To jak wypadł Season Pass do Borderlands 3?

Teraz kiedy już wszystkie dodatki z SP zostały wypuszczone, rzućmy okiem, czy były warte swojej ceny.

A przyznać trzeba, że mało hajsu za przepustkę sezonową Gearbox nie chciało. Cena prawie równa równowartości samej podstawki, wyśrubowała oczekiwania wobec wchodzących w jej skład dodatków, ale nie tylko ona. Tak się składa, że w przeszłości rozszerzenia do kolejnych odsłon serii Borderlands stanowiły – dla wielu – wzór dla całej branży. Każdy unikalny, dodający coś ekstra do historii serii, a jednocześnie trzymający poziom humoru, radochy z rozgrywki i klimatu samej gry. W takich też kategoriach mierzyłem każdy z dodatków trzeciej odsłony. Nie lada wyzwanie do sprostania. A jak poszło?

Na marginesie: każdy z akapitów pisałem zaraz po ograniu dodatku, więc pewne zdania mogą brzmieć dziwnie 😛

Pierwszy z dodatków do Borderlands 3, to: Moxxi’s Heist on the Handsome Jackpot, w którym to wspólnie z tytułową Moxxi przeprowadzimy skok na kasyno samego Handsome Jacka. Choć typa nie znoszę (zgodnie z zamiarem twórców), to przyznam, dobrze było zetknąć się z jego hasełkami, charakterem i aurą, jaka przenika wszystko, czego się imał. To zupełny też kontrast do antagonistów z podstawki i nawiązanie do np. czasów drugiej odsłony a.k.a. uderzenie w nostalgię. Wraz z Jackiem, który (z wiadomych względów) w dodatku występuje jako bohater audiologów czy rozsianych po obiekcie hologramów, wracają roboty Hyperiona, których również zupełnie zabrakło w podstawce – super comeback. Fabularnie tytuł idzie w kierunku takich filmów, jak Ocean’s Eleven i kolejnych odsłon cyklu o obrabowywaniu kasyn przez ekipę „specjalistów”. Analogicznie tutaj spotykamy osoby, którym Jack bardziej i jeszcze bardziej zaszedł za skórę, i które z miłą chęcią utrą nosa nawet po śmierci. Jednak po dotarciu do kasyna okazuje się, że skok nie będzie tak prosty, jak planowała Moxxi – uwięzieni w kasynie odwiedzający oszaleli, a całym kompleksem rządzi niejaki Pretty Boy. Całość całkiem przyjemnie się śledzi, a dodatkowo zachowano poziom humoru z podstawy, co dla mnie jest wielce istotne. Natomiast gra nie wprowadza do rozgrywki nic specjalnie nowego. Nie jest to specjalnym problemem, ponieważ fabularnie jest wporzo lokacje i cała otoczka się wyróżnia, a zupełnie nowe postacie wpasowują się dobrze w świat Borderlands. Ogólnie zadowolony jestem z dodatku i bawiłem się przez te kilka wieczorów z nim, całkiem dobrze. Dobry start Season Passa.

Drugim dodatkiem okazała się historia wesela Sir Hammerlocka oraz Wainwrighta Jakobsa, których związek może być spoilerem dla nie grających jeszcze w trójkę – sorki. Jednak tak, panowie się pobierają, a do organizacji wesela zatrudnili osobę, która zajmuje się tym zawodowo: Gaige! Osoby niegrające w Borderlands 2 nie wiedzą, że było ona jednym z dodatkowych vault hunterów tamtej odsłony, obok Psycho Kriega. Zabawne widzieć ją w nowej roli, ale też nie spodziewałem się takiego powrotu, więc pierwszy plusik DLC załapało na starcie. Trafiamy na planetę Xylourgos, która niemalże w całości pokryta jest lodem, co kontrastuje z trójką, gdzie śnieżnobiałych krajobrazów nie mieliśmy za wiele. Okazuje się, że wybrana przez parę młodą lokalizacji ich zaślubin, skrywa kulty wyznający martwe truchło, jakiejś ogromnej, „mackowatej” istoty, które jest tak duże, że widać je z każdego miejsca mapy. Dodatkowo bardzo szybko, pani prezes kultu obiera sobie za cel jednego z nowożeńców, którego udaje się jej omamić, wprowadzić w stan transu, a finalnie porwać. Do nas będzie należeć, dowiedzieć co się dzieje i uwolnić pana młodego. Klimatycznie dodatek jest dosyć creepy, co nawiązuje mi do dodatku z Borderlands 1, The Zombie Island of Dr. Ned. To znów dodatek fabularny, ale powiem szczerze: skok na kasyno podobał mi się znacznie bardziej jako motyw przewodni. Sytuację ratuje natomiast (znów) humor oraz wątki poboczne, wraz z ich właścicielami. Miasto przeklęte najdziwniejszymi klątwami mnie masakrycznie rozbawiło, m.in. długa rozmowa z facetem, który, co kilka wypowiedzianych słów, wymiotuje. Klub czytelników w bibliotece również był świetny. Ciekaw jestem, czy reszta dodatków również będzie tak mocno nastawiona na fabułę. Raczej wydłużać historię i kierować nią w nowe miejsca, aniżeli budować nowe sposoby zabawy. Wygląda na to, że taki trend obrało sobie Gearbox.

Po upływie (bodajże) dwóch miesięcy, ekipa z Gearbox wypuściła trzeci, a tym samym przedostatni dodatek do Borderlands 3, w ramach przepustki sezonowej. Budową i zawartością jest bardzo podobny do poprzednich dwóch: mamy mocną kampanię fabularną, nową lokację, nowych bohaterów, szczyptę humoru i starcie z wielkim bossem – sprawdzony przepis na DLC. A jak wyszło? Bounty of Blood nie zawodzi. Po otrzymaniu informacji o nagrodzie pieniężnej za pomoc mieszkańcom pustynnej planety Gehenna, której mieszkańców nękają lokalni bandyci z gangu Devil Riders, nasza ekipa rusza w jej stronę na ratunek. Oprychy swą nazwę wzięli od dinozauro-podobnych stworzeń, których dosiadają niczym kowbojskie konie, a które noszą nazwę: Devils – zmyślni ci bandyci, co? Nagroda za głowę, jeżdżenie na wierzchowcach, pustynia i kowbojskie kapelusze. Od razu możecie sonie wyobrazić, w którą stronę klimatem podąża DLC. Przedstawiony Dziki Zachód okraszony jest jednak lekkim twistem. Pustynny i kamienny krajobraz planety, przecinają zabudowania nawiązujące do klimatów azjatyckich. Taki Dziki Wschód (hehe). Podobny styl prezentowała planeta Athenas, już w podstawce i obie lokacje bardzo przypadły mi do gustu. Od strony samej historii i jej elementów, to analogicznie do pozostałych dodatków, jest całkiem dobrze. Bounty of Blood zaczyna się od małego zwrotu akcji, związanego z głównym antagonistom DLC, a następnie miesza śmieszne questy poboczne z ciekawą historią w głównym wątku. Znalazło się też kilka ciekawych postaci pobocznych i ich historii. Cóż więcej można chcieć od dodatku Borderlands 3? Bardzo fajnym patentem jest obecność narratora w grze, który świetnie buduje klimat, zabawnie wchodzi w interakcje z wydarzeniami na ekranie i komentuje nasze dokonania. Nowe spluwy, legendy, pojazd i z dwie nowe mechaniki w rozgrywce. Po dotarciu do napisów końcowych byliśmy (wspólnie ze szwagrem) mocno ukontentowani dodatkiem i z wypiekami czekamy na ostatni zastrzyk zawartości Season Passa.

Na zakończenie przepustki sezonowej Gearbox zarezerwowało sobie najbardziej zakręcony pomysł na dodatek: podróż do umysłu/świadomości psychola (ci popaprańcy w maskach z Pandory), a dokładnie Kriega. Dla tych z was, którym to imię nic nie mówi, śpieszę z wyjaśnieniem: Krieg to dodatkowy vault hunter w Borderlands 2, który był dodany do gry jako DLC. A zatem jest to kolejna postać powracająca do serii, po Gaige w dodatku ślubnym, o którym pisałem wyżej – granie na nostalgii i powroty w uniwersum zawsze mile widziane. Szczególnie w tak zakręconej formie. Otóż Tanis wpadła na pomysł zbadania umysłu kierującego zachowaniami psycho, a dokładnie, co powoduje, że człowiek staje się borderlandsowym psycholem, i prosi nas o pomoc. Oczywiście się zgadzamy i kierujemy Sanctuary na planetę o nazwie Umysł Kriega – jeśli uważacie to za absurdalny pomysł, to macie racje i cały dodatek taki jest. Na miejscu w pierwszej kolejności wita nas sielankowa sceneria rodem z odcinka Kucyków Pony, pełna tęcz i muzyki w stylu 8 bitów. Scenaria szybko znika i spotykamy dwie wersje Kriega. Niebieską (rozważną i spokojną) i czerwoną (popapraną i szaloną). Okazuje się, że to, co widzieliśmy jako Krieg jest wypadkową oby tych jaźni. Niebieska wersja Kriega prosi nas o pomoc ucieczki z umysłu swojego prawdziwego ja, albowiem ma dość życia w szaleństwie. Nie jest to natomiast tak proste. Konieczne będzie starcie się z traumami i lękami jego świadomości. Tak mniej więcej jawi się cel dodatku, a przynajmniej jego początkowe założenia.

Bez ogródek powiem, że to moje ulubione rozszerzenie do Borderlands 3. Po pierwsze, jest najbardziej zakręcony i ma najciekawszy pomysł na siebie w przepustce sezonowej. Jednocześnie, jak zwykle jest wypełniony masą humoru. Poczynając do dyskusji obu podświadomości, gdzie np. szalona część rzuca zdaniem: „Flaki wyrwać przeładować o ścianę rozjebać krwista plama”, na co spokojna część odpowiada: „Huh, faktycznie, nie przypominam sobie, aby te drzwi były zamknięte” albo „Masz racje”. Umierałem ze śmiechu. Jednym z bossów jest np. pociąg – w kontekście fabuły dodatku naprawdę ma on sens, musicie mi uwierzyć. Podoba mi się również to, że dodatek nie jest specjalnie rozciągnięty. Zadania poboczne ogarnia się błyskawicznie w lokacji, w której je rozpoczęliśmy. Samych side questów również nie ma za wiele, co jest kolejnym plusem. Walki z bossami są ciekawe, za wyjątkiem ostatniego,, który jest łyżka dziegciu w świetnym DLC. Mimo że wątek nie zapowiadał się na nic głębokiego i poważnego, to i takowej atmosfery tutaj nie brakuje. No i dane nam jest spotkać Maye, co po głównej kampanii, koi serce i duszę.

Podsumowując Season Pass do Borderlands 3, to jestem ukontentowany zawartością, jaką Gearbox przygotowało pod każdy z dodatków. Uważam, że warty był on każdej złotówki swojej ceny i spokojnie, zastanawiając się nad zakupem, polecam szukać wersji ze wszystkimi DLC. Podobnie, jak samo Borderlands 3, tak i dodatki są (w pewnym sensie) ukłonem w stronę przeszłości. Nie chodzi mi wyłącznie o elementy nostalgii do postaci i świata Borderlands, ale o formę rozrywki, jaką prezentują. Tak jak i podstawka w swoich założeniach nie zmieniła się mimo zmiany generacji gier, tak i rozszerzenia są, jak z czasów PS3. To w stu procentach fabularne DLC, które przechodzi się z wypiekami raz i czeka na kolejne. Z ciekawym wątkiem, humorem, postaciami (nowymi i wracającymi) i muzyką, albowiem to również duży plusik każdego rozszerzenia. Szkoda, że kolejna przepustka będzie koncentrować się wyłącznie na dodatkowych trybach i sposobach zabawy, a przynajmniej na chwilę obecną, tak to wygląda. To już mnie tak bardzo nie kręci. Pozostaje czekać zatem na czwartą odsłonę serii. Obyśmy nie czekali na nią tak długo, jak na trójkę i OBY Borderlandsy nigdy nie dorosły.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: