Ace Combat 7: Skies Unknown

13 lat oczekiwania na powrót serii do formy. 15 lat od odsłony, która wyniosła serię w niebiosa. 8 lat po skoku w bok Project ACES. Nareszcie jest nowy Ace Combat!

Seria Ace Combat jest mi niezwykle bliska. Wraz z Final Fantasy, Tenchu, Metal Gear Solid czy Gran Turismo, ukształtowały mnie, jako gracza. Grałem i posiadam wszystkie odsłony serii Project ACES, od pierwszego PlayStation po PS4, gdzie właśnie wylądowała siódma część. Powiem tak: nie zdarza mi się zbyt często kupować gry na premierę – ba! Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłem na coś preorder. Jednak, jak wspomniałem w podcaście, czasem pojawiają się gry, które wymagają innego traktowania – a takimi są kolejne odsłony w/w serii. Na siódmego Ace Combat czekałem bardzo długo. Ostatni, o podtytule Assault Horizon na PS3, nie był tym, czego oczekuje od serii. Wizualnie było super, gdyż wybuchy i efekty zniszczeń cieszyło oko. Fabuła była OK, a muzyka znakomita, ale zepsuty skryptami gameplay i odejście od znanych z poprzednich części schematów, gdzieś zakałapućkało ducha serii. Zatem Skies Unknown miało do udowodnienia, że Bandai Namco i Project ACES, nie wypadli z rytmu oraz wciąż potrafią dostarczyć „prawdziwego” AC. Gdyby presji wciąż było za mało dodam, że Ace Combat V: Squadron Leader, to mój TOP#1 gier wideo – ever. Nie lada wyzwanie przed asami z Japonii. Skoro wspomniałem, że poprzedni raz twórcy poszli zbytnio w efekciarstwo, rodem z Call of Duty (zresztą sami przyznali, że chcieli stworzyć podniebnego CODa), to zacznijmy od rozgrywki.

Dla niewtajemniczonych, gry z serii Ace Combat zaliczają się do symulatorów lotniczych, choć ze słownikową symulacją nie mają za wiele wspólnego – to bardziej arcade’owe latanie. Startujemy przy pomocy jednego przycisku na padzie, a nie kombinacji kilkunastu przełączników, przekładni i asysty wieży kontroli lotów. Na misję maszyny mogą zabrać amunicję przekraczającą – pewnie – zapasy sił lotnictwa RP. Gra ma przede wszystkim sprawiać radochę, a nie naśladować 1:1 rzeczywistość. Oczywiście, na umownym poziomie zaopiekowano takie sytuacje, jak przeciągnięcie maszyny lub wpadnięcie w korkociąg, aby też zupełnie nie popaść w arcade’owość. Co nowa odsłona dodaje do serii to warunki atmosferyczne i ich wpływ na zachowanie samolotu. Coś, co jest możliwe dzięki mocy nowych konsol, jest fantastycznym urozmaiceniem rozgrywki. Przelatując przez chmury, w pierwszej kolejności spada nam drastycznie widoczność, a po drugie owiewka może zupełnie pokryć się kroplami wody lub nawet lodem. Latanie wewnątrz burzy piaskowej rzuca naszym samolotem i jeśli nie będziemy czujni może rzucić nas w ziemię. Hitem natomiast jest reakcja samolotu na trafienie błyskawicą, gdzie na ułamek sekundy tracimy zupełnie panowanie nad samolotem, a wszystkie wskaźniki HUD zaczynają szaleć. I w gruncie rzeczy tyle ze zmian…i super! Ace Combat 7 jest powrotem do formy serii i jej korzeni. Całkowicie zrezygnowano ze skryptów, robieniem ewolucji rodem z anime oraz wskakiwaniem za stery innych pojazdów niż odrzutowce. Zamiast nich dodano w/w smaczki atmosferyczne i była to w 100% świetna decyzja. Grając w AC7 czułem się dokładnie tak, jak cieszyłem się grając w poprzednie odsłony na PS2. To co zrobili Project ACES przypomina mi sytuacje z remake’iem Crasha: przebudowanie wszystkiego, co przestarzałe, zachowując jednocześnie każdy element, który sprawiał radość grającym. Starzy wyjadacze, dzięki zachowaniu działających fundamentów, poczują się jak w domu, a nowi mają szansę poznać Ace Combat w najlepszym wydaniu, godnym roku 2019.

Twórcy sporządzili sobie listę charakterystycznych elementów, które pojawiały się z kolejnymi odsłonami i postanowili po kolei je odhaczać, tworząc dzięki temu urozmaiconą i ciekawą kampanię. W niej czaka 20 misji, w których za każdym razem zasiądziemy w kokpicie odrzutowca – koniec z eksperymentami w roli strzelca latającej fortecy AC-130 czy pilota AH-64 Apache. Raz przyjdzie nam mierzyć się w misjach z celami wyłącznie podniebnymi, innym razem wyłącznie demolując fortyfikacje naziemne przeciwnika lub mieszankę obu. Co natomiast trzeba zaznaczyć, że zgodnie z DNA serii, każda misja czymś zaskakuje i jest na swój sposób wyjątkowa. Pomyślcie o tym, jak o side questach w RPG: standardem są tzw. fetch questy, gdzie zostajemy wysłani po coś do punktu A i mamy z tym wrócić do B, ale taki CD Project Red wziął tę formułę i chciał, aby każde z zadań pobocznych, nawet na papierze będące fetchem, miało w sobie unikatowy pierwiastek – dokładnie tak budowane są tryby fabularne w Ace Combat i w siódmej odsłonie podtrzymano tę tradycję. A to przyjdzie nam zmagać się z poszukiwaniem ciężarówek w burzy piaskowej. A to niszczyć obozy wroga latając wąskimi kanionami, przy akompaniamencie błyskawic oraz podmuchach, rzucających naszą maszyną na prawo i lewo. Fani z wypiekami mogą zacierać ręce na powrót misji z poruszaniem się dolinami górskimi, unikaniem zasięgu radarów, koniecznością pozostawiania na niskiej wysokości oraz – stanowiące znamienny punkt największych odsłon serii – tunele. Wszystko to składa się w atrakcyjną całość, którą ogrywa się niesamowicie przyjemnie i bez specjalnego znużenia. Osobiście, w momencie pisania tej recenzji, jestem w trakcie trzeciego przechodzenia kampanii i nie czuję zupełnie zmęczenia.

Dzieje się tak również dzięki dobrze przemyślanej i zrealizowanej historii. Mówcie, co chcecie, ale w mojej ocenie, skleić sensowną opowieść w grze, gdzie rozgrywka polega (wyłącznie) na lataniu samolotem, jest nie lada wyczynem. Za każdym razem, gdy Project ACES udaje się ten element zaopiekować z należytą dbałością, jestem pod niemałym wrażeniem. Informacja, że na poczet siódemki do zespołu wraca Sunao Katabuchi, była miodem dla mych uszu. Wszakże to facet stojący za warstwą fabularną części czwartej, a przede wszystkim, uwielbionego przeze mnie Ace Combat 5: The Unsung War – to musiało się udać i się udało, choć w moim odczuciu nieco gorzej niż w piątce. Fabuła zabiera nas (znów) do fikcyjnego świata Strangereal, alternatywnej wersji naszej planety, z odmiennymi krajami, kontynentami, czy dziejami historycznymi. Kolejny raz także będziemy świadkami konfliktu zbrojnego, pomiędzy państwami Osea i Erusea. W Skies Unknown wcielamy się w rolę młodego pilota, który w wyniku niefortunnych wydarzeń zostaje skazany za morderstwo na polu walki, a – w ramach odsiadki – zesłany do eskadry skazańców. Moment zmiany historii w klimat ‚parszywej dwunastki’ mocno mi siadł i powiał świeżością. Natomiast, o drugiej stronie konfliktu i wydarzeniach poza naszym wzrokiem, opowiadają nam twórcy poprzez losy kilku bohaterów drugiego planu, min. wnuczki byłego weterana lotnictwa, która obecnie zajmuje się składaniem samolotów z wraków, naukowca marzącego o stworzeniu doskonałych dronów militarnych oraz będącego u kresu życia asa przestworzy, którego niesamowite zdolności mają posłużyć za dane dla wspomnianych dronów – ten rodzaj prowadzenia kampanii nie jest niczym nowym w serii. Dzięki temu konflikt zbrojny zostaje obnażony od każdej strony, co zresztą jest pewną stała w odsłonach „numerkowych” AC. Naprawdę wiele postaci można by wyróżnić za wkład do budowania historii, co tylko działa na jej plus. Nie mniej, nie udało się – moim zdaniem – osiągnąć poziomu prowadzenia fabuły i budowania bliskich sercu gracza postaci, który towarzyszył AC5. Tam jednak pierwsze skrzypce grało więcej osób i to wokół nich wszystko się rozgrywało, gdzie tutaj jesteśmy od nich trochę zdystansowani, choć weźcie pod uwagę, że mogę (nieco) gloryfikować tytuł z PS2. Drugą sprawą jest brak elementów nieliniowych, co również weterani mogą pamiętać z ostatnich odsłon. Mimo wszystko, powrót pana Katabuchi do serii Ace Combat można uznać za udany. Podobają mi się również pojawiające się w trakcie historii person, znanych z ostatnich odsłon. Moment, gdy w ostatnich momentach gry usłyszałem znajomy, żeński głos – uśmiech od ucha do ucha.

Całość pęka w około 10 godzin, co jest niezłym wynikiem dla serii. W tradycyjny dla niej sposób, grę możemy ukończyć na trzech poziomach trudności, śrubując oceny w każdej misji do najwyższej, ‚S’. Już samo to zapewni nam kilkanaście, jak nie więcej, godzin zabawy. Tym, którym pogoń za wynikami nie jawi się, jako coś ciekawego, spędzą sporo czasu na zdobywaniu wszystkich samolotów w grze, wraz z częściami, modyfikującymi ich osiągi. Jeśli graliście w darmowe Ace Combat: Infinite na PS3, to bez problemu rozpoznacie drzewko odblokowań w AC7. Kolejne jego gałęzie odblokowujemy poprzez kupowanie, za punkty z misji, zablokowanych maszyn i modyfikacji. Wśród samolotów znajdziemy wszystkie, najbardziej znane egzemplarze lotnictwa wojsk USA, Rosji i Europy. Natomiast części to patent znany bodajże z odsłony Joint Assault na PSP. Dzięki nim zwiększymy właściwości powietrzne samolotu, podniesiemy zdolności bojowe lub np. zabezpieczymy kabinę przed oblodzeniem. Jest co odblokowywać i za czym gonić, więc o brak marchewki w rozgrywce, nie powinien nikt mieć pretensji. Gdyby jednak i to było za mało, to pozostaje multiplayer. Twórcy nie spędzili nad nim niestety zbyt wiele czasu, czego wynikiem są dwa tryby zabawy (Free For All i Team Deathmatch), mapy z misji kampanii i właściwie tyle. Do zabawy wieloosobowej przenosimy odblokowane maszyny, wraz z dodatkami. Po zakończonych meczach otrzymujemy punkty doświadczenia i medale, które podnoszą naszą rangę online, ale na tym koniec. Deczko za mało zawartości, a sama zabawa online również nie jest czymś specjalnie rajcownym. Zmagania z innym graczami polegają na ósemce pilotów krążących wokół siebie, w nieustanych pętlach, spamując w siebie rakietami. Nie wiem, dlaczego nie pozostano przy pomyśle z darmowego Infinite, gdzie cała zabawa w sieci polegała na trybie PvE, gdzie drużyny walczyły nie ze sobą, ale o punkty misji. Welp.

Wspominałem już o wpływie warunków atmosferycznych, np. burzy z piorunami, na rozgrywkę oraz sterowanie samolotami. Nie wypaliłoby to jednak, gdyby twórcy nie oddali tych zjawisk w należyty sposób grafiką, a co najmniej wyglądałoby to śmiesznie. Na szczęście jest dobrze. Nie. Jest fantastycznie! Oprawa graficzna w Ace Combat 7: Skies Unknown wgniata. Gdzieś przeczytałem, że wyłączając HUD, tytuł ociera się o fotorealizm i nie jest to dalekie od prawdy. Sylwetki maszyn oddano ze starannością i dbałością o szczegóły, a efekty towarzyszące eksplozjom cieszą za każdym razem, gdy uda nam się zestrzelić przeciwnika. Aczkolwiek największe wrażenie robią niebo i obłoki chmur. Nigdy jeszcze nie widziałem tak fenomenalnie oddanych przestworzy. Niesamowity efekt dają takie detale, jak opór powietrza na skrzydłach w trakcie zmian kierunku lotu czy wspomniane skraplanie się wody na owiewce. Czepialscy powiedzą, że infrastruktura naziemna wciąż niedomaga i nie będę temu zaprzeczał, choć zaznaczyć trzeba, że jest to najlepiej prezentująca się odsłona i widać, że twórcy włożyli dużo prac, aby i tekstury naziemne prezentowały się godnie. Zawsze aczkolwiek uważałem, że czepianie się tego elementu w Ace Combat, to jak słynne „papierowe drzewa” w Gran Turismo, które były klasycznym argumentem szydzenia z gier Polyphony – bez sensu. Nie tam skupiony jest nasz wzrok, a niedoróbki widzimy dopiero w powtórkach i solidnym zbliżeniu. Pewnie nie oddadzą tego screeny załączone w recenzji, albowiem dopiero przelot przez obłoki pokazuje, jak wiele pracy włożono w wykreowanie, tak kapitalnego, wyniku końcowego. Trzeba to zobaczyć, ale także usłyszeć, bo może wam się to wydawać nieco dziwne, ale jednym z silnych punktów serii jest muzyka. Ścieżki dźwiękowe zawsze stawały na wysokim poziomie i np. w nieszczęsnym Assault Horizon stanowiły element, wyciągały ocenę ku górze z siłą silnika odrzutowego. Niestety, OST nie pojawił się jeszcze na Spotify, a także nie znalazłem go…’w sieci”, ale już podczas rozgrywki pojawiło się bardzo dużo utworów wpadających w ucho. Kolejny raz mamy do czynienie z mieszanką elektroniki i rocka, powodujących, że stopy same zaczynały rytmicznie tupać. Epickości natomiast całości dodaje szczypta symfonii, na czele z instrumentami dętymi i smyczkami. Nie pokuszono się tym razem o charakterystyczną tematykę w palecie utworów, co jest kolejnym powrotem do korzeni serii.

Czekałem, czekałem i się doczekałem. Ace Combat wraca i to w pięknym, znajomym stylu. Wygląda tak, jakimi jawią się jego poprzednie części w mojej pamięci, a więc ze 100 razy lepiej niż w rzeczywistości zapewne. Gra się w niego z dokładnie tak ogromną przyjemnością, jak niegdyś w odsłony z PS2, przez które wagarowałem i zarywałem nieprzespane noce, za czasów technikum. Możliwości nowej generacji natomiast wykorzystano do tego, czego każdy fan serii, miłośnik Top Gun czy dzieciak marzący o byciu pilotem, pragnie: aby na chwilę sięgnąć nieba, chociażby wirtualnego – aż strach pomyśleć, jak zareaguje na tryb VR. Teraz czekam na „co dalej” z marką planuje Project ACES. Do zamówienia przed premierą dołączono mi Squadron Leader w wersji na PS4, więc raczej nie liczę, że prędko zobaczymy odświeżone odsłony z PS2. Cicho marzę o zupełnym remake’u Electrosphere z szaraka, koniecznie w wersji japońskiej – byłby to news większy od FF VII Remake. Panowie zrobili pewny i udany krok w nową generację, zatem mam nadzieję, że na następny nie będę musiał tyle czekać. Wcześniej jednak ma pojawić się jakiś content fabularny w formie DLC, a zatem kolejnych tekstów o tytule możecie być pewni na RaczejKonsolowo.

PLUSY

(+) znajomy i pełen świetnej zabawy gameplay
(+) fenomenalna oprawa wizualna z chmurami w roli głównej
(+) wiele ciekawych postaci
(+) niezła fabuła
(+) spory replay-value
(+) reszta w formie to i OST w formie

MINUSY

(-) słaby tryb dla wielu graczy
(-) kampania liniowa, a wiem, że twórcy potrafią tu podziałać

Mimo, że Squadron Leader pozostaje moją ulubioną odsłoną serii, to Ace Combat 7: Skies Unknown jest niezwykle udanym comeback’iem, którego fani wyczekiwali od lat. Dla nowych w temacie natomiast: lepszego latania nie zobaczycie!

donatebar2

Podobał ci się materiał? Możesz wesprzeć RaczejKonsolowo dowolną kwotą!

paypalbutton

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: