Battlefield V (PS4)

Battlefield wraca do swych korzeni i dobrze rokuje na przyszłość.

Z serią Battlefield, zwłaszcza na konsolach, łączy mnie więź sięgająca czasów drugiego PlayStation i pierwszych przymiarek konsol wieloosobowej zabawy w sieci. Byłem jedną z sześciu osób w Polsce, która nie tylko aktywnie szarpała online na czarnulce, ale też spędziła kilkaset godzin w Battlefield 2: Modern Combat na PS2 – co jest raczej jeszcze bardziej rzadkim przypadkiem. Później sięgałem po niemalże każdego Battlefielda, jaki pojawił się konsolach. Po zawodzie z pierwszego Bad Company, przyszła genialna kontynuacja, świetna trójka i niezła czwórka, która dopiero po, jakimś czasie należycie mi się spodobała. Z Battlefield 1, Dice zaryzykowało, przenosząc rozgrywkę w niezbyt okupowany w branży okres pierwszej Wojny Światowej. Pomysł ciekawy szczególnie, że wielu z nas o tym konflikcie nie wie zupełnie nic. Battlefield V, bo taką nazwę wybrało DICE dla ostatniej odsłony (nie pytajcie mnie o logikę nomenklatury), to powrót do bardziej znanych klimatów i to w super stylu.

Muszę zaznaczyć, że piątka (chyba mogę tak nazywać tytuł?) znalazł się w napędzie mojej konsoli zaraz po odłożeniu na półkę drugiego Battlefronta, który nie rozpalił mnie tak, jakbym tego chciał. Z tego też powodu, moje postrzeganie rozgrywki w V może być nieco zaburzone – wolałem was uprzedzić. Mając to z głowy, mogę bez wahania powiedzieć: Battlefield wrócił do domu. Jak opisał to mój znajomy: „BF wrócił do swoich korzeni” i to czuć w każdym elemencie rozgrywki. Wystarczył jeden mecz online, abym rozsiadł się w fotelu z zadowolenia i spełnienia wszelkich potrzeb, jakie nie dostarczył mi, chociażby namacalnie, Battlefront II, który przy BFV prezentuje się jak zabawa dla dzieci. Każdą z broni strzela się inaczej i odczuwalne są różnice pomiędzy nie tylko kategoriami spluw ale też, każdym SMG czy każdym ciężkim karabinem maszynowym. Momentalnie ogarnął mnie błogi stan znalezienia się w dobrze znanym mi miejscu, a wspomnienia szczęśliwych chwil sprzed lat zaczęły powracać do głowy – coś jak powrót do rodziców i swojego pokoju po latach nie widzenia go. Strzela się bardzo przyjemnie, a przyjemność ta przenosi się również na wszelkie pojazdy w grze, których – tak na marginesie – jest zajebiście dużo. Samolotami lata się cudownie pomimo tego, że miałem ogromne problemy w radzeniu sobie z sytuacją, gdy ktoś mi siadł na ogonie, a nawet wtedy nie przyszło mi do głowy, że powodem tego może być coś innego, aniżeli moje własne umiejętności. Wszelkie czołgi, pojazdy mniej lub bardziej opancerzone – wszystkim jeździ się świetnie. Tak bardzo mi brakowało poczucia siły na polu walki, jaką wnoszą na nie Tygrys czy Sherman. Równie w superlatywach mógłbym wypowiedzieć się o samolotach. Żadna z legend drugiego Battlefronta nie dała mi tyle radochy z grania jak pojazdy w BFV, nie wspominając o pojazdach, które w porównaniu wyglądają jak żart.

Jeśli chodzi o tryby zabawy online, to mamy tutaj do czynienia z dobrze znanym standardem, który zaspokoi każdego fana Battlefieldów, ale też w zestawieniu znalazło się kilka ciekawych niespodzianek. Najważniejszym trybem jest oczywiście Conquest, który w grze został podzielony na dwa rodzaje: Tactical (więcej walki piechoty, mniej pojazdów) oraz Strategic (ogromne mapy z dużą liczbą pojazdów wszelakich). Podział z początku wydawał się dziwny, aczkolwiek z czasem się do niego przyzwyczaiłem i w zależności od zachcianek siadałem do tego, na który miałem ochotę. Idąc dalej, wracają do multi Grand Operations, które bardzo mi się podobały w BF1, gdzie również debiutowały – operacje zbrojne obarczone lekką narracją, polegające na starciu się dwóch stron konfliktu w kilku rundach na jednej mapie, która otwiera się wraz z postępem konfliktu. Team Deathmatch, Domination oraz Rush, również znalazły sobie miejsce w piątym BF-ie. Natomiast z zupełnych nowości mamy tryby: Outpost oraz Breakthrough. Druga nowość to wariacja trybu Rush, jednak zamiast celów do „wysadzenia”, aby popychać linię obrony wroga dalej, musimy przejąć punkty, niczym w Conquestcie. Outpost to natomiast bardzo ciekawa nowość, gdzie obie strony mają za zadania zbudowanie masztów radiowych oraz ich obronę. W czasie, gdy któraś ze stron posiada więcej masztów niż ta druga, zwiększa się licznik sił wsparcia, który po osiągnięciu celu, oznacza zwycięstwo dla drużyny. Ogólnie fajnie, żę DICE bawi się założeniami swoich dwóch flagowych trybów i szuka im nowych horyzontów. Spędziłem chwilę w każdym z nich i bawiłem się przyjemnie, niezależnie od tego, który wybrałem. A warto rotować sobie rodzaj zmagań online, chociażby ze względu na mapy, wśród których są specyficzne dla konkretnego trybu i tyle.

Również w kontekście odblokowań i progresji w rozwoju naszego sieciowego wojaka jest naprawdę dobrze. DICE z systemem trafiło w złoty środek, pomiędzy przesadzonym modelem z BF4, gdzie akcesoriów, gadżetów i wizualiów było – jak dla mnie – za dużo, a Battlefrontem, który był biedny jak mysz kościelna. Każda z broni głównych posiada szeroki wachlarz możliwości zmian wizualnych, odblokowywanych wraz z postępem w grze. Natomiast na jej walory ofensywne wpływają dwie rzeczy: specjalizacja oraz rodzaj celownika. Drugiego nie muszę wyjaśniać, natomiast jeśli chodzi o specjalizacje, to jest to mini-drzewko cech, dzięki któremu możemy „tuningować” lekko osiągi danej broni, pod nasze upodobania. Dotyczy to analogicznie pojazdów, a także klas żołnierzy. Standardowo mamy do czynienia w produkcji z czterema klasami, które posiadają swoje podklasy, aczkolwiek zmiany w nich wprowadzane są raczej kosmetyczne. U medyka to np. zwiększone punkty za leczenie kompanów i szybszy sprint, jeśli biegniemy do konającego członka drużyny, lub możliwość powalania przeciwnika za jednym uderzeniem typu melee i szybszy bieg , gdy mamy mało zdrowia. Z pozostałych możliwości wykorzystania odblokowań jest wygląd naszych żołnierzy. Wprawdzie nie jest to może pełny edytor (presety wizerunków), a raczej rozbudowana garderoba, ale znów – zupełnie wystarczy. Większość kosmetyków odblokowujemy poprzez zdobywanie waluty wewnątrz gry, aczkolwiek jest możliwość zakupu dodatkowych środków w formie mikro-transakcji – to tak informacyjnie dla osób, których elektryzuje temat. Osobiście nie czułem się zmuszony do inwestowania w BFV i nie czułem, aby coś było poza zasięgiem regularnego odblokowania.

Spory wkład taki stan rzeczy mają liczne marchewki, za którymi gonimy w trakcie zabawy online, często nawet o tym nie wiedząc. Cele dzienne, tygodniowe, specjalne itd. Cały czas dążymy do osiągnięcia kolejnego, a samych wyzwań jest od zatrzęsienia. Każdy z aspektów rozgrywki posiada swój zasób wyzwań: zabijania przeciwników, leczenie kompanów, wsparcie zapasami amunicji, przejmowanie celów, naprawianie pojazdów sojuszników czy wysadzanie tych po stronie wroga. Dostępne są również konkretne misje związane np. z konkretną bronią czy pojazdem. To wszystko sprawia, że poczucie progresji i osiągania kolejnych celów, nie ustępuje. Stąd też nie widzę sensu inwestowanie w tytuł jakiejkolwiek kasy – poza zakupem tytułu, oczywiście. Może, jeśli ktoś chciałby szybko dotrzeć do premium contentu w postaci specjalnych skórek bohaterów czy wyjątkowych barwach dla broni czy samolotu, to wtedy jestem w stanie zrozumieć sięganie po walutę poprzez PS Store. Jednak z pełnym przekonaniem uważam, że nie trzeba zaglądać do portfela i nie omienie was przez to nic nadzwyczajnego.

Wychodząc z trybu wieloosobowego, czeka na nas oczywiście kampania dla jednego gracza, ale i kilka innych trybów zabawy z Battlefieldem V. Dzięki uprzejmości Marcina K. (weterana wśród śledzących bloga i podcast) miałem możliwość sprawdzenia trybu sieciowej kooperacji, przeznaczonego dla maksymalnie czterech. Niestety tryb ten nie otrzymał zbyt wiele uwagi twórców i jest mocno średni. Poczynając od tego, że każda z misji rozgrywa się na mapie z multiplayera, na której umieszczono kilka celów do osiągnięcia i miejsce ewakuacji – stąd też każda misja wygląda identycznie. Na domiar złego, misje sie nie skalują do graczy w składzie, i udawało nam się jedynie kończyć misje na poziomie Easy. Wystarczało, aby pod poziomami napisać informacje o wymaganej liczbie graczy, a tak tylko marnowaliśmy czas. Sama gra na najłatwiejszym poziomie trudności sprawiała nawet niezłą frajdę, ale jak mawia stare porzekadła: każda gra w coopie staje się lepsza – zatem pozostaję przy zdaniu, że kooperację rzucono do gry po linii najmniejszego oporu.

Nie trzeba wiedźmińskiego zmysłu, aby rozgryźć, gdzie powędrowała uwaga DICE (w połączeniu z Criterion), albowiem na debiutującym w BF, trybie Firestorm – odpowiedzi Szwedów na modę battle royale. Trzeba przyznać, że sporo włożono w niego zapału. Przygotowana została cała mapa oraz system zbierania ekwipunku, albowiem założenia trybu są bardzo podobne, do tych z PUBG, a więc pierwowzoru nurtu. Wraz z setką innych graczy, zostajemy zrzuceni na mapę, bez jakiegokolwiek ekwipunku. Wszystko, czym zamierzamy się bronić, musimy znaleźć przez szabrowanie miejsc na mapie oraz ograbiając zabitych graczy. Mapa zmniejsza się regularnie aż do momentu pozostawienia małego skrawka całości. Wygrywa ostatni przy życiu – nic, czego byśmy nie widzieliśmy u innych. W odróżnieniu od regularnego trybu multiplayer, tutaj podnosimy nie tylko broń, ale i amunicje do niej, które za wiele nigdy nie ma. Mamy również ograniczone miejsce w ekwipunku, więc nie możemy nieść ze sobą wszystkiego. Rozegrałem w trybie trochę rund (solo) i przyznam, że nie pasuje to do Battlefielda – po prostu. BF od zawsze kojarzy mi się ze starciem dwóch armii i w sporej mierze polegał na tzw. Battlefield moments, których tutaj zupełnie nie uświadczyłem. Rozgrywka jest powolna, przypomina zabawę w chowanego, a to moim zdaniem średnio pasuje do BFa. Poza tym, tryb nie jest specjalnie popularny, albowiem większość rund rozgrywałem na niepełnych sesjach, gdzie na mapie ląduje – niekiedy – do dwudziestu graczy. To dopiero sprawia, że trzeba się naszukać starcia. Na dodatek, jak już zginiemy to od momentu śmieci do następnej rundy jest kilka loadingów – kiepsko.

Pozostawiające tryby wieloosobowe za sobą, przejdźmy do kampanii. Znów DICE sprezentowało nam kilka historii, które mają pokazać nieznane historie, nieznanych osób w II WŚ. Różni bohaterowie. Różne fronty wojny. A nawet i różne strony konfliktu. Kampanie są cztery, z czego ostatnia została dodano dopiero po jakimś czasie do gry, i stąd pucharek za ukończenie singla wpada zanim się do ukończy. W pierwszym „epizodzie” wcielamy się w skazańca, który aby uniknąć odsiadki, zaciąga się do specjalnej jednostki działającej za liniami wroga – ktoś pamięta „Parszywą Dwunastkę”? W drugim przenosimy się na Skandynawię, gdzie w roli nastoletniej Norweżki ruszymy na misję ratowania jej matki z rąk Nazistów. Trzeci rozdział to hitoria czarnoskórych oddziałów armii francuskiej, którzy walczyli i umierali za kraj, którego nawet nie widzieli na oczy. Natomiast w ostatnim wcielimy się w dowódcę niemieckiego oddziału czołgu Tygrys, który będzie walczył z siłami aliantów, a także wiarą we własne przekonania. Kampania ogólnie nie jest zła, jednak mam do niej kilka mocnych uwag. Zacznę od tego, że norweski epizod jest śmieszny: nastoletnie dziewczyna, sama infiltruje niemiecką bazę wojskową, wybija pół tuzina nazistów, którzy – na marginesie – nie mam pojęcia, w jaki sposób udało im się opanować większość Europy, albowiem byli chyba największymi pierdołami świata. Cutsceny, w których dziewczyna wymyka się spod przyłapania strażników, musiałem kwitować uderzeniem liściem w czoło. Inaczej się nie dało. Zresztą, żeby nie wyjść na szowinistę, że się czepiam kampanii z rolą kobiecą, to obrona miejsca ewakuacji w pierwszym rozdziale, gdzie dwóch żołnierzy pokonuje dwie fale czołgów oraz kilka fal piechoty – come on!

Nie miałbym z tym może takeigo problemu, gdyby nie poważna otoczka kampanii. DICE z dużym szacunkiem podchodzi do opowiadania o wydarzeniach II WŚ. Materiał wprowadzający kampanię jest przejmujący, a wszelkie informacje pisemne pomiędzy rozdziałami mają skłonić nas do refleksji. O ile pierwsze dwa rozdziały kampanii raczej tego nie osiągają, tak trzeci, a zdecydowanie czwarty, już tak. Zarówno historia Deme Cisse, Senegalskiego żołnierza walczącego o wyzwolenie Francji z rąk nazistów oraz Petera Müllera, dowódcy ostatniego Tygrysa, broniącego ostatniej linii obrony przed aliantami, a jednocześnie zmagającego się z rozdarciem pomiędzy ojczyzną a „zdrowym rozsądkiem”. Obie historie trafiają idealnie w zamysł twórców, co nie można powiedzieć o reszcie. Doceniam to, co chce osiągnąć DICE, czyli pokazaniem tragedii, jaką niewątpliwie jest wojna. Szczególnie, że młode pokolenie nie było bombardowanie poważnym kinem wojennym w ostatnich latach – temat zdecydowanie umilkł w stosunku do mojej młodości, gdzie nieustannie byłem bombardowany, jak nie II WŚ to Wietnamem. Świetnie, że chce też pokazać te mniej znane oblicza konfliktu. Jednak, robi to nieudolnie. Przynajmniej w połowie.

Żadnych uwag natomiast do oprawy tytułu czy tego, jak działa Battlefield V. Może i Frostbite nie jest najłatwiejszy w obsłudze silnikiem gry, ale potrafi być niezwykle ładny i stabilny – za każdym razem, jak coś takiego napiszę, momentalnie widzę falę gifów z failami silnika. Niezależnie, czy w kampanii czy multiplayerze, lokacje, modele i VFX prezentują się znakomicie. Śnieg, błoto, piasek czy na terenach urbanistycznych. Uwidocznione jest to chociażby w trakcie zmian atmosferycznych, które pokazuję się na poziomach w kluczowych momentach rund, np. na mapie Wake Island pojawia się nagłe rzęsisty sztorm, który ugina drzewa, ogranicza pole widzenia oraz wyrzuca w powietrze dziesiątki partikli, od trawy po piach – wygląda to srogo. Na innych mapach pojawia się gęsta mgła albo burza piaskowa. W trybie Firestorm, zacieśniający się okrąg nie jest tylko poruszającą się pomarańczową ściana (APEX Legends), ale ścianą ognia, która prezentuje się bardzo ładnie i równie ładnie reaguje z otoczeniem, które pali i rozwala. Za tę część odpowiedzialny był Criterion – widać. Również i animacje postaci są niczego sobie, co przypomina mi o szumnie ogłaszanej kolaboracji pomiędzy zespołami od FIFY i BFa. Rundy się trochę lądują, ale jak już wypadniemy na mapę, to do technicznych aspektów nie mam zarzutów. W końcu to silnik do shooterów.

Battlefield V podobał mi się bardziej, aniżeli bym się tęgo spodziewał. Nie wiem, jak bardzo na jego korzyść zadziałali niezadowolenie z drugiego Battlefronta, aczkolwiek i bez tego myślę, że mój odbiór znaczenie by się nie zmienił. W trybie wieloosobowym zabawa jest naprawdę przednia. Mapy są bardzo dobrze zaprojektowane, a starcia na nich rzadki kiedy kończą się katastrofalną dominacją jednej ze stron. Jest za czym biegać, jest co odblokowywać i śledzić. Może i tryb battle royal nie przypadł mi specjalnie do gustu, a coopa potraktowano po macoszemu, aczkolwiek nie one stanowią o kręgosłupie produkcji. Kampania jest taka sobie, ale ma swoje momenty. Poza tym to naprawdę ładna gra, choć mógłbym się przyczepić, że ‚kiedyś to była rozpierducha na mapie, a teraz to nie ma’, ale i tak mam wrażenie, że jest lepiej tu, aniżeli w BF1. Czekam na powrót do współczesności i Bad Company 3 – to jest to, to zdanie, innych nie ma, dziękuję.

PLUSY

➕ Frostbite pokazuje pazur
➕ Rajcowana rozgrywka w trybie wieloosobowym
➕ Mapy w multi
➕ Dużo do osiągnięcia, zdobycia i odblokowania
➕ Firestorm może i nie dla mnie, ale to solidnie wykonany punkt gry
➕ Kampania w drugiej połowie nawet niezła…

MINUSY

➖ …ale w pierwszej bardzo kiepskawa
➖ Coop wprowadzony z minimalnym wysiłkiem


📌Uwaga! Osoby chorujące na schorzenie wywołujące niestrawności rozgrywki i zanikanie przyjemności z ogrywanego tytułu, na skutek jakiejkolwiek implementacji mikrotransakcji, powinni wiedzieć o istnieniu kupnych lootboxów/wirtualnej waluty w grze. Przed użyciem zapoznaj się z recenzją, gdyż jeśli zostały niewłaściwie zastosowane zagrażają uzależnieniu od hazardu, oraz uszczerbkowi na życiu lub zdrowiu(psychicznym).

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: