Dokąd zmierzasz, pudłaku?

Pytanie na lipiec: Której przestarzałej technologii brakuje Ci najbardziej i dlaczego?

Gamingowe Medytacje to seria, która zrodziła się z przypadku. Każdego dnia WordPress podsuwa mi jedną myśl lub pytanie – iskrę, która ma rozpalać kreatywność. Choć codzienny pośpiech rzadko pozwala na pisanie, raz w miesiącu zwalniam. W każdy pierwszy dzień miesiąca wybieram jedną z tych propozycji i zatrzymuję się nad nią na dłużej, łącząc świat gier z osobistą refleksją.

Od czasu do czasu podpowiedź z WordPress trafia idealnie z wyczuciem czasu. Pytanie o przestarzałą technologię na chwilę po tym, jak SONY zapowiedziało koniec gier na płytach na konsolach PlayStation, to strzał w dziesiątkę – choć w tym wypadku raczej nie będzie z tego powodu wiwatów. Jednocześnie rozumiem, że możecie być tematem zmęczeni. Niedawno @bartlomiejjmichalski uzewnętrznił się ze swoich przemyśleń na temat kolekcjonowania pudełek z grami i podobno jest w trakcie pisania kolejnego o zbliżonej tematyce – nieźle daliśmy mu popalić przez ostatni Raport o Grach i chłopak totalnie przepadł w rozpaczy nostalgii. Gdyby zżerała was ciekawość, to polecam czternasty odcinek tego podcastu z rocznika 2026, ale nie mówcie, że was nie ostrzegałem. Sprawa jednak jest ważna. Jeśli czytaliście poprzednie medytacje, to wiecie, jak silnie związany jestem z grami w pudełkach. Jest wiele perspektyw i punktów widzenia, z których można na ostatnie wydarzenia spojrzeć, jak i odnieść się do wiadomości, które są pokłosiem postu na blogu PlayStation. I właśnie jeden z tych kierunków – technologię – chciałbym tym razem zaatakować.

Gdy zobaczyłem pytanie o to, której technologii z przeszłości mi najbardziej brakuje, momentalnie pomyślałem o znikających za kilka lat płyt z grami na moją konsolę, ale jednocześnie dotarło do mnie, że w moim blisko czterdziestoletnim życiu nie było innej technologii, za którą bym tęsknił. Próbując zrozumieć meritum, dlaczego utrata fizycznych nośników danych dla gier wideo jest tak ogromnym ciosem, doszedłem do wniosku, że każda przemijająca technologia w moim życiu miała jedno: następstwo. Za każdym razem, gdy żegnaliśmy się z winylami, kasetami VHS, magnetofonowymi, płytami CD i DVD, w zamian otrzymywaliśmy coś, co robi to samo, ale lepiej lub wygodniej, lub jedno i drugie. Przy czym znajdą się entuzjaści każdej z nich, którzy mogą mieć na ten temat inne zdanie – szanuję ich punkt widzenia. W przypadku gier wideo natomiast… jako entuzjaści fizycznych wydań gier wideo nie mamy za bardzo dokąd pójść. To koniec drogi dla nas.

Bo niby gdzie indziej mielibyśmy obecnie się podziać, jeśli zależy nam na prawie własności do kupionych gier wideo. Czegoś więcej niż pustego pudełka z kodem na półce. Albo kawałka tworzywa sztucznego, które pozwoli nam na uruchomienie gry… gdy ta już w całości zostanie pobrana z serwera. Zatem odejście z PlayStation na rzecz jakiejkolwiek z innych platform konsolowych nie wchodzi w rachubę. Zarówno XBOX, jak i Nintendo od dłuższego czasu szukają sposobów na pozbycie się z rynku wtórnego oraz zmianę przyzwyczajeń zakupowych swoich klientów na rzecz ekosystemu cyfrowego. Sam o tym boleśnie przekonałem się kupując w dniu premiery DOOM: The Dark Ages, który choć piekielnie mi się podobał, to fakt, że płyta w pudełku była zasadniczo podstawką pod ciepły napój może byłby super dla Moniki Geller, ale nie dla mnie. Jeśli chodzi natomiast o Nintendo to… wydarzyła się rzecz wręcz przedziwna.

Będąc w trakcie pisania tego wpisu, zadzwoniła do mnie żona ze sklepu Action, w którym była z dzieciakami. Chciała się upewnić, że gry na Nintendo Switch mogą kosztować czterdzieści złotych, ponieważ dzieciaki odkryły w sklepie całą półkę tytułów na ich konsolę, właśnie w takiej cenie. Wśród nich nie było zbyt wiele perełek, ale znalazło się tam m.in. Mario + Rabbids: Sparks of Hope1. Powiedziałem, że to spoko produkcja i mogą ją brać – w domu odkryłem sekret cenówki. Zarówno zakupiona gra Ubisoftu, jak i Odlotowe Agentki dla mojej córki, to puste pudełka z miejscem na kartridż, ale zamiast niego w środku był kod na wersję cyfrową. Zatem jak widać na załączonym scenariuszu, również i wielkie N idzie w oszczędności i forsowanie dystrybucji cyfrowej. A wiemy, że na drugim Pstryczku nie jest lepiej. Tu polegam na bardzo dobrym znajomym Albercie, który jest moim barometrem obozu czerwonego i stąd wiem, że sytuacja tam – dla kolekcjonerów fizycznych gier – również jest dalece od różowej. Jest wręcz… czerwona.

Przejście zatem na jakąkolwiek z tych platform nie jest rozwiązaniem. Obie firmy tylko czekają na odpowiedni moment, aby również wsadzić wszystkie swoje jaja do cyfrowego koszyka. Rozpoczęcie podróży, z którąkolwiek to wyłącznie odwlekanie nieuniknionego, a lokomotywa postępu sunie po torach branży nieubłaganie w naszą stronę. Nawet jeśli którakolwiek wysunie ogłoszenie o kontynuowaniu wsparcia dla już mizernej formuły fizycznej – na jak długo? Miałoby to przede wszystkim niesamowitą moc marketingową. Siłę podobną do obecnie parodiowanego do granic możliwości „skeczu” PlayStation na temat dzielenia się grami. Jestem przekonany, że mogłoby to spowodować eksodus z platformy SONY, jak obserwowałem, gdy poznaliśmy w Polsce cenę PS3 i prostotę, z jaką „trzysta sześćdziesiątka” pozwalała na zabawę w pirata. I kto wie, może niedługo doczekamy się tego ogłoszenia.

Niedługo po ogłoszeniu przez SONY zakończenia wsparcia dla nowych wersji pudełkowych od 2028, w sieci pojawiły się przecieki, że Microsoft pracuje nad rozwiązaniem, które pozwoliłoby posiadaczom wersji pudełkowych na konsole XBOX zmienić je w licencje ich cyfrowych odpowiedników. Przyznam, że choć z początku poczułem mocne swędzenie na czubku głowy, to przypomniałem sobie przecież, że jedną ze świetnych cech XBOX One miał być wbudowany DRM. Tym samym drapanie po głowie ustało – zamiana płyt na cyfrę byłaby możliwa – prawdopodobnie – dzięki unikatowemu kodowi, którym jest okraszona każda gra na XBOX od 2013. Byłby to scenariusz iście godny ekranizacji. Coś, co znalazłoby się w każdej książce o grach wideo od teraz do wieczności. XBOX zmiażdżyłby swojego konkurenta bronią, która lata wcześniej dała temu konkurentowi zwycięstwo. Niewiarygodne. Niemalże na równi z sensem samego rozwiązania.

Ponieważ choć nie wiemy, jak dokładnie ma działać ta wymiana… ba… nie wiemy, czy jest ona czymś więcej niż mniej lub bardziej kontrolowanym wyciekiem, to powoduje on u mnie podobne przeczucie, jakie miałem, gdy Phil Spencer ogłosił dumnie ze sceny E3, że od danego momentu wszystkie produkcje first-party Microsoft Studios trafią do usługi Game Pass. I kolejny raz mam wrażenie, że XBOX sprzedaje graczom rozwiązanie, które jest „too good to be true”. Coś tak pozytywnie konsumenckiego, że wydaje się nie mieć żadnego sensu ekonomicznego dla Microsoftu. Zdumiewa mnie to pod wieloma względami. Dziwię się, że Microsoft byłby wciąż skłonny finansować kolejny pomysł, do którego będzie musiał dopłacać – nie wierzę, że wydawcy zgodzą się na utratę pieniędzy z wersji cyfrowych. Dziwię się, że fani marki XBOX kolejny raz swoje nadzieje pokładają w szalonym pomyśle prokonsumenckim – niedługo po tym, jak dowiedzieliśmy się, jak katastrofalnym finansowo okazał się plan Phila Spencera. Dziwię się, że miłośnicy pudełek uważają, że rozwiązaniem ich problemu jest zmiana płyty z grą w podkładkę pod kubek – chyba nie sądzicie, że płytkę będzie można „kastrować” wielokrotnie, prawda?

„Nikt się nie dziwi, chociaż jakby nie liczyć
Jeśli chodzi o zdrowy rozsądek mamy deficyt
Świat się skrzywił, mało tego on krzywi się dalej
Lecz nikogo nie dziwi już ogrom tych szaleństw

– ŁONA „Nic Dziwnego”.


I to by było na tyle, a teraz otwieram komentarze i jestem ciekaw, czy jest technologia, za którą wyjątkowo tęsknicie. Pomimo że ma już swojego następcę albo właśnie dlatego, że go zabrakło. A może coś innego Was zadziwia?
Czekam na Was pod wpisem i…

…do następnych medytacji!


Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


  1. Historia jednak tu się nie kończy. Skoro syn miał otrzymać Sparks of Hope, to pomyślałem, że nie możemy mieć w domu części drugiej, bez pierwszej – Kingdom Battle, więc kupiłem ją na allegro jeszcze zanim rodzinka wróciła do domu. Natomiast gdy okazało się, że to nie wydanie fizyczne, ale farbowany lis, sprawdziłem Allegro Lokalnie, czy ktoś nie sprzedaje samego kartridża – jedna osoba to robiła i po namowie na zrzucenie ceny do pięćdziesięciu złotych udało mi się go kupić. Gdy wspomniałem o tym żonie, stwierdziła, że totalnie mnie popier$&#&#@. Zupełnie nie wiem, o co jej chodzi. ↩︎

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z RaczejKonsolowo

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej