Tales from the Borderlands (PS4)

Bez tryliarda broni, bez gór lootu, a jednak Borderlands.

Przyznam się bez bicia: Tales from the Borderlands (PS4) to pierwszy od czasu Sam & Max: The Devil’s Playhouse (PS3) oraz Back to the Future: The Game (PS3) tytuł Telltale Games, do którego siadam. Szczególnie ten pierwszy zapisał się jako pozytyw w pamięci, gdzie wyjątkowo dobrze wspominam humor, zakręconą fabułę i niebagatelne łamigłówki. O najnowszych produkcjach studia słyszałem mieszane opinie. Potrafiły zdobywać wysokie noty w recenzjach, jednocześnie obrywając za liczne błędy i kulawy silnik. Borderlands to jedna z moich ulubionych serii na konsolach ever. Zatem chciałem by tej produkcji było bliżej do “starego TT”. Dostałem – niestety i stety – trochę tego i tamtego.

Wspomniałem, że z mojej dotychczasowej przygody z Telltale Games wspominam niezły humor i pokręconą historię. Uniwersum Borderlands jest kolebką i jednego, i drugiego. Pod tym względem Tales from the Borderlands (PS4) nie zawodzi i udało się podtrzymać wykręcony klimat świata stworzonego przez studio Gearbox Software. Umieszczona po wydarzeniach z Borderlands 2 (PS3), gra wprowadza do uniwersum nowe postacie: Rhysa, wspinającego się po szczeblach kariery pracownika korporacji Hyperion oraz Fionę, mieszkankę planety Pandora, femme-fatale, złodziejkę. Z pozoru ich historie się nie przeplatają, wszystko jednak zmienia ogromna ilość pieniędzy, klucz do Skarbca (z ang. Vault) i wiele osób chcących położyć swe łapy na obu. Historia posiada wiele zakrętów, zwrotów i miejsc – wydających się – bez wyjścia. Każdy z pięciu odcinków potrafi przykuć przy konsoli, nie pozwalając zrobić nawet przerwy na siusiu. Całość zresztą jest dosyć ciekawie opowiedziana z perspektywy przesłuchania Rhysa i Fiony przez tajemniczego bandziora, który ciągnie ich przez pustynię pod celownikiem karabinu. Wypytywani o wspomniany klucz, kasę oraz inne wydarzenia, opowiadają, co ich spotkało i doprowadziło do “marnego” końca. Oczywiście oboje próbują swoje dzieje pod siebie podkolorować, co powoduje podnoszenie się kącików ust w uśmiechu. Pandora (miejsce akcji serii), to szalona planeta, więc i wszystkie wydarzenia na niej oraz jej mieszkańcy całkowicie normalni być nie mogą. Nie jest to może poziom absurdu pełnoprawnej serii, aczkolwiek bywa naprawdę zabawnie, w “borderlandsowy” głupkowaty sposób – ten za jaki pokochałem główne odsłony. Tytuł wprowadza wiele nowych postaci do świata Borderlands, z których na pewno skorzysta Gearbox przy produkcji trzeciej odsłony. Nie oznacza to jednak, że nie przygotowano czegoś dla fanów serii i tak oto na drodze bohaterów pojawiają się Łowcy Skarbców (z ang. Vault Hunters), m.in. Zero, Brik, czy Athena – jej przypadła nawet całkiem spora rola. Wszyscy zatem powinni być zadowoleni, gdyż w kwestii fabularnej nie ma się do czego się przyczepić. Każdy z trwających od 2 do 2,5 godziny odcinków żongluje emocjami, co generalnie skłania się co ku opinii, że Tales from the Borderlands (PS4) bardzo przyjemnie się ogląda….właśnie. Ogląda.

Może zawodzi mnie już pamięć ze względu na wiek, ale wcześniejsze produkcje studia Telltale Games przypominam sobie jako produkcje point’n’click, gdzie bardziej od wyborów pod presją czasu, stawiano na łączenie faktów, rozwiązywanie zagadek itp. Na tym elemencie się zawiodłem i nieco ochłonął mój zapał do innych produkcji “nowego Telltale”. W zasadzie gra w 90% (jak nie więcej) polega na wyborze jednej z czterech (maksymalnie) możliwych kwestii lub wyjść z danej sytuacji. Kilka razy urozmaici nam rozgrywkę poprzez jakiś “pseudo-gameplay”, jak rozkazywanie ataku robotem Hyperion, strzelanie do celów z działek lub QTE. Dosłownie kilka razy mamy możliwość poruszania się “bardziej swobodnie” i np. użycie cybernetycznego oka Rhysa, aby skanować elementy otoczenia oraz postacie. Nie wiele to wnosi, ale przynajmniej opisy analizowanych rzeczy są zabawne. Ogólnie to trudno tutaj zginąć i zobaczyć ekran game over, a przynajmniej mi grając w produkcję się to nie przytrafiło. Żeby tak się stało trzeba specjalnie zepsuć jakiś QTE lub olać nakierowanie wskaźnika na wybrany element ekranu, na co mamy przeważnie sporo czasu. O śmierć zatem trzeba się starać, a zatem gdzie ten dreszczyk emocji? Decyzje. Decyzje. Decyzje.

Osoby znające mnie lepiej pewnie już słyszały, gdy mówiłem, jak bardzo mnie denerwują wybory fabularne, która kształtują dalsze wydarzenia w grze oraz losy bohaterów. Tym bardziej drażni, jeśli ich skutki długoterminowe lub natychmiastowe z nimi się nie łączą. Takowe np. miała dla mnie seria Mass Effect, gdzie niejednokrotnie zgrzytałem zębami, bo mój Shepard zareagował na wybraną przeze mnie opcje zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałem. Na szczęście w Tales from the Borderlands (PS4) wybory zaimplementowano w odpowiedni sposób i po zakończeniu całej historii czułem się usatysfakcjonowany mogąc powiedzieć: “Nie żałuję niczego”. Każda decyzja ma znaczenie w grze i nie jest to tani chwyt, a istota gry. Sami kreujemy dalsze losy Rhysa, Fiony i reszty bohaterów. Bardzo fajnym elementem jest podsumowanie każdego z odcinków, gdzie naszym oczom ukazuje się statystyka innych graczy w kwestii ważnych wyborów – taka ciekawostka. Kulminacją podejmowanych przez nas decyzji jest ostatni odcinek, który odbiega mocno od innych, zarówno rozgrywką i tempem, jednak bardzo mocno zależy od wcześniejszych rozstrzygnięć. Sam się zastanawiam, czy jestem zadowolony z historii, bo jest dobra, czy moje wybory sprawiły, że takową była, choć jakby na to nie patrzeć: zarówno w jednym i drugim przypadku mamy plus, więc przejdźmy do srogiego minusa gry.

Jak na tytuł o tak znikomym skomplikowaniu rozgrywki, można by się spodziewać, że w kwestii technicznej będzie wszystko “cycuś glancuś”. Podobno to już standard dla gier Telltale Games, więc nie powiem nic odkrywczego pisząc: oh my god, seriously!? Ale po kolei. Oprawa graficzna gier Borderlands, to nie-cel-shading, więc idealnie pasuje pod styl gier spod szyldu studia TTG. Stąd gra wygląda prawie, jak kolejna część serii i to jest spoko. Szkopuł polega na tym, że silnik na jakim swoje gry tworzy studio jest do dupy. Na każdy z odcinków produkcji przypadł co najmniej jeden błąd. Raz był to śmieszny problem z animacjami postaci, innym razem dźwięk i obraz się rozsynchronizowały, co skutkowało przesunięciem dialogów kilkanaście sekund po ich animacji. Najbardziej drażniące były natomiast te, które powodowały konieczność cofnięcia się do ostatniego punktu zapisu, ponieważ nie pozwalały na progres. Katastrofa. W grze trwającej sumarycznie około 10 godzin i w której gameplay polega na wciskaniu klawisza na padzie oraz wychylaniu gałki analogowej w podanym kierunku – wręcz niewybaczalne. Dodatkowo, grafika sama w sobie też jakoś specjalnie nie powala. Tytuł wyszedł również na PS3 i podobno istotną różnicą pomiędzy platformami była lepsza animacja oraz brak “czkawek” na czwartym PlayStation. Faktycznie. Poza momentami, gdy silnik gry “płata figle”, to Tales from the Borderlands (PS4) działa bez zarzutu, natomiast oprawie dużo brakuje do zachwycającej. W skrócie: to gra z minionej generacji, tylko – lub w przypadku AŻ – działająca. W kwestii dźwiękowej natomiast wszystko “gro i bucy” – aktorsko mamy gwiazdy mikrofonu pokroju Troya Bakera, a ścieżkę dźwiękową ubarwiają kawałki takich zespołów jak: Cage The Elephant, The Heavy, czy James Blake. Wchodząc wraz z napisami rozpoczynającymi odcinki, nadawały całości jeszcze większy, “borderlandsowy” klimat. Łapcie playlistę na spotify.

Nie wiem, czy podoba mi się to nowe Telltale, ale przynajmniej rozumiem teraz lepiej narzekania innych na studio. Gdyby nie moje zauroczenie światem Borderlands, pewnie znacznie gorzej bym odebrał Tales from the Borderlands (PS4). Przez to mimo problemów, kłamstwem byłoby powiedzieć, że się źle bawiłem ogrywając tytuł. Przechodziłem go odcinek po odcinku, nie mogąc się oderwać od konsoli. Ciągnięty porywającą fabułą nawet niespecjalnie przejmowałem się bugami, choć głową kręciłem z niedowierzaniem jak już się pojawiały. Teraz mam nadzieję, że Gearbox nie będzie kazał długo jeszcze czekać na trzecie Borderlands. Ja natomiast wiem, że raczej nie będę sprawdzał gier Telltale Games, których uniwersa mnie nie interesują. Wiadomo już, że kolejnego Tales from the Borderlands (PS4) nie będzie, więc zostaje tylko The Wolf Among Us (PS4). No i mam punkt odniesienia nowego wizerunku studia.

PLUSY

  • Emocjonująca fabuła
  • Humor
  • Ciekawi nowe twarze w uniwersum
  • Dobra gra aktorska
  • “Borderlandsowy” klimat i smaczki dla fanów

MINUSY

  • Liczne błędy, glitche i inne problemy
  • Taka sobie oprawa
  • Wciąż to bardziej samograj

Może i samograj, ale jeśli jesteście fanami Borderlands na pewno będziecie się dobrze bawić.

Ocena: 7.0/10

2 thoughts on “Tales from the Borderlands (PS4)

Add yours

  1. Gre „kupilem” w plusie tylko ze wzgledu na borderlands. Gra jak dla mnie srednia. Fabularnie tylko spoko, na plus cameo postaci z glownych czesci gry i gortys ktory swoja dziecinnoscia mnie rozbrajal, no i koncowa walka tez niezla no i przystojny jack:). Co mnie wkurzalo to brzydactwo tytulu, to ze gre sie bardziej oglada niz gra no i brak wplywu decyzji na finalowy outcome, bo serio, pozwolilem „ojcu” fiony i sashy zginac na arenie jednak skladajac finalowy team moglem go wybrac. Nie mialem tyle zaparcia zeby sprawdzic czy jest to fabularnie wyjasnione. Oglnie tytul mnie zawiodl.

    Polubienie

    1. Pierwszym planem na tę recenzję była kooperacyjny tekst, wspólnie napisany z neo_angin, gdzie pierwsze przejście gry zrobiliśmy razem na weekendowej wizycie, a później on miał pocisnąć tytuł sam ze swoimi (innymi) wyborami. Mi osobiście nie chciało się kończyć gry drugi raz, by sprawdzić jak bardzo zmienia się finał, aczkolwiek po wydarzeniach czułem, że poprzednie wybory miały sens.
      Faktycznie jest samograjem, nie ma co ukrywać, że przy tym to nawet Heavy Rain można nazwać grą, stąd wątpię bym prędko siadał do pozostałych produkcji. Z drugiej jednak strony zamiłowanie do Borderlands zrobiło swoje i dużo z oceny to zasługa zakochania się w tym klimacie. Może to kwestia oczekiwań, spokojnie jestem w stanei sobie wyobrazić, że ktoś dał tytułowi mniej niż 7.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Create a website or blog at WordPress.com

Up ↑

%d blogerów lubi to: