Battlefield 1 (PS4)

I Wojna Światowa spod rąk Szwedów z DICE bawi, „uczy” i pozytywnie zaskakuje po gwiezdno-wojennym potknięciu.

Kiedy zapowiedziano Battlefield 1, w pamięci miałem fiasko, jakim – dla mnie osobiście – była ostatnia produkcja DICE, Battlefront. Choć śliczny niczym filmy Lucasa, tytuł nie prezentował sobą w multi głębi, jakiej oczekiwałem po produkcjach Szwedów. Nie pomagał również nietypowy, jak na FPS-y, okres historii świata wybrany na tło gry. ‚I Wojna Światowa’ była dla mnie nic nieznaczącym zwrotem – w szkole nie dotarliśmy, mi nie zależało, a w telewizji niepopularna. Postanowiłem zatem odpuścić sobie BF1. Do czasu, gdy wraz ze zbliżającą się premierą Battlefielda V, udostępniono za darmo pakiet Premium do „jedynki”. Podstawa na allegro kosztowała mnie niecałe 40zł i znów trafiłem na pole walki – bezapelacyjnie zakup wart takiej ceny.

Odwrotnie do serii Call of Duty, przy produkcjach DICE rzucam się najpierw w wir zmagań online. Zanim jednak o samym trybie wieloosobowym, to bardzo szybko o menu głównym. Dlaczego? Albowiem mówiąc wszem i wobec, że ogrywam sobie „pierwszego, ale nie pierwszego” Battlefielda spotkałem się z krytycznymi komentarzami do UI nowych produkcji Szwedów. Sam nie widzę w nim nic specjalnie irytującego, a nawet powiem, że podoba mi się jego sterylność, choć może po prostu jestem przyzwyczajony po Battlefroncie 1 czy Battlefield 4, który miał premierę przed Battlefield 1 – szlag może trafić z tymi rebootami ostatnio. Kończąc wątek pierdółek muszę zaznaczyć, że należy się pochwała dla DICE za umożliwienie w 100% dowolnego skonfigurowania sterowania padem. Wszystkie przyciski i kierunki, zarówno pieszo i w pojazdach – brawo. Wracając do recenzji. W multi Battlefield zawsze błyszczał i tutaj nie jest inaczej. Skala starć oraz otwarta walka piechoty, pojazdów lądowych i maszyn lotniczych, tworzą epicki obraz tego, jak mogła wyglądać pierwsza Wojna Światowa – powiedzmy – z dużym marginesem autentyczności. Wiadomo, że dla BF-a zawsze ważniejsza była dobra zabawa. a nie realizm – tym bardziej nie rozumiem oburzenia po zapowiedzi V. I tej frajdy jest tutaj całkiem sporo, aczkolwiek nie obyło się bez rys –  o nich trochę niżej. Z trybów zabawy nie ma zaskoczeń i dostajemy zadowalający zestaw trybów. Poza Conquest, który jest panem i władcą Battlefieldów, znajdziemy tutaj takie znajome nazwy, jak Rush, Domination czy Team Deathmatch. Zupełne nowości są dwie: War Pigeons i Operations. W pierwszym, w regularnych odstępach czasu, pojawiają się na mapie gołębie. Wygrywa drużyna, która przejmie ptaszynę oraz utrzyma się przy niej na tyle, aby wypuścić nią list do dowództwa. Drugi tryb natomiast to zupełnie inna liga wykonania i przyjemności. Operacje to rozbudowane połączenie trybów Conquest i Rush. Potrafią trwać nawet godzinę i starają się ukazać prawdziwe starcia, które mogły mieć miejsce w Wielkiej Wojnie. Zanim trafimy na mapę otrzymujemy wprowadzenie historyczne, gdzie pani lektor zaznajamia nas z realiami będącymi tłem do mającej się za chwilę rozpocząć bitwy, w której jedna ze stron będzie się starać odeprzeć drugą – kilkukrotnie. Bitwy podzielono na obszary lub punkty do przejęcia. Atakujący mają kilka szans na przesunięcie linii frontu. Gra zmienia warunki bitwy, np. dając jednej ze stron wsparcie czołgów lub drugiej behemotów – super-machin wojennych. Zajebisty tryb. Jak tylko byłem w stanie poświęcić więcej czasu Battlefieldowi to wybierałem właśnie operacje. Cała otoczka historyczna – nawet jeśli fikcyjna – trybu oraz napięcie uciekających punktów obrony lub ataku, nadawały potyczkom ogromnej skali – czegóż innego chcieć właśnie od Battlefielda.

W kwestii kierowanych wojaków mamy równie standardowy podział na 4 klasy: medyka, szturmowca, snajpera oraz żołnierza wsparcia. Każdą z klas wyróżnia charakterystyczny ekwipunek, zarówno pod kątem broni głównej, jak i specyficznych dla niej przedmiotów. U szturmowca znajdziemy wszystko do walki z opancerzonymi pojazdami. Wsparcie zasila kompanów amunicją i zasypuje wrogów z moździerzy. Medyk leczy ranych i podnosi „umartych” towarzyszy (duh?), a snajper może zabarykadować się na pozycji różnymi pułapkami. Żadna z klas nie wydaje się być OP i wybór jest wyłącznie kwestią preferencji. Poza nimi dostępne są także klasy specyficzne dla odrodzenia się za sterami pojazdu lub konno oraz klasy specjalne – pomysł zaczerpnięty nieco z kart Battlefronta, który polega na podniesieniu z mapy ekwipunku specjalnego, jak zbroja i miotacz ognia. Stan uzbrojenia w BF1 jest „odpowiedni”, a przez to rozumiem liczbę broni oraz dodatków do nich, który jestem w stanie ogarnąć. Przytaczam takie kryterium oceny, albowiem w poprzednim Battlefieldzie czułem się przytłoczony ilością spluw, dodatków, lunet, kolorów itd. Natomiast w Battlefront 1 było odwrotnie – wszystkiego za mało. Recenzowany tytuł jest gdzieś po środku ze swoim arsenałem i to bardzo mi pasuje. A jak z pojazdami? Lepiej niż się spodziewałem. Poza kawalerią konną (stanowczo za wytrzymałą, ale to szczegół) są tutaj czołgi w wielu odmianach, pojazdy pancerne, motocykle, łodzie, samoloty, a wśród nich ikoniczne dwupłatowce, wielkie bombowce, naszpikowane działami pociągi i sterowce. Te ostatnie to wspomniane behemothy i pojawiają się na mapie, gdy jedna ze stron dostaje solidne lanie, aby wspomóc przegrywających. Inną kwestią jest fakt, że o ile samolotami lata mi się bardzo dobrze, tak np. moim zdaniem czołgi są niewystarczająco silne (może ze względu na realia) w porównaniu do takiego M1 Abrams. Jazda motocyklem to droga przez mękę i nie wiem, czy wina leżała w „dziekiej” sterowności, czy ukształtowaniu terenu, ale z bazy wolałem biec do pierwszych celów aniżeli wsiadać na motocykl. Mapy przypadły mi do gustu, tak ogólnie. Twórcy postarali się o ciekawy zestaw lokacji starć, wśród których jedne są bardziej płaskie, nastawione na walkę z dystansu i poruszanie się okopami, zaś inne faworyzują starcia piechoty, w ciasnych korytarzach, wioskach czy murach twierdz. Perełką wśród map jest Monte Grappa, ulokowana na zboczu Włoskich gór niedaleko Wenecji. Inną, zapamiętaną przeze mnie mapą jest Amiens, które przenosi konflikt na wąskie uliczki francuskiego miasta.

W Battlefielda 1 gra się naprawdę dobrze. Czy strzelamy z broni samopowtarzalnej, czy automatycznej, gunplay daje radę. Czuć kopa starej broni i niedoskonałości pierwszych LKM-ów. Mimo umieszczenia rozgrywki w I WŚ, rozgrywka nie utraciła na dynamice zbyt wiele i nadal sprawia dużo dobrej zabawy. Dziej się tak m.in. z powodu świetnej grafiki. Gra wygląda niemal tak dobrze jak Battlefront 1, który powodował opad szczęki u fanów Gwiezdnych Wojen i nie tylko. Przy tym tytuł solidnie radzi sobie z animacją i nie odczułem widocznych „zwiech”. Coś, co również jest poniekąd wizytówką strzelanin DICE to oprawa dźwiękowa, ze szczególnym naciskiem na odgłosy wydawane przez broń, pojazdy, a także wybuchy oraz inne efekty wojenne. Szwedzi i tutaj nie zawiedli. W dobrych słuchawkach, czy srogo pogłośnionym kinie domowym, gra jest miodkiem dla uszu. Kosztem tych wodotrysków, aczkolwiek jest destrukcja otoczenia, która z Battlefielda na Battlefielda spada po równi pochyłej. Silnik Frostbite może i pięknieje, ale traci na destrukcyjnej duszy, którą zachwycał w Bad Company 2, czy nawet trzecim BF-ie. DICE zapowiedziało, że powrót do rozpierduchy otoczenia był dla nich ważny przy tworzeniu Battlefielda V  – pożyjemy, zobaczymy.

Zostawmy tryb wieloosobowy i przejdźmy do kampanii dla jednego gracza. Te w produkcjach DICE były ‚okej’, co najwyżej dobre. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, więc Szwedzi postanowili tym razem odejść od liniowej – poświęconej jednemu bohaterowi – fabuły na rzecz autonomicznych historii wielu osób. Mamy historię kierowcy czołga Mark V, który w cywilu był szoferem. W jego skórze przyjdzie nam przedostać się przez linię obrony Niemców, bez jakiegokolwiek wsparcia – trochę jak w Furii z Bradem Pittem. Innym razem wcielimy się w balansującego na granicy prawa pilota aliantów, pochodzenia amerykańskiego. Zestrzelony za linią wroga, będzie musiał przedostać się na stronę sojuszników, gdzie za kradzież samolotu i podszywanie się za wyższego rangą oficera, czeka go sąd wojenny – gdzieś po drodze jeszcze ratując Londyn. Moją ulubioną kampanią była natomiast historia Zara Ghufran, beduińskiej wojowniczki, walczącej przeciwko Imperium Osmańskiemu u boki T. E. Lawrence’a – postaci faktycznie znanej z kart historii. Moją sympatię poziom zyskał dzięki znacznie bardziej otwartej budowie, aniżeli poprzednie, mocno liniowe historie, choć właściwie umieszczono ją – dosłownie – na mapie do multiplayera. Mimo to, dzięki nieliniowości i możliwości podziałania po cichu, szczególnie miło wspominam właśnie tę opowieść. Innym momentem, który zapadł mi w pamięć jest…wcielenie się w gołębia pocztowego. DICE zawsze wpadnie na podobnie genialny pomysł, aby skutecznie oderwać nas od immersji dziwnym patentem, o którą i tak nieco musimy sami zawalczyć. Albowiem widzicie, historie same w sobie są ciekawe i jeśli nie próbujemy eksploatować liniowych poziomów, to wszystko jest w porządku, ale np. zostawmy pada bez zatrzymywania gry i okaże się, że nic się nie stanie. Sztuczna inteligencja praktycznie nie istnieje, a większość poziomów bieganych jest „oskryptowana” w cholerę. Gratuluje zbierającym w poziomach znajdźki – z całą sympatią do kampanii, drugi raz bym nie potrafił jej kończyć.

Wszystkich jest dokładnie 6 licząc także pierwszą, pełniącą rolę prologu, który miał pokazać nam jej surową brutalność i dramatyczność. Ciekawostką jest, że każda z mini-kampanii ma ziarenko prawdy w sobie – od jakiejś postaci, która faktycznie istniała lub bitwie, która naprawdę miała miejsce. Oczywiście, nie będę nawet próbował rzucać stwierdzeniami, że DICE ładnie oddało Wielką Wojnę, zgodnie z faktami historycznymi. Jak już wspomniałem wcześniej: twórcy podeszli do tematu bardzo luźno, ale bez zupełnego oderwania się od rzeczywistości. Aby zapełnić listę dostępnego sprzętu w grze sięgnięto zarówno do faktów, jak i do pomysłów na np. broń, która potencjalnie mogłaby istnieć w 1918 roku. Nie ma co zatem również się dziwić, że jakieś 90% zawartości do odblokowania w grze to inspirowane konfliktem skórki do broni i pojazdów. Nie będąc zbyt dobrym z historii, fajnie było poznać tę wojnę, nawet jeśli przez krzywe zwierciadło. Szczególnie spoko były te wprowadzenia historyczne, opisujące co działo się na poszczególnych frontach konfliktu, od Europy po kraje arabskie – aczkolwiek, tak zupełnie subiektywnie, wolę FPS-y umieszczone we współczesności.

Battlefield 1 mnie zaskoczył. Konflikt, który wydawał mi się niezbyt interesujący, okazał się bardzo ciekawym i – dzięki fantazji Szwedów – pełniejszy w zawartość niż przewidywałem. Na marginesie: muszę zaznaczyć, że ogrywałem grę w wersji Premium, więc już po wszystkich, dużych dodatkach. Nie mi zatem oceniać, co gracze dostawali na premierę, jednak dziś, gdy pełną wersję można wyhaczyć za naprawdę niewielkie pieniądze, warto się zastanowić nad tą produkcją DICE. To solidny shooter, zarówno w singlu, jak i trybie wieloosobowym. Jasne. Weterani zapytają o brak jakiegokolwiek trybu kooperacji, podważą zawartość płyty, porównując BF1 z poprzednikami…i trochę racji będąc mieć. To nie jest najlepszy Battlefield, w jakiego grałem, ale omijanie go szerokim łukiem ze względu na umiejscowienie w kartach historii, bycie nieco bardziej szczupłym w zawartość albo przez obecność lootboksów, oznaczałoby zaprzepaszczenie zagrania w naprawdę fajną grę – na własne życzenie.

PLUSY

(+) śliczna grafika
(+) zadowalająca lekcja historii o okresie zupełnie mi nieznanym
(+) odpowiednia liczba odblokowań
(+) solidny gunplay
(+) tryb Operations
(+) kampania z momentami

MINUSY

(-) głupotki w trybie dla jednego gracza
(-) zniszczenia otoczenia cieniem dawnego poziomu DICE
(-) walka pojazdami
(-) przemieszczanie się na motorze

Battlefield V to spora niewiadoma, więc może zaopatrzcie się zamiast tego w bardzo solidnego Battlefielda, chodzącego obecnie za małe pieniądze.

SPRAWDŹ OCENY NA RACZEJKONSOLOWO


Uwaga! Osoby chorujące na schorzenie wywołujące niestrawności rozgrywki i zanikanie przyjemności z ogrywanego tytułu, na skutek jakiejkolwiek implementacji mikrotransakcji, powinni wiedzieć o istnieniu kupnych lootboxów w grze. Przed użyciem zapoznaj się z recenzją, gdyż jeśli zostały niewłaściwie zastosowane zagrażają uzależnieniu od hazardu, oraz uszczerbkowi na życiu lub zdrowiu(psychicznym).


donatebar2

Podobał ci się materiał? Możesz wesprzeć RaczejKonsolowo dowolną kwotą!

paypalbutton

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: