„Episode Ignis” czyli trzecie DLC dla FF XV

W końcu ostatni z “braci” otrzymał swój epizod, kończąc tym samym wsparcie twórców dla Final Fantasy XV (PS4) na rok 2017. Drużyna w komplecie.

Przyznam się bez bicia, że z niedługo po premierze zakupionego Season Pass’a, na ten dodatek czekałem właściwie najbardziej. Ignis Scientia już w podstawce szybko zaskarbił sobie wysokie miejsce wśród moich ulubieńców FFXV. Tym bardziej trafił do mnie jego los w historii, co go spotkało w mieście Altissia. W dodatku dowiemy się, co dokładnie się stało podczas walki Noctisa z boginią mórz Leviathan. Na szczęście osób, które jeszcze nie grały w piętnastkę, mogę o fabule mówić bez zbędnych spoilerów, choć jednocześnie wydarzenia będą kłopotliwe do zrozumienia – coś za coś (heh, jak niezwykle dobrze pasuje to do Episode Ignis).

Jak już wspomniałem, miejscem akcji dodatku jest rytuał wzywania bogini Leviathan, gdzie znajdujący się na ołtarzu książę Noctis i księżniczka Lunafreya musieli nie tylko radzić sobie z gigantycznym wężem morskim, ale i napierającymi na całe miasto siłami imperium. Chaos wywołany toczonymi walkami, do których dołącza jeden ze sprzymierzeńców Noctisa, bóg Titan, zmienia Altissia w prawdziwe pole bitwy. W takich okolicznościach otrzymujemy możliwość gry intelektualną częścią czwórki przyjaciół. Celem Ignisa jest dotarcie do księcia i jego ochrona, zgodnie z zaprzysiężeniem, jakie każdy z nich składał. Jednak więź, jaka łączy jego i następcę tronu, jest czymś znacznie więcej, o czym zresztą dodatek przypomina nam od pierwszych chwil, aż po wyciskający tsunami (#swidt) łez finał. Zanim jednak tam dotrzemy przyjdzie nam przebić się przez siły żołnierzy imperium Niflheim. Dzielnica po dzielnicy będziemy odbijać miasto od wroga, co nieco przypomina mi którąś z części trylogii Ezio, w serii Assassin’s Creed – i od razu wiadomo, skąd nagle pomysł dodatku do Final Fantasy XV (PS4) “Assassin’s Festival”, gdzie w kolaborację weszło Ubisoft i Square Enix, co? Z perspektywy dachów miasta obserwujemy, które dzielnice należą do przeciwnika, które na razie są jeszcze neutralne, a które już zdążyliśmy odbić. Po wyparciu sił imperium przyjdzie czas na wyścig motorówką ku ołtarzowi. W trakcie tego Ignis zostaje zaatakowany przez jednego z generałów armii Niflheim, Caligo Ulldor. Staje się on pierwszym bossem dodatku. W trakcie walk nie jesteśmy jednak sami, gdyż niespodziewanie dołącza do nas Revus, który pomimo wysokiej rangi oficerskiej sił imperium, jest także bratem Lunafreya. Wspólny cel łączy ich ścieżki aż po sam ołtarz i pojawienie się Ardyna Izunia. Twórcy zapowiadali, że dodatek będzie najbardziej fabularny z dotychczasowych epizodów i faktycznie, przedstawione wydarzenia najsilniej łączą się z głównym wątkiem Final Fantasy XV (PS4). Nie, żeby historie poboczne Gladio i Prompto były do niczego, ale chociażby z wywoływanych emocji, Episode Ignis to zupełnie inny poziom. Bardzo podobała mi się kampania dodatku i uważam ją za zdecydowanie wartą sprawdzenia.

W kwestii rozgrywki gra Ignisem jest najmniej “inna” od tego, do czego przyzwyczaiło nas sterowanie Noctis. Jest szybki, a jego ataki przypominają walczącego sztyletami księcia. Smaczku dodaje możliwość infusowania elementów ognia, lodu lub błyskawic w oręż, co zmienia jego zastosowanie i sposób ataku. Element lodu pozwala nam atakować wielu przeciwników wokół nas, zadając średnie obrażenia. Ogień to rozwiązanie na walkę przeciwko jednemu przeciwnikowi, a błyskawice umożliwiają szybkie przeskakiwanie ze słabszym ciosem od przeciwnika do przeciwnika, nawet jeśli dzieli ich znacząca odległość. Zadawanie szybko kolejnych ataków, unikając ich otrzymywania, zwiększa mnożnik obrażeń – taka ciekawostka. Poza walką również dodano coś wyjątkowego Iggy’emy: grappling hook. Znana z innych gier linka oraz hak, którą bohater epizodu wystrzeliwuje z rękawicy, “pożyczonej” od zbroi Magitek. Dzięki niej wspinamy się na dachy, latarnie oraz większych przeciwników, umożliwiając atak krytyczny. Teraz już wiecie, jak Ignis może obserwować stan oblężenia miasta z wysokości. To właściwie tyle, jeśli chodzi o odmienność rozgrywki dodatku od pełnej gry, bo zdecydowanie bardziej nastawiono się na fabułę, cutsceny, retrospekcje. Ciekawostką jest, odblokowane po ukończeniu DLC, alternatywne zakończenie, gdzie możemy zobaczyć niekanoniczną wizję finału Final Fantasy XV (PS4). Ukończenie odblokowuje również przedmioty do głównej gry, jednak i tak najbardziej wartym ogrania Episode Ignis jest ładunek emocjonalny, jaki zafundował nam – kolejny raz – Hajime Tabata. Chłop ma serio jakiś fetysz na punkcie wywoływania płaczu u graczy. Dodatek zostaje na trochę w głowie, i biorąc pod uwagę pozostałe dwa epizodu, bardzo się cieszę, że zdecydowałem się na SP.

Nie ma co za wiele rozwodzić się nad jakością grafiki, czy audio, gdyż to tylko dodatki do już pięknej i wspaniale brzmiącej gry. Wizualnie dodatek nie zawodzi, zniszczona Altissia i tocząca się na jej krajobrazie bitwa zmuszają do zatrzymywania się na chwilę, podobnie zresztą jak cała reszta. Co wyróżnia dodatek, to muzyka Yasunori Mitsuda, któremu tym razem oddano “pierwsze skrzypce” w skomponowaniu aranżacji muzycznej dla dodatku. Znany z takich tytułów jak Chrono Trigger (PS1) i Chrono Cross (PS1) kompozytor, podobnie jak pozostali, którym Square Enix dało możliwość współpracy przy dodatkach, spisał się wybornie. Wprawdzie soundtrack nie posiada wyróżniającego elementu, jak gitarowy pazur Episode Gladiolus i elektronika Episode Prompto, lecz bliżej mu ścieżce dźwiękowej FF XV. Na pierwszy plan oczywiście wychodzi Ignis Theme, który zadziwiająco przypominał mi główny motyw Ace Combat: Assault Horizon (PS4) – może tylko mi się wydaje. Uwielbiam, kiedy twórcy oddają tylko uczucia temu, co robią i żałuję, że nie potrafię lepiej oceniać walorów muzycznych gier. Na YT możecie już posłuchać sami kompozycji pana Mitsuda – nie będziecie zawiedzeni.

Byłem pewien, że na zakończenie tekstu o Episode Ignis, będę kończył przygodę z rozszerzeniami Final Fantasy XV (PS4), a tu mnie Square Enix zaskoczyło nowiną o kontynuowaniu wzbogacania tytułu kolejnymi epizodami. Na pierwszy ogień ma lecieć Ardyn Izunia, aby rzucić nieco więcej światła na mroczną przeszłość rodziny królewskiej. Coś, czego kilka zdań dialogu nie oddało należycie. Patrząc, jak się bawiłem z obecnymi dodatkami, nie widzę przeszkód by i kolejne znalazłyby się na moim dysku. Ardyn? Luna? Revus? Cid?! Wchodzę w to!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Create a website or blog at WordPress.com

Up ↑

%d blogerów lubi to: