Travis może trzymać miecz w dwóch pozycjach: górnej i dolnej, pomiędzy którymi przełączamy się kierując świecącą gałę ku ziemi lub sufitowi. Sami więc widzicie, że większość ruchu, jaki tytuł od nas wymaga można wykonać z poziomu nadgarstka, bez konieczności robienia sobie miejsca w pokoju przed partyjką – takie cuda dopiero jak dojdę do Beat Saber na PS VR.

O ile jednak z poziomu cięcia przeciwników na kąski tytuł jest całkiem przyjemny, a wykorzystanie różdżki wnosi wiele do imersji, tak pod kątem wygody sterowania to nie jest najlepiej. Lawirowanie kamerą jest cholernie uciążliwe. Wiele razy przyjdzie nam ciąć przeciwników na ślepo, albowiem obrócenie widoku na nich zajmuje trochę, a zerowanie perspektywy pod trójkątem dezorientuje. Do tego Travis porusza się strasznie drewniano. Otwarcie skrzynki stojącej w miejscu niekiedy kosztowało mnie kilka nieudanych uderzeń w powietrze, zanim skierowałem zarówno Travisa i kamerę idealnie na nią. Zdecydowanie jest to koszt, jaki tytuł musiał ponieść, gdy postanowiono, że zamiast padem, No More Heroes będzie wykorzystywać sterowanie „pilotami”. Z drugiej strony, przy standardowym kontrolerze Travis nie mógłby ładować katany wymownym ruchem „czochrania bobra” – a my podobnie, wiec krzywe spojrzenia obserwujących was gwarantowane. Skoro już jesteśmy przy dziwnych minach: pewnie zrobiłem podobną, gdy się okazało, że przy okazji jednej z misji pobocznych muszę podłączyć pada. Powód? Travis miał dawać sygnały wizualne dwiema chorągiewkami statkom na morzu. Na ekranie pojawiały się dwie strzałki, odpowiednio dla lewego i prawego kontrolera. Jednak panowie odpowiedzialni za port zapomnieli, że Sony – w odróżnieniu od Nintendo – do kontrolera nawigacyjnego nie pakowało czujników żyroskopowych. Trochę mi zajęło zanim zdesperowany sięgnąłem po podpowiedź w internecie. Mówię wam: dobrze, że jestem tak opanowanym człowiekiem.

Dobra, dobra. Już tłumaczę, o co chodzi z tymi statkami i sygnałami. Uczestnictwo w walkach rankingu UAA, nie jest tanie. Przed każdą z walk, odpowiednia ilość pieniędzy musi zostać zdeponowana w bankomacie, aby mieć możliwość podjęcia się kolejnej misji. Z tego powodu Travis musi pracować, podejmując się przeróżnych zajęć z lokalnej agencji pracy, która – z jakiegoś powodu – prowadzona jest przez gości wyglądających niczym osiedlowe dresy. Zadania są różne. Od zbierania śmieci, czyszczenia ścian z graffiti, szukania zaginionych kociaków, aż po etat na stacji benzynowej czy rozcinanie lecących w kierunku naszego krocza kokosów. Każda fucha to w zasadzie mini-gra z wykorzystaniem kontrolera ruchowego i sprawiają one całkiem sporo dobrej zabawy. Za pomyślnie wykonane zadanie otrzymujemy kasę, a także polecenie nas do lokalnej agencji zabójców, gdzie możemy wykonywać pomniejsze misje za dodatkowy hajs: pokonaj 100 przeciwników przed upływem czasu, zabij wszystkich wrogów bez otrzymania obrażeń, oczyść pomieszczenie tylko ciosami zapaśniczymi itp. Poza kasą wykonanie zadania wieńczy ocena, więc coś dla fanatyków „masterowania”. Większość misji udawało mi się kończyć ze złotym wynikiem od strzała lub zaraz po staniu się nieco silniejszym. No More Heroes albowiem, to w pierwszej kolejności slasher, aczkolwiek czym byłaby produkcja XXI w. bez elementów RPG. Miasto Santa Destroy to niewielki otwarty obszar, w którym znajduje się kilka punktów do odwiedzenia. Wspomniałem już o agencji pracy oraz lokalnych zabójców. Jest także warsztat, gdzie możemy podnosić poziom naszego oręża i dokupywać do niego części, które podnoszą jego statystyki. Siłownia Thunder Ryu, w której po niezręcznej wymianie zdań z naszym mistrzem, będziemy mogli wykupić sesję ćwiczeń, zwiększających siłę i combo naszych ataków. Area51 to butik odzieżowy, w którym Travis zasila swoją garderobę kurtkami, spodniami, paskami oraz koszulkami z nadrukiem – tych ma nasz bohater chyba ponad setkę. W lokalnej wypożyczalni filmów na VHS Travis zasila się w retransmisje walk luchadorów, z których uczy się nowych rzutów, a po każdej misji fabularnej dowiadujemy się, że nie oddaliśmy wypożyczonego filmu dla dorosłych. Bar niedaleko nas „zamieszkuje” pewien rosyjski pijaczyna, który uczy nas nowych umiejętności za tzw. Lovikov Ball – znajdźki rozrzucone po całym mieście.

Atrakcje można policzyć na palcach jednej ręki, stąd – moim zdaniem – twórcy mogli sobie podarować otwarte miasto do eksploracji. Większość budynków wygląda identycznie. Nie za wiele się w nim dzieje, a na domiar złego zwyczajnie wygląda kiepsko. Zresztą to samo można powiedzieć o całości produkcji. Wii nie było zbyt potężną konsolą i tak nawet port wygląda mocno średnio, w najlepszym wypadku. Modele głównych postaci jeszcze ujdą, natomiast otoczenie wieje mocno generacją PS2 – nawet mimo odświeżenia w HD. Tytuł też nie radzi sobie specjalnie dobrze z akcją na ekranie i przy każdej, większej masakracji przeciwników czy gdy śmigamy na motorze po mieście – choć śmigamy to dużo powiedziane, albowiem i tutaj gra zgrzyta jak cholera. Ponadto, walory estetyczne nie są największym problemem otwartego terenu. Grę ukończyłem z większością misji dodatkowych i prac zaliczonych na złoto, a pozostałe nie odpuściłem dlatego, że były zbyt trudne tylko, że za każdym razem twórcy zmuszali do przemieszczania się pomiędzy lokacją zleceniodawcy i miejscem questu. Każde kolejne podejście do poprawy naszego wyniku to podróż na drugi koniec miasta i z powrotem – katorga. Rozumiem, za pierwszym razem dla imersji można coś takiego wymusić na graczu, jednak nie wtedy, gdy chce powtarzać. Tak trudno za drugim razem zapytać: „Czy chcesz się przenieść do miejsca zadania?”. Odpowiem w klimacie gry: „Tak, kurwa jego mać bardzo”.

Jakiś czas temu przeczytałem, że produkcje, nad którymi pieczę sprawuje Goichi Suda, można określić jako punk gier wideo. Nie czułem tego specjalnie w trakcie ogrywania wspomnianych na wstępie tytułów, ale po No More Heroes zdecydowanie bardziej skłaniam się do aprobaty dla porównania z gatunkiem muzyki. Zero zahamowań, a także podążania za indywidualnym stylem, to coś co zarówno opisuje twórcę oraz protagonistę, Travisa Touchdown. Wulgarnie, arogancko i z wyciągniętym środkowym palcem. Jeśli lubujecie się w produkcjach kina klasy B, gdzie krytycy filmowi odwracają wzrok, a mainstream zamyka oczy w panice, to gra będzie zdecydowanie dla was. Niekoniecznie potrzebne wam są kontrolery PS Move. Wydaje mi się, że gra miała trafić na sprzęt z normalnym sterowaniem, a ostatecznie (pewnie za sprawą kilku worków z pieniędzmi) została zaadaptowana na Wii, więc z dualshockiem powinniście się równie dobrze bawić – przymykając oko na artefakty przeszłości, które niestety są widoczne i odczuwalne. Za to fanów SUDA51, pewnie nie trzeba namawiać, a ja z niecierpliwością śledzę wątek pojawienia się sequelu na konsolach Sony, przed premierą No More Heroes 3 w najbliższej przyszłości.

PLUSY

(+) Tytuł klasy BBB
(+) Prosta historia z silnym zakończeniem
(+) Postać Travisa Touchdown
(+) Ciekawe mini-gry jako prace dorywcze
(+) Przyjemny i dający sporo radochy gameplay

MINUSY

(-) Drewniane sterowanie
(-) Walka z kamerą
(-) Niezbyt atrakcyjna oprawa
(-) Niepotrzebny otwarty świat
(-) Wkurzające ‚tam i nazad’

Spoko gierka, ale raczej warto poczekać na wyjaśnienie plotek o portowaniu całej serii, na nowe konsole przed premierą trójki lub ewentualnie olać całkowicie i poczekać na NMH3, jeśli Suda was średnio.

donatebar2

Podobał ci się materiał? Możesz wesprzeć RaczejKonsolowo dowolną kwotą!

paypalbutton

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: