Od marketingu dla gigantów, po wielki debiut na otwarcie piątej ery PlayStation. Sprawdzam, co ekipa z Ember Lab upichciła w swoim debiutanckim kotle.
Start kolejnej generacji to czas, gdy potrafią nas ominąć solidne perełki. Dopiero co wydaliśmy hajs na konsole, więc brakuje go na kupno każdej, nowej gry na świeży hardware i trzeba dokonać wyboru. W czasie gdy Kena świętowała swój sukces na PS5, ja byłem pochłonięty Returnal i (niemalże) brakiem ekranów ładowania w Destiny 2 – po dziś dzień jedno i drugie są dla mnie synonimem tej generacji. Ostatni State of Play i zapowiedź kontynuacji przypomniały mi, że przecież mam na półce Kena: Bridge of Spirits. A gdy jeden z widzów skarcił mnie za to dzwonkiem wstydu, postawiłem sprawdzić, jak mała ekipa z francuskiego Ember Lab, która nigdy wcześniej nie pracowała nad grami, dostarczyła tak nieśmiałą perełkę na start życia nowej konsoli.

Każdy pewnie kojarzy program: „Jaka to melodia?”, a wraz z nim pochodzenie zwrotu: „Po jednej nutce”. I choć przy Kena: Bridge of Spirits nie chodzi o muzykę, a gatunek, jak i to, z jaką ogólnie mam do czynienia produkcją, rozpoznałem po jednej animacji: gdy bohaterka podskakuje i wykonuje podwójny skok, w powietrzu robi błyskawiczny obrót, który wybija ją wyżej. Dokładnie tak samo tę akcję wykonywał, Jak z serii Naughty Dog, a obie ich przygody nie mogłyby być bardziej do siebie zbliżone. Tytuł Ember Lab to platformówka 3D z elementami gry akcji. Przez większość gry będziemy skakać po platformach, wspinać się po przetartych krawędziach, rozwiązywać zagadki środowiskowe i toczyć pojedynki z przeciwnikami. Pomyślcie o Jak & Daxter: The Precursors Legacy, czy serii Ratchet and Clank i macie wyraźny obraz zabawy w Kena: Bridge of Spirits.
Mając z tyłu głowy, że dla studia Ember Lab to debiut na rynku gier (wcześniej zajmowali się materiałami marketingowymi dla sektora biznesowego) jestem pod wrażeniem, jak dobrze studio udało się zaimplementować rozgrywkę. W produkcjach takich jak Kena najważniejsze jest to, aby nie walczyć ze sterowaniem. Nie denerwować się, że to gra nie pozwoliła nam doskoczyć w odpowiednie miejsce lub w odpowiednim kierunku. Tutaj nie było takich przypadków, a co za tym idzie, przyjemność z rozgrywki nie odstaje od poziomu znacznie bardziej doświadczonych twórców. Bohaterka bardzo sprawnie radzi sobie z przeszkodami, prostą wspinaczką czy pływaniem. Gameplay w Kena: Bridge of Spirits to kwintesencja designu, starych platformówek 3D. Nic dziwnego. Studia indie od lat wracają do nostalgii XX w., więc dlaczego by oczekiwać, że niektórzy z nich zaatakują inny okres gier wideo.



Gdyby Kena potrafiła tylko biegać, szybko wkradłaby się nuda. Na szczęście jej kij to nie tylko ozdoba. Przede wszystkim w starciach z przeciwnikami może posługiwać się swoim… kijem, a później w historii otrzymuje jeszcze łuk, którego jako pierwszego wezmę na tapet. Idąc w kolejne porównania, nie potrzeba wielu chwil z tytułem, aby rozpoznać inspirację dla tej mechaniki – Aloy. Strzelanie bardzo przypomina mi tę mechanikę w serii Horizon. Od zwalniania tempa przy celowaniu w powietrzu, czy celowaniu precyzyjnym. A jako że uwielbiam produkcję Guerilla Games, tak i tutaj bawiłem się świetnie, wypuszczając kolejne strzały z cięciwy. Podobnie jak w produkcji Holendrów, tak i tutaj zaimplementowano haptykę naciągania łuku, co skutkuje mocnym lub słabszym strzałem. Gra sporo pomaga w korygowaniu naszej precyzji, co sugeruje mi, że nawet bez czarnego pasa pad-fu, wszyscy obudzą wewnętrznego Legolasa.
Niestety nieco mniej udanym jest system walki wręcz, choć do tragedii tutaj daleko. Po prostu Kena: Bridge of Spirits i w tym elemencie naśladuje tytuły sprzed lat. Uderzać przeciwników możemy szybką serią lekkich uderzeń, ładowanym mocnym uderzeniem, a w obronie korzystać z odskoków i tarczy obronnej. Bańka obronna przyjmuje na siebie uderzenia aż do przełamania, po czym pryska. Ale możemy również wywołać ją tuż przed uderzeniem wroga i parować ataki, powodując ogłuszenie wroga. Okno parowania jest takie sobie, choć problemy z jego wyczuciem – mam wrażenie – zaczynają się od samej animacji wywoływania bańki, która choć ładna, to powoduje dyskomfort koordynacji ręka-oko. Myślę, że w takiej produkcji okno na sparowanie ataku nie powinno być tak precyzyjne i to mój największy problem z walką w grze. Poza tym to prosty system, w którym szybko docieramy do wniosku, że im szybciej nazbieramy Odwagi dla odpalenia zdolności, tym lepiej.

To natomiast kolejny udany punkt rozgrywki, a wszystko za sprawą Rotów. Te włochate, małe stworki, które przypominają mi Ewoki z Gwiezdnych Wojen, ale tak z dziesięć razy bardziej urocze. Przez całą grę odnajdujemy je w opuszczonych chatach, pod kamieniami, czy jako nagroda po rozwiązaniu prostej zagadki środowiskowej. Od strzelania do celów w odpowiedniej kolejności, po umieszczeniu brakującej figury wśród innych posągów. Maluchy jednak to nie tylko słodzik produkcji, ale element gameplay’u. Podczas starć zbierają z pola bitwy proszek, Odwagę. Ta napełnia złote koła obok paska życia, które mogą zostać zużyte na specjalne, silne ataki lub strzały. Jednak na tym nie koniec ich zastosowań.
Roty to również element eksploracji otoczenia, a przede wszystkim rozwiązywania zagadek. To znów przypomniało mi gry z serii Pikmin, gdzie podobnie do gry Ember Lab, mogliśmy rozkazywać naszym małym towarzyszom, aby np. przenieśli kamień w odpowiednie miejsca, aby dostać się na wyższe piętro, czy też naciągnąć linę mostu, by po nim przejść. Łamigłówki są proste. Szybko łapiemy ich rozwiązanie, więc nic dziwnego, że Kena do siebie nie mówi, nie ma kompana sprzedającego jej rozwiązania – nie spodziewałem się, że za tym tak tęskniłem. To uzupełnia rozgrywkę w Kena: Bridge of Spirits znakomicie i przyznam się, że choć combat nie jest najlepiej wykonany, to jestem pod ogromnym wrażeniem jak solidny tytuł udało się Ember Lab dostarczyć. Biorąc pod uwagę, że to ich debiut – WOW! A to nie najlepsze, co ich dzieło ma do zaoferowania.



Pewnie dla tych, którzy już w Kenę grali, będzie dziwne, że nie rozpocząłem recenzji od grafiki w grze – tak silnego aspektu dzieła Francuzów. Ich gra wygląda świetnie. Oczka nam się świecą zarówno w rozgrywce, jak i w fenomenalnie wyreżyserowanych od strony kompozycji scenkach przerywnikowych. Większość historii rozgrywa się w terenach leśnych, zarośniętych wioskach i górskich jaskiniach, a co za tym idzie, mamy tu do czynienia z fenomenalnie wykonaną roślinnością, drewnianymi konstrukcjami, jak i pracę światła pod ziemią. Równie naturalnego przeciskającego się przez szczeliny w sklepieniach, aż po migoczące kryształy. Sama Kena, jak i wielu napotkanych bohaterów opowieści, również doczekało się starannego wykonania. Przede wszystkim jednak jestem zachwycony sceneriami i oświetleniem w cutscenach fabularnych. Nie tylko błyszczą jakością, ale i idealnie pasują do atmosfery gry.
Kena, albowiem to opowieść smutna. Pełna goryczy, żalu i gniewu. Nasza bohaterka jest Przewodnikiem Dusz. To osoba, która pomaga duszom, które z jakiegoś powodu zostały na ziemi po śmierci ciała, przedostać się na drugą stronę. Zerwać więzi, pogodzić się ze swoim losem i ruszyć dalej. Niestety, nie każdy duch godzi się ze swoim losem lub ma tak silne poczucie niespełnienia, że zmienia się w demona – to z nimi stoczymy najtrudniejsze boje. W tle podróży Keny natomiast jest plaga, która pochłania okoliczne ziemie i niszczy wszelkie życie. Odkrycie połączenia pomiędzy chorobą zatruwającą ziemię a gniewnymi duszami, będzie stanowiło sedno historii Kena: Bridge of Spirits.

Zaskoczony faktem, że Kena jest tak dobrze zmontowana jako powieść, nie powinna mnie zbytnio dziwić. Studio Ember Lab swój rozgłos wśród graczy zawdzięcza krótkometrażowemu filmowi „Majora’s Mask – Terrible Fate”, osadzonemu w świecie The Legend of Zelda. To właśnie sukces tego fanowskiego projektu pozwolił im sfinansować produkcję własnej gry. Widziałem ten materiał i nie dziwię się jego sukcesowi, jak i temu, dlaczego Kena: Bridge of Spirits tak kapitalnie się prezentuje. Z tego też powodu nieco drażni mnie niezbyt trafiony voice-acting, szczególnie w wykonaniu dwóch braciszków, których spotykamy na początku gry. Sama Kena również jest dosyć płaska emocjonalnie w swojej roli, jednak może to wynikać z generalnej melancholii całości gry. Nie mniej, to coś, z czym da się żyć. A przede wszystkim warto skupić się na tym, że Ember Lab ma smykałkę do filmowego opowiadania historii – nic dziwnego, że zainteresowało się nimi właśnie Sony.
Tym bardziej jestem pod wrażeniem debiutu Ember Lab. Ponieważ Kena: Bridge of Spirits to nie wyłącznie piękna wydmuszka, ale bardzo solidnie opracowana produkcja. Tak, jest to hołd platformówkom 3D z czasów – już teraz oficjalnie uznanych za takowe – retrokonsol. Łączy w sobie wiele inspiracji grami od znacznie starszych i bardziej doświadczonych ekip, pokazując jednocześnie, że je gonią i skracają szybko dystans. Historia chwyta za serce i skrada nasz czas. Nawet nie zauważymy, kiedy przygoda dobiega końca – jednocześnie pozostawiając niejedną furtkę dla kontynuacji. Jest tu coś do zbierania, do rozwijania, jak i przezwyciężania. Od czapeczek dla Rotów i strojów dla Keny, po specjalnie wyzwania na czas. To, że ekipa z Francji ma łeb na karku i rozumie gry wideo, udowadnia choćby system sygnalizowania bliskości ukrytego Rota czy zaznaczanie na mapie odnalezionych już sekretów. Solidna porcja rozgrywki w pięknym wykonaniu od debiutantów w branży gier wideo. Parafrazując jednego z WIELKICH sportowców naszych czasów: „Ember Lab – przepraszam. Nie znałem Waszej gry”.





Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!

RSS - Wpisy
Zostaw odpowiedź