Uwaga: felieton zawiera śladowe ilości nostalgii. Może powodować różne reakcje alergiczne.
Ostatnio wybuchła bomba autorstwa Sony: od 2028 roku kończy produkcję płyt z grami, a kolejne PlayStation nie będzie już wyposażone w napęd optyczny. Koniec, kropka, dotyczy wszystkich – i Sony, i Ubisoftu, i EA, i Microsoftu. No i wszystkich małych studiów, które akurat wydały coś na PS5. Sid Shuman napisał to na blogu tak gładko, jakby ogłaszał nową funkcję w aplikacji, a nie zamykał erę.
Nie było to coś niespodziewanego, a nawet powiedziałbym, że jest to informacja, na którą już od jakiegoś czasu czekałem. I pomimo tego wszystkiego nadal czuję w sobie pewną pustkę. Dziś rano przeczytałem ogłoszenie, na które czekałem od dekady, i wcale nie poczułem satysfakcji. Żeby to zrozumieć, muszę cofnąć się dużo dalej niż do PS5.
Karteczki, naklejki, Baggio w Parmie
W latach 90. kolekcjonowałem różne rzeczy, by móc się wymieniać z innymi. Karteczki. Naklejki piłkarskie – pamiętam tę czystą, dziecięcą euforię, kiedy w końcu trafiłem na naklejkę Dino Baggio z Parmy. Pomimo że miałem dużo luk w albumie, mogłem zamknąć ten jeden zespół w albumie. W trakcie Mistrzostw Świata we Francji w 98 zjadałem duże ilości jogurtów Danone, by kolekcjonować kolejne naklejki. Potem, jak przyklejony, oglądałem wszystkie mecze tych mistrzostw.
Był też Kaczor Donald i budowa miasta (bodajże Kaczogrodu), gra w którą ani razu nie zagrałem, ale razem na podłodze koło szatni budowaliśmy wielkie miasta.
To nigdy nie chodziło o same karteczki. Chodziło o rytuał – wymianę na coś, czego mi brakuje, lub radość, że mam coś, co komuś jest potrzebne. Oczywiście, jeśli miałem duplikat. Tę specyficzną satysfakcję z zapełnionej strony albumu.


Ten sam mózg, inny nośnik
Ten instynkt nigdy nie zniknął, tylko zmieniał nośniki. Jak dostałem odtwarzacz CD, to zacząłem kupować Machinę, by mieć dostęp do coraz szerszego zestawu utworów i wykonawców. Jak kupiłem płytę KNŻ „Las Machinas De La Muerte” oraz album Erica Claptona „One More Car, One More Rider”, to miałem w swojej ręce bilet do świata muzyki, który potem katowałem na potęgę.
CD Action z płytą w środku – podwójna wartość, bo dostawałeś i czasopismo, i fizyczny artefakt, który mogłeś wsunąć na półkę obok poprzednich numerów. Demka oraz pełne wersje gier, których do tej pory nie miałem szansy ograć.
Potem pudełka gier na PS3, PS4, PS5, ustawione w rządku, jak trofea.
Kiedy zacząłem pracować i miałem więcej kasy niż przeciętny student, robiłem coś, co dziś brzmi jak lekka przesada – kupowałem tę samą grę po kilka razy, na różnych platformach, bo chciałem w ten sposób docenić twórców. Mój prywatny, trochę głupi sposób na powiedzenie „dziękuję, zrobiliście coś dobrego”. Nigdy nie pytajcie, ile mam kopii Persony, Assassin’s Creed 2, Mass Effecta 2, bo nie powiem. Powołuję się na 5. poprawkę w amerykańskiej konstytucji.

Pierwsze aha – karty, nie gry
Pierwsze prawdziwe otrzeźwienie przyszło nie przy grach, a przy kartach do gry. Do dziś pamiętam dwóch kolegów z liceum (Szymon i Kamil), którzy zagrywali się w Magic: The Gathering. Dla mnie wtedy było to finansowo nieosiągalne, ale obserwowałem ich pasję i podziwiałem z bezpiecznej finansowo odległości.
Gdy pojawiły się Hearthstone, a potem Magic: Arena, doznałem olśnienia. Negatywnego wtedy.
W fizycznej talii karta ma wartość, bo jest jej tyle, ile jest. Nakład się kończy, rzadkość znaczy coś realnego – nikt nie dodrukuje ci nagle tysiąca kopii karty, którą polowałeś miesiącami. W wersji cyfrowej? Twórca może „wydrukować” dowolną ilość w dowolnym momencie i to bez naszej wiedzy. Cała logika kolekcjonowania – ta sama, która kazała mi polować na Baggia w Parmie – nagle traci sens, bo nie ma już żadnej bariery poza dobrą wolą firmy. A wszyscy wiemy, albo się przynajmniej spodziewamy, że dobra wola kończy się tam, gdzie zaczynają komórki w Excelu sprawozdania finansowego.
Pudełka z kartami kupuję zresztą do dziś. Choć wolę LCG. Ale przy grach ten moment przyszedł jeszcze szybciej.
Drugie aha, sygnały które ignorowałem
Już wtedy zaczęły się pojawiać pierwsze historie o platformach cyfrowych wycofujących zakupione gry z bibliotek. Miałeś licencję, nie własność, i licencję dało się cofnąć. Tak zniknął mi z kolekcji Deadpool na PS3 na jakiś czas. Machałem na to ręką – bo to były pojedyncze przypadki, wyjątki, nie reguła. A grę przeszedłem i pomyślałem, że kupię ją sobie, jak będę chciał grać w pudełku. Nope… pudełko też akurat wycofali.
Tylko że wyjątki mają to do siebie, że z czasem stają się regułą. Kilka tygodni przed dzisiejszym ogłoszeniem Sony poinformowało, że GTA 6 na PS5 w wersji next-gen nie wyjdzie fizycznie na premierę. Będzie tylko cyfra, a pudełko będzie zawierało cyfrowy kod. Największa premiera dekady, i już wtedy było jasne, w którą stronę to zmierza. Nikt nie chciał tego czytać jako zapowiedź.
Wygodny model, cudzy wynalazek
Sony tłumaczy to liczbami – w ostatnim kwartale aż 85% sprzedaży gier na PS5 i PS4 stanowiły zakupy cyfrowe. Tylko że matematyka nie tłumaczy, dlaczego coś w tobie boli, kiedy widzisz tę liczbę czarno na białym.
I teraz żeby zejść z Sony z osi narracyjnej, gdzie posłużyli mi za złoli, którymi nie są.
To nie Sony ani Steam wymyśliły tę zmianę mentalności. Tak, Steam był pierwszy w kategorii gier na taką skalę. Zrobił to Spotify. Zrobił to Netflix.
Nie kupujesz płyty, słuchasz playlisty. Nie masz filmu na półce, masz dostęp, dopóki ktoś nie zdecyduje inaczej.
Gaming po prostu wsiadł do pociągu atencji, tyle że przez lata miał tę jedną przewagę – płytę, którą mogłeś potrzymać w ręce, sprzedać, pożyczyć, postawić na półce jako dowód, że to się wydarzyło.
To jest zmiana naszego przyzwyczajenia, na które byliśmy eksponowani przez ostatnie 20 lat. Do utrwalenia której przyczyniły się rzeczy typu pandemia, wygoda kanapy oraz zmiany generacyjne. 😉
Czego naprawdę żal
Cieszę się, że nadal mogę kupić książkę i powąchać jej zapach po zakupie. Czuć w ręce, niosąc do domu, satysfakcję, że zaraz zanurzę się w świat, który zafundował mi autor.
Cieszę się (jeszcze przez jakiś czas), gdy wsadzam płytę do napędu PS5 i słyszę ten warkot napędu, czekając, jak skopiowane zostanie 120 GB gry i będę mógł uciec do świata gry i przeżyć nową historię.
I pomimo że to drugie nie zostanie mi zabrane, bo nadal będę mógł pobrać wcześniej wszystko na dysk z internetu, to jednak jest poczucie gigantycznej, przewidzianej i zapowiadanej w zauważalny sposób zmiany, nawet bym powiedział niesprawiedliwej.
Żal mi rytuału. Możliwości pokazania komuś półki, potem pożyczenia komuś i opowiedzenia historii przy każdym pudełku. Przypadkowego natrafienia na starą grę, kiedy szukasz czegoś zupełnie innego. Pewności, że coś, co kupiłem, będzie moje niezależnie od tego, czy za pięć lat wydawca zdecyduje inaczej – a branża ma już wystarczająco dużo przykładów gier, które zniknęły ze sklepów cyfrowych bezpowrotnie, bez możliwości ich legalnego odzyskania.

Dla mnie to jak pokazywanie zdjęć z wakacji w albumie (moja córka uwielbia z babcią oglądać moje zdjęcia z dzieciństwa). I często wracam do starych gier, choć na chwilę.
Nie wiem, czy to jest strata, na którą zasługuje aż taki smutek. Może po prostu jestem przedstawicielem zagrożonego wyginięciem gatunku. Ale jeśli ktoś z was czyta to i też czuje tę dziwną, niewytłumaczalną lukę – to chyba dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyny. A wiem, że zarówno Tomek, jak i Norbert (też przypadkowo należący do homo collectionus) czują to samo, o czym możecie posłuchać w podcaście Raport o Grach – 2614 – Koniec #teamPudełka.
A może to i tak nie ma znaczenia. Zapytajcie mnie ponownie za dwa lata, kiedy ostatnia płyta zejdzie z taśmy produkcyjnej.
Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!

RSS - Wpisy