Gumka do wymazania gier z pamięci

Pytanie na maj: Gdybyś mógł wymazać z pamięci jakąś grę, aby poznać ją jeszcze raz, jaki tytuł byś wybrał?

Gamingowe Medytacje to seria, która zrodziła się z przypadku. Każdego dnia WordPress podsuwa mi jedną myśl lub pytanie – iskrę, która ma rozpalać kreatywność. Choć codzienny pośpiech rzadko pozwala na pisanie, raz w miesiącu zwalniam. W każdy pierwszy dzień miesiąca wybieram jedną z tych propozycji i zatrzymuję się nad nią na dłużej, łącząc świat gier z osobistą refleksją.

Nie wiem, czy będzie to dużym zaskoczeniem, jednak gdy zastanawiam się nad tym dylematem (a nie pojawił się on dopiero teraz w mojej głowie), to na pierwszy ogień nie lecą moje ulubione produkcje. Te, z którymi związane są moje najcenniejsze wspomnienia. Jestem przekonany, że takie gry jak Final Fantasy VIII, Ace Combat: Squadron Leader czy trzeci Wiedźmin dostarczyłyby mi podobnych wrażeń teraz, jak w momencie ich ogrywania. W najgorszym wypadku byłyby doświadczenia inne, bo przecież lata mijają, zmienia się świat, nasz pogląd na niego, ale wciąż nie widziałbym potrzeby wyparcia ich z pamięci, przed ponownym sprawdzeniem. Zatem gdy naprawdę chciałbym, aby jakaś pozycja zniknęła z mojej bazy danych, to szukam takich, które dziś, będąc świadomym zakończenia ich historii albo zawartego w nich zwrotu akcji, stały się zupełnie – dla mnie – niegrywalne. Z tego miejsca więc chciałem ostrzec, że tekst ten może wam zepsuć niejedną fabułę. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałem.

Zanim sięgnę do spisu wszystkich moich produkcji, aby lecąc palcem po ekranie telefonu, znaleźć więcej przykładów, nie mógłbym rozpocząć tego tematu od dwóch gier, które rozpychają się w tej grupie łokciami przed szereg. Jedną z nich jest całkiem niedawno analizowany przeze mnie i Norberta – infamous. Im więcej czasu mija od zagrywania się w tytuł Sucker Punch, tym bardziej oceniam go w sporej mierze jako średniaka, który głównie poprzez zwrot akcji na końcu historii, wybił się na tle innych gier tamtego okresu. Drugim z oczywistych wyborów jest Bioshock. Rozgrywka w dziele Kena Levine’a w ogóle się nie zestarzała, a świat wykreowany przez Irrational Games wciąż zachwyca – co potwierdzam po niedawnym powrocie do Rapture w DLC do BioShock Infinite. Jednak to nagły zwrot akcji i totalne przewartościowanie tego, co dzieje się wokół bohatera, stanowi jeden z najlepszych momentów w historii gier wideo. I o ile inFamous bez wymazania z pamięci, nie ma za wiele do zaoferowania, ponieważ gameplay nie błyszczy, a znajomość zakończenia właściwie zabija fabułę, tak Bioshock jest zupełnie grywalny przy świadomości twistu. W jego przypadku bardziej chodzi o efekt i uderzenie, jakie zapewnia, które chciałoby się przeżyć jeszcze raz.

Nie chciałem jednak poprzestawać na wyłącznie tych, od dawna postrzeganych w tej kategorii opcjach. Tu po raz kolejny ku pomocy przyszedł mi mój pierdolnik na punkcie porządków i organizacji. Otworzyłem arkusz ze wszystkimi grami. Odfiltrowałem z nich te, które już mam za sobą i przeleciałem po liście od A do Z. Choć nie rzuciło mi się nic podobnego do powyższych dwóch tytułów, to znalazłem dwie gry, które również chciałbym mieć możliwość sprawdzenia z czystą kartą – jednak zupełnie z innego powodu. Tymi pozycjami z listy okazały się pierwszy Nier z PS3 i dziewiąte Final Fantasy. Obie produkcje ukończyłem będąc w nieodpowiednim miejscu mentalnie, czy emocjonalnie. Final Fantasy IX było dla mnie porażką jako fana ósemki. Totalna zmiana stylu wizualnego absolutnie mi nie leżała. Do tego doszły również komentarze, które momentalnie stawiały ją ponad moją ukochaną przygodę Squalla i pozostałych uczniów z Balamb Garden. Natomiast Nier oberwał poprzez fandom, jaki zbudował się wokół tego klasyka, a przede wszystkim wokół jej nietuzinkowego autora, Yoko Taro. Fani jego twórczości doprowadzali mnie do szału przez swoje zadzieranie nosa i wąchanie nim swoich własnych bąków. Może zatem teraz, gdy jestem nieco starszy i zdecydowanie bardziej wyrąbane na oponie innych, odebrałbym oba te dzieła inaczej?

A potem dotarło do mnie, że przecież obecnie gram w grę, która jest idealnym przykładem na wymazanie z pamięci przed ponownym przejściem. Jednocześnie tytuł ten uświadomił mi, skąd tak niewiele podobnych pozycji na mojej liście, które łapią się do zbioru gier z przymusowym kasowaniem wspomnień – to Resident Evil 2. Nawet więcej, dosłownie na własnej skórze się przekonuje, jak bardzo zmienia się odbiór gry, jeśli momentalnie po ukończeniu jednego podejścia, zabrałem się za kolejne. Nawet jeśli twórcy starali się zapewnić nieco inne doznania poprzez zmianę położenia niektórych przedmiotów, to same zagadki i kluczowe momenty pozostały niezmienne, a przez to rozgrywka bardzo dużo straciła. Zarówno przez brak podnoszonego ciśnienia tak wiele razy, jak i odebranie dzikiej satysfakcji z rozwiązania zagadki. A ponieważ na co dzień rzadko sięgam po horrory w stylu dzieł Capcomu, na mojej liście naturalnie brakuje podobnych tytułów. Podobnie sprawa ma się z serią Ace Attorney, czy Danganronpa, których jeszcze nie tknąłem. Aczkolwiek czas pokaże, czy do nich dotrę i kiedyś będę mógł napisać podobny tekst ze zwiększoną liczbą szpilów do usunięcia z pamięci – mam nadzieję, że stanie się to szybciej, niż takowy zabieg stanie się ogólnie rzecz biorąc możliwy.


I to by było na tyle, a teraz otwieram komentarze i jestem ciekaw, jakie byłyby to gry dla Was. Podzielcie się swoimi przemyśleniami. Czekam pod wpisem w komentarzach i…

…do następnych medytacji!


Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z RaczejKonsolowo

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej