Nioh (PS4) + Nioh Remastered: Complete Collection (PS5)

Okoliczności powstania Nioh prawdopodobnie należą do jednych z dziwniejszych w historii gier wideo. Tytuł zapowiedziany pod nazwą „Oni” z datą premiery na rok 2006 pojawił się na PS4 dekadę później. Przy dużej pomocy Sony i PlayStation, którzy wspólnie z Team Ninja wskrzesili projekt.

Pamiętam, że o Oni czytałem jeszcze w czasopismach growych, w artykułach poświęconych mitom branży i zapomnianym po zapowiedziach tytułom. Jakimże zaskoczeniem zatem była zapowiedź na konferencji PlayStation, powrotu gry jako Nioh. Zastanawiałem się, co spowodowało tak długą hibernację tematu w lodówkach Koei Tecmo i choć szczegółów pewnie nigdy się nie dowiemy, tak nic nie zabrania nam przecież wysunąć własną wersję wydarzeń. Takowymi mogło być nieznalezienie miejsca dla tytułu w rynku, w którym tak świetnie radziła sobie seria Onimusha. A może brakowało twórcom wyobraźni, którą obudził sukces kolegów zza miedzy, z From Software. Albo nierozwinięta była jeszcze na tyle infrastruktura sieciowa świata konsolowego, aby zaspokoić ambicję twórców. Jakakolwiek byłaby prawda, ważne jest to, że w 2017 roku wszystkie gwiazdy ułożyły się dla Team Ninja pomyślnie i dostarczyli mojego ulubionego (teraz już wiem) soulslike’a. Będącego połączeniem pomysłów i systemów z wielu moich ulubionych produkcji.

Zacznę od porównania, które rzuciło mi się momentalnie w oczy, a chodzi oczywiście o Onimushę. Choć przyznam się szczerze, że nie wiem, czy jest to spowodowane tęsknotą za serią Capcomu z czasów PS2 – całkiem możliwe. Podobnie do produkcji żółto-niebieskich, Nioh również bawi się wydarzeniami z kart historii Japonii (ale nie tylko), łącząc prawdziwe miejsca, prawdziwe wydarzenia i postaci, z mitami i legendami Kraju Kwitnącej Wiśni, których najlepszym przykładem są przeróżne duchy i demony. Całość gry umiejscowiona jest w ostatnich dniach XV w. w Japonii. W okresie zwanym Sengoku, przez kraj przetaczała się potworna wojna domowa, w której to klany brutalnie walczyły o panowanie nad całym półwyspem. Okres ten uznawany jest za jeden z najbrutalniejszych w dziejach Japonii, z niezliczoną ilością pochłoniętych żyć. Jak już wspomniałem, z historii tego kraju nie tylko wzięto okres, ale i miejsca oraz postacie. Będziemy uczestniczyć bezpośrednio w Bitwie pod Sekigaharą, która naprawdę miała miejsce, a także odwiedzimy zamek samego Ody Nobunagi. To zresztą już pierwsza osoba, którą jeśli tylko minimalnie interesujecie się Japonią, powinniście kojarzyć. Podobnie zresztą do np. Hattori Hanzo, Tokugawa Ieyasu czy Tenkai. To tylko kilka z bardzo dużej grupy historycznie ważnych osobowości dla historii Japonii. To prawdziwa uczta dla miłośników ery samurajów, okresów Sengoku i Edo w Japonii, a jeśli jesteście zupełnie zieloni w tej tematyce, średnio ona was interesuje, to bądźcie spokojni – Nioh i dla was ma coś w zanadrzu.

Otóż równocześnie z tymi wydarzeniami, po drugiej stronie globu, miało miejsce ścieranie się ze sobą mocarstw Zjednoczonego Królestwa oraz Hiszpanii. Szalę zwycięstwa na swoją stronę przeciągnęli wyspiarze, którzy na rozkaz samej Królowej Elżbiety I, w walce użyli amrity. Amrita to magiczna moc pod postacią złotawego kryształu, dającemu osobie panującym nad nim, wielką moc. Kryształ ten pochodzi z Japonii, a osobą, która dostarczyło go do Królestwa, był niejaki William – protagonista, do złudzenia przypominający naszego Geralta z Rivii. Wiedźmin…to znaczy William, za swoją pracę ku chwale Królowej, zostaje uwięziony w więzieniu, w Londynie, aby sekret zwycięstwa Brytyjczyków nigdy nie wyszedł na jaw. Williamowi udaje się ucie za pomocą dobrej wróżki – nie do końca, ale dla uproszczenia można ją tak nazwać – która m.in. nadaje naszemu bohaterowi moc reinkarnacji po śmierci. Obie postacie łączą się ze sobą, gdzie spotkana wróżka staje się czymś w rodzaju ducha opiekuńczego bohatera. Kiedy jesteśmy już prawie na wolności spotykamy głównego złego, niejakiego Edwarda Kelleygo. Ten używając swojego ducha opiekuńczego, którym jest wąż Ouroboros, wyrywa wróżkę z naszego ciała i udaje się do Japonii, w celu zdobycia całej Amrity tego kraju. Podążamy za nim i tak oto przenosimy się do wydarzeń historycznych, o których pisałem wyżej.

Sami zatem widzicie, że tytuł ten nie jest wyłącznie grą akcji umiejscowioną w historii Japonii, ale i bardzo dużo dodaje do nich od siebie. W wielkiej wojnie klanów biorą udział również yokai, a więc japońskie demony i duchy, które do świata żywych, przyciągnął bezlitosny rozlew krwi, w jakim znalazł się kraj. Wśród yokai spotkamy tradycyjnych Oni, Kappy, Tengu skaczące parasolki, których nazwę zapominam oraz np. samą Yuki-onne, a więc śnieżną panią. Wśród bossów pojawi się kobieta nietoperz czy kobieta pająk, choć w jej przypadku jest to ogromny pająk z popiersiem kobiety. To zamieszanie wykorzystuje dla swoich celów Kelley, który wykorzystuje oddanie, honor samurajów, a także ich poświęcenie dla swoich panów, aby zachęcić ich do skorzystania z zakazanej mocy amrity oraz czarnych zaklęć, które niektórych bohaterów historycznych Japonii doprowadzają do przemiany w maszkary, będące ni to człowiekiem, ni to np. owadem – to również coś, co mocno przypomina mi świat Onimushy. Fantastyka jednak nie kończy się na tym, albowiem nie tylko William i Kelley, mieli to szczęście, aby posiąść moc ducha opiekuńczego. Dosłownie każda napotkana przez nas osoba takiego posiada. Często są to duchy pod postacią mniej lub bardziej mitycznych bestii, od królików po smoki. Nie wszyscy je widzą, ale William potrafi dostrzec nad każdą napotkaną osobą, ducha opiekuńczego, który niczym stand z JoJo’s Bizzare Adventure wychodzi z ciała swojego nosiciela, jako zjawa. Bardzo często odpowiadają one osobowości osoby, do której należą.

Przyznam się szczerze, że początkowo byłem niecno zmieszany rozpoczęciem historii w piętnastowiecznym więzieniu w Londynie, gdyż wiedziałem, że tytuł będzie rozgrywał się w Japonii. Natomiast połączenie faktów historycznych z dużym polotem fantastycznym, zbudowanym na bazie wierzeń, mitów i przesądów Japonii, to coś, z czym bardzo mocno wchodzę w rezonans. Uwielbiam tego rodzaju tytuły, które lekko przyprawiają karty dziejów, bawiąc się znanymi nazwami z podręczników do historii oraz bajek dla dzieci – moje dzieciaki mają atlas potworów i stworów, w których czytają o Oni i Kappach. Fakt faktem, że nie dzieje się tutaj zbyt wiele pod kątem zwrotów akcji, czy budowania silnych więzi pomiędzy bohaterami. Historia w grze jest mimo wszystko na drugim planie, co i tak cieszy, że pomimo bardzo dużej koncentracji Team Ninja na rozgrywce, a szczególnie walce, udało się zmajstrować opowieść trzymającą się kupy, eksplorującą faktyczne dzieje i historię tego kraju. Twórcy na tyle chcieli sprawić, aby wydarzenia w grze miały sens, że pozwolono japońskim aktorom, na nagrywanie dialogów w dwóch językach, dzięki czemu znów możemy uświadczyć pięknego, japońskiego akcentu z angielskimi słówkami. Mimo zatem tego, że gra jest ewidentnym listem miłosnym do epoki samurajów, jednak nawet jeśli was to nie interesuje, to albo tytuł spowoduje, że będziecie chcieli zagłębić się w historiach osób, których twarze tak ładnie studio wyrenderowało lub zlejecie je zupełnie bez konsekwencji dla odbioru. Pogoń Williama za złodziejem jego duchowej kompanki śledzi się mimo wszystko łatwo, przyjemnie, a na końcu gra funduje nawet niezły zawijas. A jak się jaracie samurajami, to będziecie mieli odlot.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że Nioh rozgrywką stoi. Zresztą trudno było się spodziewać czegoś innego po studiu developerskim, słynącego z gier szybkich, wymagających i pełnych akcji. Dla przypomnienia Team Ninja to twórcy gier z serii Dead or Alive, a także nowoczesnych odsłon Ninja Gaiden, którego DNA stanowi podstawę systemu walki w Nioh. Tytuł jest u fundamentów grą akcji z kamerą umiejscowioną za plecami bohatera. Posługujemy się dwoma rodzajami broni białej jednocześnie, pomiędzy którymi możemy się swobodnie w dowolnym momencie przełączyć. Każda broń to osobny repertuar ciosów, animacji, a tym samym taktyki w starciach. Zupełnie inaczej walkę prowadzimy posługując się ciężkim dwuręcznym mieczem, a inaczej dwoma krótkimi katanami. Ponadto możemy mieć również przy sobie dwie bronie dystansowe, wśród których wyróżnić można łuk czy kaszkiet. Starcia z przeciwnikami jednak niezależnie od wybranej broni, są bardzo dynamiczne i wymagają od nas opanowania uników połączonych z błyskawicznym kontrowaniem ruchów przeciwnika. Przy bossach natomiast wykorzystywania niewielkich okien na zadanie obrażeń i zapamiętywania jego ruchów. Nie spotkałem się z przeciwnikiem, którego dałoby się tzw. przy-cheesować (nie wiem, czy jest Polski odpowiednik tego określenia). Tutaj bardzo, ale to bardzo czułem z jednej strony Onimushę, a z drugiej ww. Ninja Gaiden, a sam combat umieściłbym, gdzieś pomiędzy obiema grami. Zupełnie jednak oryginalnym pomysłem są postawy. Każdą z broni możemy ustawić w pozycji niskiej, średniej (normalnej) oraz wysokiej, co np. przy korzystaniu z katany, umieszcza ją skierowaną ku ziemi, przy klatce piersiowej lub nad głową. W każdej z pozycji do dyspozycji mamy inne kombinacje ataków. Zmienia się również ich zasięg oraz prędkość, więc jest co opanowywać i czego się uczyć. Postawy to również element, który wykorzystują przeciwnicy, zmieniając swój repertuar ciosów, co jeszcze bardziej potęguje poziom trudności, ale i miód płynący z potyczek. To znów przypomniało mi o innej bijatyce – Soul Calibur.

To również jest jeden z powodów, z których tak świetnie do tego rodzaju walki pasuje gatunek soulslike, którego Nioh jest niepodważalnie kolejnym ucieleśnieniem – nic przecież tak dobrze nie pasuje do brutalnie wymagającego systemu, jak brutalnie wymagająca pozostała część rozgrywki. Jak przystało zatem na kolejnego naśladowcę Dark Souls, nasza postać zbiera exp, które potem zamienia na poziomy doświadczenia. Poziomy podnoszone są poprzez rozmieszczanie punktów statystyk, a każdy kolejny punkt umieszczany w którejkolwiek z właściwości bohatera, kosztuje więcej. Jednocześnie poziom podnosić możemy jedynie przy kapliczkach, pełniących tutaj role ognisk z Ciemnych Dusz. Skorzystanie natomiast z kapliczki przywołuje do życia (prawie) wszystkich pokonanych przeciwników na poziomie. Czego brakuje, aby otrzymać kartę honorowego przedstawiciela gatunku soulso-podobnych? Utratę wszystkich punktów doświadczenia, kiedy zginiemy i nie uda nam się wrócić do miejsca zgonu bez zaliczenia kolejnej śmierci. Zgadliście! A gra ze wszystkich sił stara się nas zabić. Co nie zrobi combat, to załatwi spadający z góry na nas kamień, turlająca się po wąskich schodach prosto na nas ogromna kula, czy przeciwnicy ukryci poza obiektywem kamery i wyskakujący na nas w najmniej oczekiwanym momencie. Nie wspomnę o zapadniach, które może i nas nie zabiją, ale np. wrzucę w starcie z trójką przeciwników jednocześnie – przy czym sprzedam wam radę: starajcie się walczyć z nie więcej niż jednym wrogiem w tym samym momencie, serio. Ostatnim elementem łączącym Nioh z gatunkiem jest korzystanie z paska staminy w walce, który redukuję wszelkie wyprowadzane ciosy i uniki, ale który może zostać odzyskany poprzez wykonanie uniku w odpowiednim momencie. Generalnie chodzi o to, że w trakcie starć zużywamy ki (czyli staminę), która ukazana jest jako drobinki pozostawiane w powietrzu za atakami naszej postaci. Możemy je z powrotem częściowo wchłonąć, jeśli po serii ciosów wykonamy unik po ich trasie. I choć brzmi to skomplikowanie, to wcale takie nie jest, ponieważ gra w pewnym sensie nas tego uczy. Dynamika starć i tak już od nas wymaga ciągłej koncentracji i bycia gotowym na wyprowadzanie lub uniknięcie przeciwnika, po naszej ofensywie, więc szybko system staje się dla nas czymś naturalnym. Przestajemy o tym myśleć i działamy niemalże instynktownie.

Zanim jednak przejdę dalej w recenzji, to chciałem trochę was uspokoić, ponieważ jestem w stanie sobie wyobrazić, że na tym etapie możecie być nieco onieśmieleni poziom trudności Nioh, a gra – moim zdaniem – wcale nie jest tak trudna, jak ją powyższe akapity malowały. Przelatywałem przez kolejnych bossów i poziomy relatywnie szybko. Chyba ani razu nie przytrafiło mi się starcie, w którym czułem, że mam przed sobą mur oraz brak jakiegokolwiek pomysłu, aby go przeskoczyć – co zdarzało się nie raz w produkcjach From Software. Mimo wszystko, gdybyście wciąż mieli problemy, to gra wyciąga do was pomocną dłoń, podobnie zresztą, jak robią to również soulsy: przywoływanie innych graczy do waszej sesji. W dwójkę starcia stają się zdecydowanie łatwiejsze, ponieważ mamy chwilę wytchnienia, gdy np. boss koncentruje się na drugiej osobie. Przywoływać graczy możemy do swojej sesji przy kapliczkach, ale zużywamy przy tym przedmiot użytkowy, którego miałem pod dostatkiem, gdy kończyłem grę. Gra zapewnia również poniekąd tryb treningowy, choć nie do końca taki, jaki pewnie sobie wyobrażacie. Tak, w grze jest dojo, które uczy nas wszystkich podstawowych, jak i później bardziej zaawansowanych mechanik, ale chodzi o przywoływanie duchów zmarłych graczy. Bardzo ciekawa mechanika, która jeszcze bardziej gruntuje Nioh w świecie soulslike, jako ten z oryginalniejszych przedstawicieli. Po poziomach rozrzucone są groby, które po podejściu do nich pokażą nam nick gracza, datę i sposób jego śmierci, a także jak rzadkiego typu przedmioty miał na sobie założone, na jakim levelu sprzęt był oraz poziom trudności starcia – nie wiem, jak wyliczana była ta ostatnia informacja. Od nas zależy, czy chcemy się zmierzyć z projekcją gracza, czy też nie. Nie walczymy z prawdziwym graczem, a sterowanym przez grę widmem gracza. Osobiście korzystałem z tego bardzo dużo, co pozwoliło mi nie tylko opanować walkę, ale też nieustannie posiadać najmocniejszy z obecnie dostępnych rynsztunek. Co ciekawe na tę mechanikę nałożony jest system rywalizacji w społeczności graczy, który polega na tym, że każdy grający w Nioh wybiera klan, które znów podzielone są na dwa kolory: czerwony i niebieski. Pokonując widma innego „sztandaru”, zdobywamy punkty dla naszego ugrupowania i tak społeczność ze sobą rywalizuje. Gdzieś to już widziałem, ale znów pasuje to do kontekstu wydarzeń w grze, pasuje do natury kompetytywnej systemu walki. Pasuje jak ulał.

Ułatwieniem można również nazwać bóstwa, czy „jojowe” standy, o których mówiłem przy okazji postaci histroycznych, jakie spotykamy w trakcie fabuły. William wraz z poznawaniem kolejnych osób i wchodzeniem z nimi w jakąś formę relacji może stać się nosicielem danego bóstwa, jeśli jego czyny zrobią na nich wrażenie. Duch wydziela część siebie, która zostaje z Williamem. W grze jest cała masa duchów do opanowania. Te mają dwa działania: pasywne podnoszenie statystyk poprzez garść buffów, a drugim to możliwość odpalenia tzw. żywej broni. W trakcie rozgrywki zapełnia się obok naszego życia wskaźnik Amrity, który po zapełnieniu pozwala na przywołanie bóstwa, które wchodzi w naszą broń, nadaje jej cechę żywiołu i zdecydowanie zwiększa nasze możliwości ofensywne w walce. Każde bóstwa ma inny zestaw bonusów oraz odmienne ataki specjalne w formie żywej broni. W praktyce wygląda to tak, że jeśli zbijemy pasek życia bossa, do powiedzmy 1/3, to odpalenie się przez nas w większości przypadków zamyka temat. Dlatego też podciągam i tę mechanikę pod temat ułatwień, czy też elementów mających na celu oddanie graczom większego zestawu zabawek dla przechodzenia gry. W Dark Souls takim „ułatwiaczem” jest (podobno) magia. W Nioh również występuje magia, pod postacią czarów omyio, a także ninjutsu. Nie mogę jednak potwierdzić, jak bardzo są one ułatwieniem dla graczy, ponieważ ich nie sprawdziłem – ale są. Zresztą, ułatwienia wychodzą poza rozgrywkę. Wszystkie statystyki w grze posiadają prosty do zrozumienia opis, który nawet nam podpowie, że jeśli chcemy posługiwać się tą bronią, to powinniśmy włożyć punkty doświadczenia w daną statystykę. Dostępne są samouczki. Możemy zresetować naszą postać i jeszcze raz rozłożyć statystyki. Zdecydowanie podejście inne, aniżeli od kolegów z From Software.

Skoro już wspomniałem o rzadkości przedmiotów, to przejdę teraz do elementu, który sporo osób odrzuca od tytułu i słuchając negatywnych opinii o Nioh, wymieniany jest najczęściej: loot. Jest to element, który zdecydowanie odróżnia tytuł Team Ninja od tych z From Software. Przedmioty, które zakładamy na siebie, lecą z przeciwników często i gęsto. W grze zastosowano (dziś już absolutnie standardowy) model rzadkości przedmiotów, ale dorzucono do niego poziom oraz zmienne właściwości, które również można by nazwać perkami. W tym elemencie tytuł przypomina mi Borderlandsy, gdzie otrzymywaliśmy niejednokrotnie przedmioty o tej samej nazwie, wyglądzie, ale różniące się minimalnie statystykami, czy jedną specjalną cechą. Tutaj wygląda to podobnie. Istnieją również zestawy, których poszczególnych części im więcej założymy, tym lepsze bonusy otrzymamy. Jest tego dużo. Nasz ekwipunek szybko zapełnia się dziesiątkami hełmów, broni, pancerzy, talizmanów, kaszkietów itd., a nas przed wyruszeniem na kolejną misję z mapki świata czeka wizyta u kowala, sprzedawcy i porównywanie cyferek na przedmiotach – ja to lubię. Pamiętam doskonale sesje czteroosobowego coopa w Diablo 3, w trakcie których pojawiała się tradycyjna przerwa dla palących, na siku czy zrobienie sobie herbaty, bo każdy z graczy potrzebował chwili na przewertowanie ekwipunku. Natomiast jeśli komuś podejście soulsowe do zdobywanego sprzętu odpowiada bardziej, to tutaj będzie się czuł wiecznie przytłoczony koniecznością interesowania się, cóż to wypadło nam z przeciwników. A jest to koniecznie, ponieważ o ile nie trzeba wchodzić do menu głównego gry, aby sprawdzić sprzęt natychmiast po jego zdobyciu, to kolejne misje gry mają sugerowany poziom doświadczenia dla siebie i odchodzenie od niego na zbyt dużo, mocno utrudnia już wystarczająca wymagającą rozgrywkę. Natomiast twórcy oddali w nasze ręce dużo opcji, które przeczesywanie i pozbywanie się sprzętu, jego przekuwanie lub transfuzje na punkty doświadczenia, a także oznaczania jako nie do usunięcia. Robi się to wszystko łatwo i przyjemnie, więc loot jako punkt sporny w opiniach to wyłącznie sprawa indywidualna, bo Team Ninja zrobiło wszystko, by mechanizm dla nas usprawnić.

Budowa gry jest bardzo arcade’owa. Fabularnie gra podzielona jest na rozdziały, gdzie każdy z nich jest osobnym regionem Japonii, w którym toczyły się walki o władzę nad krajem. Każdy rozdział przedstawiony jest jako mapka, z której wybieramy misje. Jedne są fabularne, inne oznaczone są jako poboczne. Side questy rozgrywają się przeważnie w lokacjach, na których rozgrywała się fabuła, jednak np. ze zmienioną porą dnia czy wyszczególnionym obszarem do zwiedzania. Są jednak także takie, które umieszczono na osobnych, mniejszych lokacjach, jak starcie na moście z bossem, czy przetrwanie fali przeciwników na niewielkiej arenie. Poziomy główne przypominają lokacje z typowych gier souls, w których jest dużo korytarzy i otwieranych skrótów, które pozwalają wrócić np. do kapliczki zapisu po pokonaniu sporego terenu – wiecie, zrzucana drabina, drzwi otwierane tylko z jednej strony itp. Skalą są oczywiście mniejsze, i nie łączą się w jeden ogromny poziom. Im dalej natomiast w fabule, tym stają się bardziej rozległe, bardziej skomplikowane pod względem korytarzy oraz ścieżek. Kapliczki natomiast rozłożone są dosyć nieźle, co jest istotne w tego rodzaju produkcjach, aby z jednej strony trzymać w napięciu, towarzyszącemu oddalaniu się od „banku punktów doświadczenia” i odkrywaniu lokacji dalej. Były oczywiście momenty, kiedy bezpowrotnie utraciłem tak dużo punktów doświadczenia, że bez mrugnięcia okiem wyłączałem konsolę ze wściekłości, ale padem nie rzucałem – niech to będzie wyznacznikiem stresogenności Nioh. Poziomy chce się eksplorować dzięki poszukiwaniom małych skrzatów, które w Japonii określa się jako kodamy. Te urocze, zielone ludziki ukrywają się w najdziwniejszych miejscach, ale dają o sobie znać dźwiękowo, a ich odnalezienie nadaje nam korzystne bufy. Warto również podnosić przedmioty porzucone po poziomach. Nie tylko ze względu na działanie, ale także zwierzenia dusz poległych ludzi w ich otoczeniu, z których dowiadujemy się o losie mieszkańców wioski, poległych samurajów, czy uzupełnień tła historycznego wydarzeń.

Wizualnie jest OK. Bez szału, choć są elementy, które wyglądają naprawdę dobrze, ale też i takie, które wieją kopiowaniem elementów otoczenia czy kiepskim wykonaniem, jak chociażby mapka śnieżna, która podobała mi się najmniej. Pozostała część produkcji to średniowiecza Japonii, ogromne zamki i fortece, porty rybackie czy wnętrza kopalń, pełnych jaskiń i klaustrofobicznych korytarzy. Bardzo dobrze prezentują się natomiast modele, zarówno postaci ludzkich, jak i przeciwników. Szczególnie świetnie wyglądają twarze bohaterów pierwszego planu, a więc wszystkich historycznych person, jakie poznajmy, ale także fikcyjnych jak dwie piękne postacie żeńskie: kunoichi Okatsu czy czarodziejka Fuku. Mam wrażenie, że niektóre postacie męskie to prawdziwi aktorzy, przeniesieni do w trzy wymiary gry. Trochę jak ma to miejsce przy Yakuzach. Tak dobrze wyglądają twarze w scenkach. Wprawdzie widać, że grafika błyszczy wybiórczo, twórcy rzucili dukaty i czas tam, gdzie jest to najbardziej efektowne i efektywne, bo od strony działania gra sprawdza się znakomicie. Nie ma żadnych spadków, żadnego glitchowania. Od strony jakości gry jest świetnie, co pewnie było priorytetem w fazach produkcji dla tego typu rozgrywki. Zaskoczeń również nie ma w kwestii udźwiękowienia gry, w którym przeważają utwory nawiązujące do epoki i klimatu gry. Bardzo fajnym pomysłem, jest zmiana tempa muzyki, z dodatkowymi instrumentami, gdy nasze punkty życia spadną do niebezpiecznego poziomu, jeszcze bardziej podkreślając dynamikę starć. Przy muzyce warto nadmienić, że kompozytorem jest Yugo Kanno, który bezpośrednio jest związany z JoJo Bizzare Adventure. Nie wiem, jak dobrze spisał się przy anime, ale tutaj OST słucha się naprawdę przyjemnie. W grze dostępna jest pełna japońska wersja językowa, choć twórcy chyba nie potrafili się zdecydować, albo jasno określić, w jaki sposób cudzoziemiec miałaby się komunikować z mieszkańcami Japonii. Postacią zdarza się odzywać do Williama po japońsku lub angielskim „kaleczonym”, a więc z typowym akcentem dla osób z Japonii. Mimo wszystko brzmi to dosyć zabawnie, ale nie na tyle, abym tytuł za to karcić.

A Nioh podobało mi się bardzo. Wiedziałem, w co się pakuję, siadając do tytułu. Spodziewałem się soulsów od ekipy stojącej za Ninja Gaiden, ale nie przewidziałem, że stanie się gra chyba moim ulubionym soulslikiem, wliczając w to same produkcje od From Software. I oczywiście, muszę w tym miejscu zaznaczyć, że sporą zasługę tutaj widzę w świecie gry i jej klimacie, ociekającym feudalną Japonią. Nioh nie potrzebował wiele, aby wkupić się w moje upodobania i wzbudzić pozytywne emocje, bo wystarczyło, że dźwięk wybieranych opcji w menu przywołuje ten z Onimushy. Oczywiście gra oferuje znacznie więcej dobra, poza Japonią i wszystkim, co z nią związane. Przede wszystkim rozgrywka. Z wieloma, dobrze zrealizowanymi zapożyczeniami oraz szczyptą oryginalnych pomysłów. Team Ninja nie zapomniało swojego DNA, tego, co przyciągało graczy do ich tytułów i połączyło to z trendami, które najbardziej pasowały do koncepcji, która lata przeleżała w szufladzie studia. Bardzo się cieszę, że Nioh ujrzało światło dzienne, a nawet doczekało się kontynuacji oraz nowoczesnego rozwinięcia, którym – z informacji jakie wyczytałem przed premierą – jest Wo Long: Fallen Dynasty. Tytuł spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłem zaopatrzyć się w edycję kompletną na PS5, aby przejść dodatki i mieć już przygotowaną na dwójeczkę do sprawdzenia, za jakiś czas. Podziękowałem zatem trybowi New Game+ i ruszyłem w DLC.


Nioh: Remastered (PS5) + DLC Dragon of the North +
DLC Defiant Honor + DLC Bloodshed’s End

Choć z perspektywy dodatku nie jestem pewien, czy omijanie kampanii New Game+ było najlepszym pomysłem. A przynajmniej wydaje się, że twórcy założyli, że w DLC wbijemy na znacznie wyższym poziomie. Albo, opcja ostatnia: balans rozgrywki jest katastrofalnie spieprzony. Niezależnie, jakim by był faktyczny powód, to dodatki są po prostu przerażające trudne. Przeciwnicy pokonują nas w mgnieniu oka. Bossowie to najtrudniejsze, co mnie spotkało w Nioh, a już szczególnie dodatek Defiant Honor i Bloodshed’e End. Pierwsze DLC jeszcze jakoś udało mi się przejść i to sam, jednak w kolejnych zacząłem korzystać z pomocy zaproszonych osób. Trzecie DLC jest tak trudne, że nie byłem w stanie pokonać pierwszych dziesięciu metrów i choć wyjść z początku zabawy. Przyznam się, że byłem o włos od zepsucia sobie mojego bardzo dobrego zdania o Nioh przez ten gigantyczny skok w wyzwaniu, jaki zaserwowały nowe rozdziały fabularne. Poczytałem na necie i to raczej nie moja wina. New Game + wprowadziło zmiany w ekwipunku, który teraz otrzymał nową kategorię rzadkości: boskość. Przedmioty tego rodzaju podnoszą swój poziom o dziesięć, np. katana może mieć poziom 150 lub 150(+1), co oznacza, że w drugim przypadku jej faktyczny poziom to 160. Dosyć szybko udało mi się nadgonić z ekwipunkiem, który jest podobno ważniejszy od samego poziomu bohatera i nadal byłem za słaby na swobodną grę, jak w podstawce. Tu i tam ludzie wypisywali swoje problemy z ukończeniem dodatków oraz to, że właściwie nawet dla szeregowych yokai na poziomach jesteśmy na dwa może trzy strzały. Gdy moja frustracja zaczęła się wymykać spod kontroli, postanowiłem skupić się na tych fajnych rzeczach w DLC oraz bez skrupułów pozwolić się przeciągnąć, przez miejsca nie do przejścia dla mojego, obecnego ja. Bez żalu.

DLC, albowiem wnoszą do gry bardzo dużo dodatkowej zabawy. Od zmian w progresji, przez te w rozgrywce oraz – oczywiście – kolejne rozdziały fabularne do eksplorowania, a wraz z nimi nowe postacie z historii Japonii, których wcześniej nie widzieliśmy, a zdecydowanie powinny się pojawić. Mowa tutaj o dwójce, bardzo znanych wśród osób oglądających anime: Date Masamune oraz Yukimura Sanada. Jeśli graliście w Sengoku Basara, to powinniście ich kojarzyć. Przeważnie występują w rolach swoich wrogów, gdziekolwiek się pojawią, więc i tutaj nie mogło być inaczej. Dodatki rozgrywają się lata po zakończeniu wydarzeń z pierwszej części. Williamowi przytrafiają się przewidzenia, w których widzi pogrążoną w chaosie i zniszczeniu Japonię, a jego przyjaciele sprzed lata umierają w wyniku wojen klanów, które wcale nie ucichły, a nabrały jeszcze bardziej krwawego i demonicznego oblicza. Pakuje się zatem w statek i rusza im z pomocą. Odwiedzimy nowe regiony, nowe mapy misji i poznamy nowe postacie z kart dziejów kraju. Całość fabuły nie jest jakoś specjalnie porywająca, ale ratują ją ww. postacie i księżniczka Yodogimi, której tragedia jest symbolem krwawego okresu Sengoku, oraz tajemniczej Hiszpanki o imieniu Maria. Dodatki zamykają erę Sengoku i ukazują zakończenie tej karty dziejów historii Japonii – oczywiście w zupełnie odjechany i fantastyczny sposób. Podobnie do wątku głównego, tak i tutaj fabuła jest ciekawa, aczkolwiek bez wątpienia zaciekawienie nią będzie w sporej mierze zależało od tego, jak bardzo jaramy się feudalną Japonią.

Dlatego też, pomimo tego, jak wysoki próg dodatki stawiają przed nami, a także co jest genezą tego progu, myślę, że dodatki to świetny powód do przedłużenia swojej radochy z ogrywania Nioh. Poza rozdziałami fabularnymi rozszerzają one samą zabawę o dodatkową zawartość. Jest więcej zestawów uzbrojenia do uzbierania. Więcej duchów opiekuńczych. Jest nowy tryb zabawy, przypominający Bloddy Palace z Devil May Cry, tylko że polega na schodzeniu, coraz niżej w wymiarze yokai i nazywa się Otchłanią. Piętro po piętrze, coraz trudniejsze wyzwania, które sam producent gry określił jako „stworzone dla grup kooperacyjnych dla trzech osób”, mówiąc w ten sposób, że lepiej do trybu nie siadać solo – co mogę potwierdzić. Wersja na PS5 to również poprawki w oprawie. Gra zyskała na rozdzielczości, aż po 4k i wsparcie dla HDR, a nawet grę w 120 klatkach na sekundę. Oczywiście ja ogrywałem edycję odświeżoną w większej rozdzielczości, ale nie ulega wątpliwości, że to jak odpowiedniejszy sposób grania w Nioh. Szczególnie że kolekcja Nioh na PS5 jest do kupienia za bardzo rozsądną cenę, które bardzo szybko zwraca się zawartością, bo pamiętajmy, że kolekcja to nie tylko jedynka ze wszystkimi DLC, ale również kontynuacja i jej dodatki, do których nie mogę się doczekać wskoczenia. Zatem jeśli już zamierzacie siadać do Nioh, to polecam wam sprawdzić tytuł, w jakikolwiek sposób będzie to możliwe. Czy to przez któryś z abonamentów streamingowych albo też nie, czy pożyczyć sobie od znajomego i pograć chwilę – a jeśli was tytuł porwie za sobą, to spróbować dostać ww. kolekcję – oczywiście zagrajcie w tytuł trochę więcej niż ten dziwny wstęp, w londyńskim więzieniu.



Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Możliwość komentowania jest wyłączona.