Battlefront II (PS4)

Dobrze, że tym razem nie skusiłem się na pre-order

Pierwszy Battlefront był moją ostatnią pomyłką pre-orderową tej generacji – właściwie jedyną. Rzadko kiedy coś zamawiam w przedsprzedaży, natomiast, gdy zbliżała się premiera jedynki, do głosu doszedł mój wewnętrzny dzieciak, który wychował się na filmach Lucasa i zamówienie poszło. Z oczywistych względów, najbardziej brakowało mi kampanii dla jednego gracza, ale także i głębi rozgrywki. Byłem mocno zawiedziony zabawą online: szczodrością odblokowań, dziwnym systemem kart i odstraszająco casualowym gameplayem. Przy dwójce postanowiłem się wstrzymać, więc jednocześnie ominęła mnie cała gównoburza skrzynkowa, jaka rozbrzmiała wokół drugiego Battlefronta na premierę. Tytuł również ogrywam po masie aktualizacji zawartości, a nawet przemodelowaniu graficznemu, które dostrzegam tylko dzięki porównaniom modeli bohaterów na YT. EA zrobiło bardzo dużo, aby tytuł ratować i koniec końców, wyprowadziło go na prostą. Po pojawieniu się w plusie, nie miałem już wymówki i postanowiłem sprawdzić na własną rękę, czy powyższe działania elektroników, faktycznie dały rezultaty.

Pomimo istotności kampanii w Battlefront II, najpierw rozliczmy się z multiplayerem, albowiem to właśnie do niego miałem najwięcej zarzutów w pierwszej odsłonie. To, czego mi brakowało w pierwszym Battlefroncie, to większego uzależnienia rozgrywki od umiejętności, aby gra mniej przypominała zabawę dla hypercasualów – niestety tutaj nie za wiele się zmieniło. Wciąż nie czuć żadnej mocy czy uderzenia, czymkolwiek byśmy w grze strzelali. Sam feeling strzelania jest nierajcowny i – po prostu – nudny. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że twórcy nie chcieli robić czegoś, co można by przyrównać do moda Battlefielda, ale zupełnie nie czuję przyjemności ze strzelania do siebie blasterami. Zdaje sobie również sprawę, że to nie Battlefield, jednak od DICE i walki pojazdami również oczekiwałem więcej. Osobiście uważam, że walka „ciężkim arsenałem”, w nowych Battlefieldach, to nieporozumienie. Rolę pojazdów zrównano praktycznie do poziomu średnio-mobilnych wież strzelniczych. Dużo tutaj winy ponosi design map, które nie są zbyt rozlegle, a jeśli nawet już zaskakują skalą, to przeważnie rozciągają się wyłącznie w jednym poziomie. W głowie utkwiła mi mapa na planecie Naboo, gdzie „czołgi” obu stron, mogły jedynie poruszać się po ultra-wąskich alejkach, zupełnie tracąc przewagę mobilności. Natomiast o walce w powietrzu nawet nie che mi się pisać – poczynając od tego, że początkowy układ na padzie sterowania pojazdami latającymi jest niedorzeczny i pierwszą rzeczą, jaką zrobicie to zmiana na ten o nazwie: LEGACY. Generalnie całość sprowadza się do zasady, która już w jedynce strasznie mnie drażniła: kto, komu pierwszy siądzie na ogonie, ten wygrywa – chyba, że to ze mną jest coś zupełnie nie tak i nie rozumiem latania pojazdami w Gwiezdnych Wojnach od EA. Nie wiem, czy to przez moje zamiłowanie do tego drugiego BFa, ale bardzo szybko dotarło do mnie, że tryb wieloosobowy Battlefronta nie jest dla mnie. Co tylko potwierdziłem siadając do multi w Battlefieldzie V, gdzie momentalnie poczułem się, jak ryba w wodzie.

Kolejnym z elementów, który zmieniono względem jedynki to karty, które teraz służą do rozwoju naszej postaci. Karty modyfikują parametry ogólne naszego bohatera lub zmieniają całkowicie działania jednej z trzech bazowych umiejętności, niezależnie czy jest nim szeregowy Szturmowiec Imperium, X-Wing, T-Fighter czy Luke Skywalker. To w jaki sposób zasiadamy za sterami maszyn lub wchodzimy w skórę legendarnej postaci uniwersum teraz? Otóż w trakcie rozgrywki zdobywamy punkty, które możemy wydać na w/w. Coś jak sklepik w CS-ie, dostępny pomiędzy rundami. Schemat lepszy od jedynki, aczkolwiek i z tą wersją kart mam mały problem. Otóż grając przez tydzień, z kilkoma wieczorami podwójnego czy potrójnego EXP, nie byłem w stanie odblokować (praktycznie) żadnej broni czy akcesorium do niej – coś tu jest nie halo. Bardziej obeznani w branży pamiętają, że owe karty wzbudziły prawdziwe pospolite ruszenie w świecie przeciwko lootboxom. Elektronicy wycofali się z nich w późniejszych aktualizacjach, aczkolwiek teraz rozumiem, dlaczego Brian Altano uważał, że usunięcie lootboxów nic nie da, a cały system jest do bani – jestem po stronie pana z IGN. Progresja rozwoju jest zbyt rozciągnięta i przez dłuższy czas nie dostrzega się możliwości szukania swoich zestawień kart, broni, akcesoriów itd. Znów wychodzi brak głębi, o którym już pisałem. Tak jak i rozgrywce brakuje polotu, tak i system odblokowań czy wyzwań zbudowano w celu zatrzymania przy grze, a niekoniecznie frajdzie.

Co natomiast muszę oddać twórcom, to że postarali się, aby każdy znalazł odpowiedni dla siebie tryb zabawy w Battelfront II. I nie mówię tu jedynie o grze wieloosobowej, a ogólnie całej produkcji. Jest oczywiście kampania, o której powiem za chwilę, a do tego: misje kooperacyjne (dla dwóch graczy na podzielonym ekranie, walka przeciwko botom z celami do osiągnięcia), treningi (przeciwko SI) oraz garść różnorakich trybów zabawy dla wielu graczy. Znajdziemy tu znane tryby (TDM, CTF, conquest i rush z Battlefielda) w nowych nazwach (np. Blast to nic innego jak zespołowy deathmatch, a Supremacy to połączenie rush i conquest) oraz par oryginalnych (powiedzmy) pomysłów. Pierwszym z nich jest bitwa na wyłącznie pojazdy latające, Starfighter Assault. Dwie drużyny oraz kilkadziesiąt botów. Jedna ekipa broni krążownika Imperium, a druga stara się go zniszczyć. Bardzo przyjemne, choć przez średnie wrażenia lotnicze, nie spędziłem z trybem za dużo czasu. Ostatnim jest tzw. Evok Hunt, gdzie wcielamy się rolę oddziału Szturmowców, pozostających na Endor po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci. Naszym celem jest przetrwanie nocy, broniąc się przed atakami rdzennych mieszkańców planety, którzy wykorzystują znajomość swojej ziemi w partyzanckich atakach. Każdy zabity członek naszej drużyny trafia po śmierci do przeciwnej, a gra kończy się wraz z końcem czasu. Całkiem przyjemny zestaw, który gdyby nie wcześniejsze bolączki, pewnie zatrzymałby mnie na dłużej.

A tak, po może tygodniu grania postanowiłem, że sprawdzę, co DICE wraz z Waltem Williamsem (twórca historii Spec Ops: The Line) oraz Janina Gavankar (odgrywająca główną rolę w grze), zmajstrowali, zanim rzucę tytułem w kąt. Początek był niezły, aczkolwiek przez pierwsze kilka misji uderzyło mnie wrażenie „tandetności”. Trochę jakbym grał na mapach multiplayera z botami, co niespecjalnie robiło wrażenie. Wcielamy się w rolę Iden Versio, pani komandor specjalnej jednostki imperium, Inferno Squad. W trakcie kampanii śledzimy losy jej i całego Inferno Squad, po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci przez rebeliantów (wydarzenia z Powrotu Jedi). Ciekawe i świeże spojrzenie na pomysł dla fabuły, który nawet nieźle się trzymał, co też spowodowało, że „botowość” samej rozgrywki aż tak nie przeszkadzała. Podczas kampanii przyjdzie nam sporo powalczyć w przestworzach (super) oraz pograć innymi bohaterami uniwersum, jak Luke, Leia, Solo czy Lando. Nudno raczej nie jest, choć do Spec Ops: The Line całe mile – kilkukrotnie, nawet bez przesadnego przyglądania się szczegółom, widać, że w ten obszar scenariusza mocno wszedł Disney. Nie chciałbym spoilerować, aczkolwiek sami zauważycie w mgnieniu oka, o jakie wątki chodzi. Koniec końców z kampanii można czuć się zadowolonym. Choć brakuje tutaj trochę szlifów, a Wiiliamsena widać dopiero w napisach końcowych, to dobrze się bawiłem przez te dwa, może trzy wieczory.

Wspominałem, że fanów ucieszy możliwość zagrania misji fabularnych legendarnymi postaciami uniwersum, ale zasadniczo cały Battlefront II jest mokrym snem fanów świata Lucasa. Zwłaszcza widoczne jest to w multi, gdzie zawartość obejmuje wszystkie trzy „ery” uniwersum Star Wars, a zatem wszelki content wygenerowany od części pierwszej do The Rise of Skywalker. Poczynając od skórek dla sił obu stron konfliktu, opartych na regimentach i oddziałach w świecie gry, aż po bardzo bogatą paletę grywalnych podczas starć online bohaterów. Najwięksi nerdzi Gwiezdnych Wojen rozpłyną się, jak zobaczą listę skórek najzwyklejszego Szturmowca – co zresztą oddaje baner tego wpisu. Mapy również mocno dotykają wspomnień z filmów, książek czy animacji. Od Naboo, przez Scarif (film Rogue One), aż po Jakku, gdzie będziemy mieli szansę uczestniczyć w jednej z najważniejszych bitew uniwersum Star Wars. I wszystkie wyglądają bardzo ładnie, co też trzeba oddać całości produkcji DICE. Gra wygląda naprawdę dobrze. Już pierwsza odsłona zachwycała oprawą, i choć dwójka nie robi przez to takiego wrażenia, to nie raz zdarzyło mi się powiedzieć „WOW” w stronę telewizora. W tym miejscu muszę nadmienić o koszmarnie długich ekranach ładowania, które szczególnie w trakcie wychodzenia z rozgrywki online, mocno dokuczają, ale nie ma co się już dłużej nad tytułem znęcać.

Battlefront 2 to przykład bardzo ukierunkowanego FPS-a, chyba jedyny taki przypadek, jaki sobie przypominam i sięgam znajomością gier na konsolach. Jest on skierowany głównie i przede wszystkim do fanów Gwiezdnych Wojen, a dopiero później, później, później do miłośników strzelania online, w trzeciej lub pierwszej osobie. Wątpię, aby zagorzali gracze Call of Duty czy Battlefielda, dobrze się bawili w zmaganiach online Battlefronta. Natomiast gracze, którzy nie sprawdzają się w tuzach kompetytywnego strzelania w sieci, z dużym prawdopodobieństwem, odnajdą się tutaj – a jeśli jeszcze są fanami Gwiezdnych Wojen to już w ogóle. Dosyć naiwnym z mojej strony było myślenie, że w tej kwestii się coś zmieni w porównaniu do jedynki. Disney i EA doskonale wiedzieli, co robią i na kim chcą zarobić. A skoro już przy finansach jesteśmy, to chyba powinienem cosik napisać o lootboxach w grze, skoro odbiły się gigantycznym echem na całej branży. Jest to aczkolwiek utrudnione z dwóch powodów: EA „wycięło” je z gry, a te które otrzymywałem, po otwarciu nie pokazywały żadnej zawartości. Zatem bezpośrednio nie mogę się do nich odnieść, ale mogę powiedzieć, że system rozwoju i odblokowań bez nich jest równie skopany, jak był (teoretycznie) z nimi. Narzekania, jakie słyszałem w okolicach premiery, nadal są adekwatne. Nie chciałbym już przedłużać wpisu, albowiem uruchomił mi się już piąty Battlefield, który z kretesem zostawia za sobą Battlefronta, pod niemalże każdym kątem, więc pochwalić DICE trzeba, za zawartość gry, bo jednak jest tutaj sporo dóbr fanów Star Wars i pochylenie się nad prośbą o kampanię, mimo że do najwybitniejszych nie należy. Tylko dla fanów Gwiezdnych Wojen.

PLUSY

➕ całkiem niezła kampania dla jednego gracza
➕ bardzo ładna grafika
➕ gratka dla fanów Star Wars
➕ dużo zawartości z całego uniwersum
➕ pozbycie się kart z map w multi

MINUSY

➖ nudna rozgrywka bez polotu
➖ disnejowskie zagrywki w fabule kampanii
➖ koszmarne loadingi
➖ system progresji i odblokowań

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: