Recenzja | Shovel Knight (PS4)

Przed Wami recenzja Shovel Knight, czyli: jak dobrze zagrać na nostalgii łopatą.

Tekst odświeżony: Kwiecień 2026.

Po tygodniach szukania gry na allegro nareszcie trafiła się niezła okazja zakupu. Shovel Knight w pudle za niecałe 50 zł uznałem za adekwatną cenę do mojego chciejstwa zagrania w tytuł studia Yacht Club Games. Jak się zwykle okazuje, gra jest zdecydowanie więcej warta, jednak mam wrażenie, że nie dla każdego będzie to tak oczywiste. Nie pomaga zdecydowanie oprawa graficzna. Znienawidzony przez całe hordy gamerów pixel-art, bardzo mocno stylizowany na produkcjach czasów pierwszych konsol Nintendo. Jeśli ktoś nie przepada za takową oprawą, to będzie mu bardzo trudno przełknąć grę jako całość. Pixel jest silny w Shovel Knight. Ja na całe szczęście bardzo lubię ten rodzaj podejścia do wizualnej części gier i nie odwracam wzroku, gdy na ekranie 42-calowego telewizora mam piksele wielkości kciuka, choć fakt: na PSV prawdopodobnie byłoby to bardziej zjadliwe. Nie powiem jednak, że dzieło Yacht Club jest brzydkie. Level design jest bardzo prosty i tutaj znajdziemy masę powtarzających się elementów w jakości rodem z czasów NES-a. Oprawa błyszczy paletą kolorów oraz elementami drugiego planu, na czele z ładnymi panoramami. Scenka przy ognisku spokojnie mogłaby wlecieć na tapetę lapka, a laboratorium Plague Knighta pokazuje pazur szczegółami. Przyłożono się także do modeli postaci, gdzie akurat tytułowy Shovel Knight jest przyćmiewany pozostałymi rycerzami. W głowie pozostała mi scena tańca na zakończenie dodatku Plague of Shadows, która ruchami bohaterów pokazała, czym różni się pixel-art dziś od tego sprzed 20 lat. Dopełnieniem tej wizualnej dbałości o detal jest oprawa dźwiękowa, która tylko pozornie przypomina tę z maszynek 8-bit. Twórcom udało się uchwycić 8-bitowy klimat OST, jednak wystarczająco na tyle go ubarwić nowymi kanałami i dźwiękami, że nie brzmi jak dzwonek midi na Nokii 3310, zachowując jednocześnie wylewające się z całej produkcji „retro”.

Nostalgia to obusieczny miecz. Potrafi równie szybko nakłonić ludzi do zakupu czegoś, jak i błyskawicznie ich odtrącić. Patrząc po recenzjach takich tytułów jak Yooka-Laylee, które starało się zaskarbić sobie serca graczy nawiązaniem do kultowego Banjo-Kazooie oraz średniego przyjęcia „mega-manowego” Mighty No. 9, wiemy, jak trudno jest odpowiednio posłużyć się nostalgią, by odnieść sukces. Tutaj Yacht Club Games mogłoby prawić wykłady panu Inafune, jak powinno się podchodzić do tematu. Shovel Knight to gra z gatunku platformówek 2D łączących w sobie elementy wielu kultowych przedstawicieli gatunku. Uwaga! Teraz będzie trochę zwierzeń: swoje pierwsze kroki w konsolowym świecie stawiałem na Game Boyu. Tym pierwszym, dużym, szarym, z zielonym ekranem – mam go do dziś. Miałem na niego mało gier, ale m.in. posiadałem Super Mario Land 2, Mega Man II oraz DuckTales. Jeśli graliście już w Shovel Knight, to powinniście teraz kiwać głową ze zrozumieniem, mówiąc: „Cholera, Shovel Knight go zniszczy” – i tak też się stało. Od uruchomienia się gry, spojrzenia na mapę świata i pierwszy poziom dostałem nostalgicznego lewego sierpowego w szczenę. Ta pozycja to hołd oddany wcześniej omówionym produkcjom i ich gatunkowi. Poczynając od tego, że główny bohater skacze na łopacie niczym Sknerus McKwacz, kończąc na walkach z bossami „wypisz wymaluj” nasuwających te z początków serii Mega Man. Momentalnie poczułem się jak w domu, aczkolwiek najważniejszą różnicą pomiędzy recenzowanym tytułem a powyższymi średnio udanymi produkcjami na PS4 jest fakt, że twórcy nie zatrzymali się na przeszłości i oprószyli swoją produkcję nowoczesnością. Podobnie jak zrobiono z ostatnim DOOM.

W grze albowiem nie znajdziemy żyć. Zastąpiły je punkty kontrolne poziomów, do których wracamy po śmierci. Ułatwienie? Może i tak, ale jest haczyk. Gdy umrzemy, część naszego zgromadzonego złota wypada i pozostaje w miejscu śmierci jako lewitujące worki mamony. Po odrodzeniu się mamy możliwość ich zgarnięcia, jednak tylko jeśli po drodze nie powinie nam się noga – khem, khem seria, khem souls – wtedy bowiem znów wypada z nas złoto, a to wcześniejsze oczywiście przepada. Wciąż za łatwo? No to lampiony, które wskazują miejsce odrodzenia, możemy zniszczyć. Otrzymując za to solidny zastrzyk kosztowności, w zamian za miejsce do odrodzenia się. Kolejną rzeczą nawiązującą do czasów teraźniejszych jest rozwój postaci i liczne przedmioty pomocnicze, jakie możemy odblokować. W pierwszej kwestii mamy możliwość zwiększania za kasę punktów życia Rycerza Łopaty oraz punktów magii, służących do używania przedmiotów. Jest różdżka strzelająca w przód ogniem, są zielone kule przez chwilę odbijające się od wszystkiego i raniące przy tym przeciwników, a także takie cuda jak wędka. Część przedmiotów pozwala nam także na pokonywanie wcześniej niedostępnych miejsc, więc – w starym stylu – jeśli nie możemy gdzieś z początku się dostać, wystarczy wrócić nieco później z odpowiednim sprzętem. Te wszystkie elementy składają się w bardzo dobrze skomponowaną całość, która jest wystarczająco trudna, by pobudzać w nas frustrację niepowodzeń i należycie ją rekompensować poczuciem zwycięstwa. Niezależnie czy chodzi o trudny fragment poziomu czy starcie z bossem, które – na marginesie – to kolejny świetnie wykonany kawał kodu.

W kontekście fabularnym twórcy nie zboczyli ze ścieżki, którą nakreślili sobie rozgrywką. Postawili na pozorną schematyczność i przewidywalność, którą poniekąd nas od początku gry zmylili, by u końca wędrówki wywrócić nas do góry nogami. Grę rozpoczyna intro opisujące historię, w jakiej się znaleźliśmy. Shovel Knight wraz ze swoją wierną towarzyszką broni Shield Knight przeżył wiele przygód i stoczył wiele zwycięskich bitew. Jedną z nich była walka w Tower of Fate, gdzie wspólnie przeciwstawili się najgorszemu złu. Gdy zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki, mityczny amulet pochłonął bohaterów w magicznym zaklęciu. Shovel Knight stracił przytomność, a gdy się obudził, znalazł tylko hełm swojej towarzyszki i zapieczętowane wejście do wieży. W rozpaczy nad utratą bliskiej mu osoby postanowił zaprzestać życia w przygodzie i zajął się uprawą pola. Gdy jednak wspomniana wieża znów zaczęła emanować złowieszczą energią, wyciągnął łopatę z ziemi i ruszył w jej kierunku. Na jego drodze stanął The Order of No Quarter, grupa rycerzy pod wodzą The Enchantress. Tytuł przez większość czasu utrzymuje nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z bardzo prostolinijną historią, jedynie skrzętnie sugerując nam, że uczestniczymy w czymś bardziej skomplikowanym niż „ratowanie księżniczki zamkniętej w wieży zamku”. Robią to m.in. poprzez wszechobecny humor. Twórcy bawią się tą formą przygodówki, tak samo, jak bawią się nostalgiczną rozgrywką i retro wykonaniem, by finalnie dać coś znacznie więcej.

Z początku przyznam się szczerze i bez bicia, że niezbyt wiedziałem, nad czym zachwycają się znane mi osoby, które uważam za opiniotwórcze w branży. Jasne kopa nostalgii dostałem, ale dopiero po okiełznaniu Shovel Knight w całości zrozumiałem jak wyjątkowo dobrze zrobiony to indyczek. Nie mam się w nim za bardzo do czego przyczepić. Poza grafiką, która zgodnie z mottem „haters gonna hate” znajdzie sobie tak samo wielu zwolenników i adoratorów, na myśl przychodzi mi jedynie długość produkcji. Aczkolwiek dzięki solidnemu poziomowi trudności, spędziłem z nią sporo godzin, a zawsze są jeszcze pucharki do zdobycia i odblokowujące się po przejściu gry wyzwania. W nich zmierzymy się z bossami na czas, będziemy odpierać fale wrogów lub uciekać przed goniącym nas lewym krańcem ekranu. Zakończę recenzję zatem…STOP! Zaskoczeni? Ja też byłem zaskoczony, gdy po ukończeniu gry dostaję nową postać i nową kampanię. Tak, zupełnie nową. Twórcy albowiem oddali graczom pierwszy dodatek fabularny Plague of Shadows za darmo. Zanim jednak nastawicie się na pokonywanie tych samych poziomów i historii w nowej skórce, uprzedzam: kierowany przez nas Plague Knight, to pełnoprawnie nowa postać, z własną paletą ruchów, technik, całkowicie przemodelowanym systemem przedmiotów (tworzymy bomby z 3 składników: proch, obudowa, lont) oraz fabułą, toczącą się gdzieś obok wątku Shovel Knighta. Praktycznie dwukrotnie wydłużyli tym samym czas spędzony z produkcją. Kapitalne posunięcie panowie i panie z Yacht Club Studios. Czekam na resztę rycerzy.

PLUSY

  • Nostalgia done right!
  • Świetny soundtrack
  • Precyzyjny i rajcowny gameplay
  • Przemyślane walki z bossami
  • Humor
  • Pozornie banalna historia kryjąca głębię
  • Przedmioty do odblokowania i ich wykorzystanie
  • Praktycznie dwie gry w cenie jednej

MINUSY

  • Na dużym ekranie może na dłuższą metę zmęczyć wzrok
  • Pojedyncza kampania nieco krótkawa

Łopaty w ręce i ku przygodzie! Świetna platformówka niosąca na barkach nostalgię, nie gardząc przy tym nowościami czasów dzisiejszych. Nie dajcie się zwieść oprawie i chłońcie świetną platformówkę.

Ocena: 9/10


Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


4 myśli na temat “Recenzja | Shovel Knight (PS4)

Dodaj własny

  1. Chetnie bym zagral w SK i jakis czas juz do tego sie przymierzam. Problemem jest pixel art na duzym TV i bardzo chetnie tytul przytulilbym na takiego 3DS’a…

    Fajna recka, wpadaj czasem na WWG 😉

  2. Wystarczy usiąść trochę dalej i można się przyzwyczaić. Jestem świeżo po świetnym dodatku Specter of Torment, o którym też mam nadzieję coś wrzucić na blog i ogólnie bardzo polecam dać SK szansę. Co sama recka raczej pokazuje ^^

Skomentuj GermanosAnuluj pisanie odpowiedzi

Odkryj więcej z RaczejKonsolowo

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej