Marvel’s Spider-Man Remastered (PS5)

Odświeżony Człowiek-Pająk na świeżym sprzęcie.

Pierwszym (i zarazem jedynym) pudełkiem, jakie zakupiłem na premierę PS5, był Spider-Man: Miles Morales w wersji Ultimate, ale zanim zabiorę się za Milesa, obowiązkowo musiałem przejść produkcję, której historię on kontynuował. Całe bowiem szczęście, że zanim go odpaliłem, poszperałem po redditcie, gdzie właśnie taką kolejność z całych sił polecano. Swoją drogą też Bartek suszył mi wielokrotnie głowę za to, że nie ukończyłem gry, która według niego jest jednym ze skarbów mijającej generacji konsol. Nie jestem przesadnie fanem Czowieka-Pająka, choć kreskówkę z dzieciństwa wspominam bardzo miło. Ominęły mnie również – praktycznie – wszystkie filmy kinowe. Nawet zbierający bardzo pozytywne opinie „Into the Spider-Verse”, którego jedynie widziałem w urywkach, gdy żona akurat oglądała – animacja rzeczywiście na wysokim poziomie i zdecydowanie kiedyś nadrobię. Zatem oczekiwań za wielkich nie miałem, choć nastawienie budowały pochlebne opinie o tytule. W takich okolicznościach wskoczyłem w skórę Petera Parkera. On wskoczył w strój Spider-Mana. A później to już tylko całe godziny skoków i bujania się pomiędzy drapaczami chmur Nowego Jorku.

Jako że odświeżony Spider-Man jest pierwszym moim doświadczeniem na PS5, to bardzo dużą uwagę skierowałem do walorów estetycznych czy technicznych, co myślę, jest dosyć zrozumiałe przy nowym sprzęcie w domostwie. Pierwszym wyborem było uruchomienie tytułu w trybie zapewniającym najlepszy klatkarz, a więc stabilne sześćdziesiąt klatek i przyznam, że wrażenia z grania w takich warunkach są satysfakcjonujące. Śmiganie pomiędzy budynkami Nowego Jorku w tak płynnej rozgrywce to sama przyjemność. Aczkolwiek nigdy nie byłem fanem stawiania klatek ponad grafikę, więc sprawdziłem drugi tryb, podnoszący m.in. rozdzielczość produkcji oraz (co najważniejsze) aktywujący mityczny ray-tracing i tutaj dopiero opadła mi kopara. Pomimo zejścia do „nędznych” trzydziestu klatek. Big Apple ma to do siebie, że jest pokryty oszklonymi drapaczami chmur, które z pełnymi refleksami na powierzchni robiły genialne wrażenie. Czy to poprzez odbijanie świateł Manhattanu, blasku wschodzącego słońca (HDR <3) czy przelatującego tuż obok tafli okien Petera Parkera – po prostu wow. Spider-Man już na PS4 mógł się podobać i osoby ogrywające produkcje Insomniac dwa lata temu, miały same pozytywne odczucia jej względem a o remasterze mogę powiedzieć tylko i wyłącznie to samo. Od otoczenia, po detale miasta i kończąc na modelach postaci, gdzie u ostatnich z wymienionych, jak zwykle (w exach PlayStation) wrażenie robi mimika. Ulice pełne są mieszkańców, tu i tam pojawia się para wodna czy to dym z rur wydechowych samochodów. Za to najczęściej w walkach z przeciwnikami, bossami i sekwencjach „przerywnikowymi”, można zobaczyć cieszące oko eksplozje i destrukcję otoczenia. W skrócie: jest bardzo dobrze. Naprawdę dobrze z grafiką, aczkolwiek oczywiście największe wrażenie robi płynne śmiganie po tak tłocznym i wyglądającym mieście, więc trochę szkoda utraty klatkarzu….jednak tutaj pojawił się ratunek. Twórcy chwilę po premierze dodali do gry trzeci tryb graficzny, który pozwala na zabawę w wodotryskach grafiki, o których pisałem wyżej i jednocześnie cieszyć się sześćdziesięcioma klatkami na sekundę. Jak? Insomniac poprzez Twittera zdradził jedynie, że chodzi o ścięcie nieco rozdzielczości z 4K do jakiejś. Szczerze nieistotne dla mnie jakiej rozdziałki, albowiem różnicy nie widzą najmniejszej, a Człowiek Pająk śmiga aż miło w 60 fpsach – super. Właśnie, śmiga. I to jak!

W historii gier widzieliśmy wiele podejść do mechaniki bujania się na pajęczych linach Spider-Mana. Pamiętam również, że ładnych parę lat temu podrzucałem materiał na ten temat w WzS. W nim opisano odwiedziny w domu osoby odpowiedzialnej za dotychczas najlepszą implementację bujania, a która zawiesiła już gamedevowe korki na kołku. Myślę, że byłby niezwykle zadowolony z tego, jak udało się Insomniac rozwinąć jego myśl – a właściwie – doprowadzić ją do perfekcji. Bujanie się jest niesamowite. Przemieszczanie się w błyskawicznym tempie przez Nowy Jork na pajęczynach sprawia niesamowitą frajdę, ale jest i także świetnie przemyślane. Koniec z linami wpinającymi się w nieistniejące budynki czy sklepienie. Pajęczyny reagują na nasze otoczenie i pozwalają na tyle, ile umożliwiają im otaczające nas bydynki – a że w mieście, w którym toczy się akcja, drapaczy chmur nie brakuje, to możliwości mamy nieustannie pod dostatkiem. Wystarczy chwila z mechanika, aby załapać rytm i flow. W tym aspekcie pająk podobny jest do pewnego niebieskiego jeża, który też jak już wpadnie na odpowiednie tory, pochłania kolejne odległości poziomów w okamgnieniu. Gra również oddaje do naszej dyspozycji bardzo dużo ruchów i zdolności Spider-Mana, które pozwalają utrzymać pęd nawet jeśli zdarzy nam się np. wylądować na ziemi (szybki przewrót i wybicie się do przodu) albo trafimy na miejsce z niższą zabudową (skierowanie się na wystającą krawędź i odepchnięcie się z impetem). Cholera. Nigdy wcześniej nie chciałem tak bardzo nie używać szybkiej podróży, której w całej grze skorzystałem z może z trzy razy – a do małych mapka gry nie należy. W synergii z mechaniką są animacje Spider-Mana, za które odpowiada VO Petera Parkera, Yuri Lowenthal. O jego kozackiej robocie przed mikrofonem jeszcze porozmawiamy, ale tutaj chciałbym docenić grację i dynamikę, jaką nadał Czlowiekowi-Pająkowi. Każda animacja jest przepełniona atletycznym wdziękiem, łącząc się pomiędzy sobą w jednolitą całość, która zasadniczo sama nas napędza. Dawno nie czułem takiej radochy z przemieszczenia się w grze, jak przy Marvel’s Spider-Man.

Niestety nieco gorzej idzie pająkowi, gdy np. spadnie na ziemię lub ma do wykonania czynności „w miejscu”. Tutaj znów skojarzyło mi to z Soniciem. Jeśli graliście w jakąkolwiek z odsłon z niebieskim jeżem w roli głównej, a szczególnie w którąkolwiek z pozycji w dwóch wymiarach, to wiecie, że Sonic jest świetny gdy zapierdala po poziomach, ale jest totalnie beznadziejnym platformerem, gdy przyjdzie nam się zatrzymać czy zwolnić. Spider-Man również zachowuje się jak łamaga, gdy chcemy z marszu na coś wejść, przeskoczyć lub obiec. Doprowadzało to do kuriozalnych sytuacji, które mogliście m.in. zobaczyć na moim Twitterze, gdzie pochwaliłem się walką ze sterowaniem, gdy przyszło mi wejść na niewielkie wzniesienie. Podobnie ma się sprawa, gdy np. chcemy opuścić się z krawędzi lub przejść płynnie z niej do poruszania się po ścianie u naszych stóp – nope, i tutaj potrzebna będzie gimnastyka. Natomiast z przyziemnych spraw, to model walki jest zupełnie na drugim końcu spektrum i znacznie bliżej mu do poziomu bujania się po Nowym Yorku. U podstaw to znany standard z produkcji o Człowieku Nietoperzu. Całość opiera się na okładaniu przeciwników, kontrowaniu ich ataków, gdy wskaże nam zagrożenie pajęczy zmysł, rzucanie przeciwnikami (i nie tylko), a także wykańczanie ich specjalnymi atakami, gdy otworzy się nami taka możliwość. Niby bez szału, ale dzięki (znów) akrobatyce i zwinności Spider-Mana, wszystko nabiera rumieńców. Podobnie do ekwilibrystyki towarzyszącej bujaniu się, tak i walka do niej mocno nawiązuje. Animacje znów kapitalnie się ze sobą łączą, zdecydowanie łagodniej aniżeli te z serii Arkham (aczkolwiek w Knight nie grałem jeszcze). Kolejną cechą wyróżniającą tutejszy combat są gadżety. Peter jako osoba niezwykle inteligentna i zdolna, o umyśle inżyniera naukowca, zbudował sobie cały wachlarz przeróżnych gadżetów, które wspomagają go w walce. Ponadto, każdy ze strojów posiada swoją specjalną zdolność bitewną, czy to zwyczajne chwilowego dopakowania ataku, czy radio dźwiękowa fala wokół nas, która ogłusza wszystkich w zasięgu. Zatem nasz pająk albo musi zapierniczać, albo się tłuc, bo nie ma czasu na głupoty w miejscu. To tak w skrócie.

A możliwości marnowania czasu to w Marvel’s Spider-Man jest sporo. Rozsądnie sporo. Wspominałem, że mapka do zabawy w grze jest duża i faktycznie takową Manhattan jest, aczkolwiek nijak ma się to do Tsushimy czy innych gigantów otwartego świata. Jednak istotniejsze od mapki, jest wypełnienie jej ciekawymi rzeczami do roboty. Z takowych mamy tu praktycznie wszystko, czego dusza pragnie: znajdźki związane z lore, robienie fotek punktom krajobrazu, wyzwania czasowe, walki i losowe starcia z oprychami w mieście, które również przyjmują wiele form i rodzajów. Znalazło się nawet miejsce na łapanie zaginionych gołębi oraz ratowanie środowiska w mieście, z czego ta ekologiczna aktywność poboczna bardzo mi się podobała. Realizowała ona nie tylko słuszne cele ekologiczne w kreatywny sposób, ale też wymagała od nas niekiedy zabawy z dwoma minigierkami, jakie twórcy przygotowali. Przyznam się, że bardzo lubię takie gry w grze, więc nie powinno być dziwne, że zarówno naprawianie obwodów elektronicznych, jak i badanie próbek substancji, mi mocno siadły. Były ciekawe, sprytne, ale nie wymagały bardzo dużo główkowania. Dosłownie idealnie. Zaskakująco nieźle również bawiłem się przy sekcjach stealth, które to w wykonaniu pająka polegają na przemieszczaniu się ponad linią wzroku przeciwników i cichym wyłączaniu ich z zabawy, będąc wysoko nad nimi. Różne aktywności, odznaczają nas adekwatnymi dla nich odznakami, które później możemy przeznaczyć na ulepszanie gadżetów czy zakup nowych strojów dla Spider-Mana – fajnym patentem jest to, że zdolność konkretnego stroju, wraz z odblokowaniem wdzianka udostępnia się dla wszystkich innych, gdybyśmy chcieli koniecznie bujać się w naszej ulubionej wersji pająka. Punkty doświadczenia za realizacje celów przeznaczamy na rozwój Spider-Mana w trzech drzewkach, odnoszących się do umiejętności posługiwania się: pajęczynami, gadżetami oraz pięściami. Warto jeszcze nadmienić, że od czasu do czasu dane nam nie tylko zejść na ziemie, ale i zrzucić spandex – czy cokolwiek, z czego zrobiony jest strój Spider-Mana. Jako Peter przyjdzie nam głównie zwiedzać laboratorium i przytułek, ale jako MJ, która również jest sporadycznie grywalna, sprawy wyglądają nieco ciekawiej. Reporterka przeważnie pakuje się w tarapaty, goniąc za swoją ciekawością dziennikarską, a zatem rozgrywka to skradania się w połączeniu z odwracaniem uwagi strażników na bardzo liniowych, krótkich poziomach. Dzięki temu, że te sekwencje są – właśnie – krótkie, a również ich liczba w trakcie kampanii nie jest zbyt duża, oceniam je pozytywnie i wcale nie uważam, że są zbyteczne. Są urozmaiceniem rozgrywki, a biorąc pod uwagę, jak fajną postacią jest tutaj MJ, to zasługuje na chwilę w blasku reflektorów.

Jednak nie tylko MJ skrada serca w warstwie fabularnej produkcji. Zasadniczo gra postaciami stoi i to one oraz relacje pomiędzy nimi stanowią – w moich oczach – o sile gry. Jako że nie jestem zbyt biegle wykształcony w uniwersum(ach) Spider-Mana, to niestety trudno mi wskazać, czy fabuła gry jest adaptacją jakiegoś komiksu, czy też oryginalną historią. Nie mniej, na takową zdecydowanie wygląda. Peter pracuje nad nowoczesnymi protezami z dr. Octaviusem. Po godzinach pracy, gdy nie supebohateruje, pomaga swojej cioci May, w przytułku dla bezdomnych. Nagle miastem wstrząsają serie zamachów, których celem wydaje się, że jest Norman Osborne. Zamachy dokonywane są przez tajemniczych sprawców noszących dziwne, nawiązujące do azjatyckich demonów maski. Tutaj zatrzymam się, albowiem wszystko ponadto, byłoby już spoilerem, jednak powinniście z tego bardzo skróconego zaproszenia do fabuły, wyłuskać obraz historii, którą spokojnie moglibyśmy oglądać w animacji czy filmie kinowym. Całość trzyma się kupy i sprawia, że z przykutą uwagą śledzimy wydarzeni, nie raz będąc zaskoczonym okolicznościami. Liczba epickich momentów jest niemalże przytłaczająca. Natomiast prawdziwą robotę robią tutaj wspomniane postacie i ich relacje względem siebie. Na pierwszym planie jest zrozumiale Peter, którego nie sposób nie lubić – chyba że mamy uczulenie na „słodycz”. Parker z Marvel’s Spider-Man (zaznaczam, bo ile uniwersów tyle jego wersji) jest błyskotliwym inżynierem/naukowcem, który jest nadzwyczaj dobry, ale także nieco ciapowaty, szczególnie jeśli chodzi o poruszanie się w związku z MJ – a warto zaznaczyć, że grę rozpoczynamy miesiące po tym, jak para ze sobą zerwała. Słychać to w każdym telefonie do siebie, w każdej cutscenie. Parę ciągnie do siebie, jednak czuć wiszący nad nimi bagaż. Choć może nie jest to najlepsze określenia, ale z przyjemnością obserwowało się ich starania bycia znajomymi i partnerami. Wracając jednak do Petera, to momentami można się gryźć z jego naiwności i wręcz niespożytych nakładów wiary w ludzi, aczkolwiek to superbohater, więc chyba można to wybaczyć. Tym bardziej że nadrabia suchymi żartami i obecnym w każdej sytuacji poczuciu humoru. Niezależenie, czy przelatuje przez ulice Nowego Yorku, czy ściera się z bossem, Spider-Man ma przygotowany żarcik. Moimi ulubionymi natomiast są jego rozmówki z Yuri Watanabe. Jak tylko Peter zaczynał odgrywać rolę Spider-Cop, pojawia się u mnie uśmiech. Zresztą, trzeba oddać Insomniac, że udało im się kozacko stworzyć (a raczej odzwierciedlić w grze) pokaźną grupę damskich postaci, co nie tylko cieszy, ale jest też istotne dla gier. Yuri Watanabe, Felicia Hardy, Silver Sable ciocia May czy oczywiście Mary Jane Watson. Każda z nich to silny charakter na swój własny sposób. Są pewne siebie i ogólnie emanują równie istotną rolą w produkcji, co Peter – mimo że niektóre dopiero w DLC. Nie oznacza to, że części męskiej coś niedomaga, ale po zakończeniu zabawy z tytułem i ograniu dodatków, najlepiej zapamiętałem role kobiece. Choć całej ekipie VO należą się prawdziwe brawa. Nie wiem, czy jest to spowodowane graniem na PS5, ale każda linia dialogowa, każda scenka czy audio-log stoją na mega wysokim poziomie. Ktokolwiek odpowiedzialny był za casting – dobra robota!

Miasto, Które Nigdy Nie Zasypia

Z racji ogrywania wersji Remastered na PS5, wraz z odświeżonym tytułem otrzymałem wszystkie trzy DLC, które okraszone są jednym tytułem: The City That Never Sleeps. Nie dziwi mnie, że twórcy trzy dodatki spięli pod jedną banderą, albowiem trudno je traktować zupełnie osobno. Fabularnie opowiadają trzy historie rozgrywające się po scenach z podstawy. Każdy kolejny dodatek jest bezpośrednim następstwem wydarzeń z poprzedniego. Najpierw pomożemy Felicji Hardy odbić swojego syna z rąk szantażujących ją mafiozów. Następnie rozprawimy się z krewnym Dr Neo Cortex, Hammerheadem, który chce wykorzystać zamieszanie wśród rodzin mafijnych i zostanie nowym królem kryminalnego imperium. Natomiast w ostatnim wspólnie z Silver Sable uratujemy Nowy Jork – nie będę spoilerował przed kim lub czym. W osiemnastym odcinku Gamecastu, w którym gościem był Jacek Kaleta, wspomniał on o tym, że jedynym jego zarzutem do produkcji Insomniac, jest wycięcie wątków dodatków z głównej kampanii – z czym po ograniu całości zgodzić się nie mogę. Uważam osobiście, że historie…a właściwie historia opowiedziana przez DLC jest na tyle oderwana od głównej kampanii, że gdybyśmy na jej poczet mieli odchodzić od głównego wątku, byłoby to….dziwne. Myślę, że właśnie przez to, że dodatki urosły do stanu, w jakim je zakupiliśmy, zdecydowano się je wyciąć (o ile tak było, czego nie wiemy), jeszcze bardziej rozbudować i dopakować dodatkowymi zadaniami. Nie ma ich zbyt wiele, ale w każdym znalazło się miejsce na coś ciekawego, jak np. ostatnie nagrania audio w dodatku Silver Lining, które pochłaniałem jedno po drugim, olewając wszystko inne, a po odsłuchaniu ostatniej odłożyłem pada na stole i gapiłem się w panoramę Nowego Jorku. Po chwili się ocknąłem i poszedłem po coś do picia, bo z emocji wyschłem ma wiur – tak było.

Natomiast mam inny problem z dodatkami: są osobnymi instancjami gry, co w zasadzie jeszcze bardziej upewnia mnie w przekonaniu, że do mojej teorii ich genezy. I choć rozumiem od strony designu, dlaczego twórcy zdecydowali się na separacje ich od instancji głównej kampanii, tak jest to dla mnie drażniące. Moim zdaniem można było, choć wszystkie trzy umieścić na jednej instancji i byłoby to już jakoś sensowniejsze. Tym bardziej że i tak musimy kupić je w zestawie, a ogrywanie nie w kolejności nie ma sensu. Mimo to natomiast uważam, że trójpak DLC jest spoko – pod względem fabularno-narracyjnym, a przede wszystkim przez koncentrację na damach w życiu Petera Parkera. Polecam, chociażby aby doświadczyć reakcji superbohatera na wiadomość o zostaniu ojcem – bezcenne.

Grę ukończyłem po trochę ponad trzydziestu godzinach przedniej zabawy. Każda sesja generalnie układała się w jeden i ten sam schemat:

Dobra dziś siadam do Spider-Mana i cisnę kampanię. O plecak. To tylko go wezmę i lecę na fabułę. Dobra, w którym kierunku jest główne zadanie? A tutaj. Po drodze jest gołąb do złapania, to jeszcze to machnę. Eh, no dobra zatrzymam bandytów strzelających z samochodu. Tak, tych na dachu również. Na dachu jest stacja matki Harry’ego, więc już ją ogarnę, skoro tu jestem. Dobra teraz już na misje. Aha, ale tego gołębia miałem złapać. O plecak….

Tak świetnie się bawiłem w rozgrywce. Niezależnie, czy chodziło o poruszanie się po mieście przy rozmówkach Petera przez telefon, robienie aktywności pobocznych czy okładania się pięściami z oprychami. Marvel’s Spider-Man nie jest trudny, choć zupełnie olewać starć, chociażby pod koniec gry, gdzie pojawiają się najbardziej dopakowani przeciwnicy, nie można. Na pewno wykorzystywać przyjdzie nam pełen wachlarz gadżetów Człowieka Pająka i wybierać dobre umiejętności specjalne. Całkiem przyjemne również są starcia z bossami w grze, a ostatnia walka (wraz z ładunkiem emocjonalnym) jest wisienką na torcie. Sam nie wiem, czemu tytułowi nie dałem maksymalnego zadowolenia, ponieważ patrząc zupełnie obiektywnie, to niemalże wszystko w tytule działa znakomicie. No może sterowanie nie ogarnia, gdy pająk stąpa po ziemi. Gra nadaje się dla zielonych w uniwersum (jak poniekąd ja), jak i ma wiele do zaoferowania dla hardcore’owych fanów – chociażby poprzez stroje z całego dobrobytu komiksów Spider-Mana. O walorach estetycznych już wspominałem, ale nie napisałem o muzyce, która mogłaby spokojnie udźwiękowić kolejny film Marvela na dużym ekranie. Znalazło się nawet miejsce na cameo dla Stana Lee i skit po napisach końcowych. Jestem bardziej niż pewien natomiast, że gra spodoba się każdemu, kto w nią zagra. Bardziej niż co do Horizon, Ghosta czy Death Stranding. Magia Spider-Mana. Ten typ tak ma.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: