Dragon Quest Heroes: The World Tree’s Woe and the Blight Below (PS4)

Niedługo na półkach sklepowych zawita druga odsłona musou spod znaku Dragon Quest. Jeśli nie jesteście zaznajomieni z tytułem, zachęcam do lektury, a może uda mi się Was przekonać do sprawdzenia tego solidnego spin-offu.

Nigdy wcześniej nie „tykałem”, żadnego musou. Dla osób mało obeznanych z tematem chodzi o gatunek, którego flagową serią jest Dynasty Warriors, czyli „TY jeden kontra miliony wrogów”. Gry Omega Force znam jedynie z materiałów video, czy opinii innych i z tego powodu bardzo trudno mi porównać Dragon Quest Heroes: The World Tree’s Woe and the Blight Below (PS4) z pozostałymi przedstawicielami gatunku. Co jestem natomiast w stanie powiedzieć, to że w spin-offa „smoczej serii” gra się bardzo przyjemnie. Gra nie nuży AŻ TAK, co pewnie było największą niewiadomą dla osób zainteresowanych zakupem tytułu i od tematu różnorodności oraz schematów zacznę.

Głównym elementem rozgrywki są pojedynki na zamkniętych, mniejszych lub większych mapach. Niektóre to po prostu srogie areny, gdy inne zbudowane są ze zbiorów komnat połączonych korytarzami. W sumie mamy grubo ponad 10 lokacji, na których przyjdzie nam toczyć pojedynki grupą czterech bohaterów, między którymi podczas misji możemy się swobodnie zmieniać. Wybranych spośród 14 dostępnych w grze. Całkiem solidna liczba zarówno w jednym, jak i drugim aspekcie. Muszę przyznać, że i ja przygotowywałem się na dawkowanie sobie Dragon Quest Heroes, aby przypadkiem nie zmęczyć się powtarzalnością, która wydawała mi się nieunikniona w tego rodzaju tytule. Całe szczęście Omega Force się postarało i gra nie jest kolejnym „zwykłym musou”, broniąc się wieloma sposobami.

Każdy z bohaterów posiada swój unikalny, związany z władaną bronią styl walki, zestaw umiejętności i coup de grace – atak specjalny. Jasne. Nie uświadczymy tutaj skomplikowanych combo dla każdego bohatera, a umiejętności odpalane są tymi samymi kombinacjami klawiszy, ale mimo wszystko czuć różnicę pomiędzy bohaterami. Lokacje natomiast pozbawiono ogromnych połać terenu do przemierzania, pustych z odległym horyzontem. Z tego, co widziałem na materiałach z gier KOEI Tecmo, o których wspomniałem na początku, to mapy są znacznie mniejsze i co ważne: bardziej „wypełnione”. Zarówno zabudowaniami, jak i przeciwnikami, gdzie w kontekście różnorodności mamy do czynienia z paletą głównej serii Dragon Quest. Kto grał w jakąkolwiek z części natychmiast rozpozna pewne „moby”. Większość przeciwników w grze posiada swoje unikalne ataki i mimo faktu, że sporo z nich nie przeżyje na tyle długo byśmy mogli je dokładnie zanalizować, to przynajmniej bujność ich wykonania cieszy oko. Coś, co rzucało mi się w oczy podczas oglądania materiałów z Dynasty Warriors: walka z setkami identycznych klonów żołnierzy. W Dragon Quest Heroes podczas misji spotkamy znacznie bardziej zróżnicowane grupy. Na plus.

Powyższy akapit skłania mnie do przekonania, że jeśli miałbym do czegoś porównać walkę oraz to, jak się gra w ten spin-off to stawiałbym na serię Kingdom Hearts, a przynajmniej – najlepiej mi znanych – dwóch części z PS2. Dwa przyciski ataku, skok, odpalania coup de grace i ataki specjalne będące kombinacją powyższych z przyciskiem R1. Koniec. Tyle, jeśli chodzi o skomplikowanie systemu. Czy to źle? W żadnym wypadku. Prostota systemu wraz z efektami wizualnymi towarzyszącymi umiejętnością świetnie pasują do stylu gry i pozwalają w „radosny” sposób pozbywać się hord przeciwników. Kulminacyjnym punktem walk są ataki specjalne, wspomniane coup de grace. Odmienny dla każdego bohatera (poza parą „najgłówniejszych”) sieje zniszczenie na sporym obszarze wokół nas, w bardzo efektownym stylu – np. zamiana w smoka. Kolejnym elementem Dragon Quest Heroes: The World Tree’s Woe and the Blight Below (PS4) jest możliwość przyzywania potworów do walki po naszej stronie. Dzieje się tak za sprawą monet, które często pozostawiają po sobie pokonani przeciwnicy. Różne potwory, posiadają różne efekty pojawienia się na polu walki (np. rzucenie jakiegoś „buffa” na naszą grupę), a także sposób działania – pozostają na polu walki z paskiem życia i atakują, bądź używają jakiejś magicznej umiejętności i znikają. Bardzo fajny pomysł, nadający elementy strategii do zadań. Albowiem gra to połączone ze sobą fabularnie misje.

Historia tytułu opowiada o królestwie Arba, w którym od lat potwory oraz ludzie żyją w harmonii i pokoju. Ta równowaga zostaje pewnego dnia zniszczona, a potwory zaczynają zwracać się przeciwko ludziom. Wszystko powiązane jest z ciemnością, jaka zaczyna ogarniać całe królestwo. W tych okolicznościach gracz zostaje wcielony w jednego z kapitanów królewskiej straży: „ubierającego” każdą sytuację w strategię Luceusa i bezpośrednio-porywczą Aurorę. Oczywiście, po dokonaniu wyboru mamy wciąż możliwość przyłączenia do naszej drużyny drugiego z kapitanów, a różnice fabularne w obu historiach są raczej kosmetyczne. Wraz z postępem grono bohaterów powiększa się, a fani serii Dragon Quest mogą zacierać rączki. Większość dodatkowych postaci w grze to bohaterowie poprzednich odsłon głównej serii, w pełnym 3D i dubbingu. Mamy tutaj m.in. Terry’ego z Dragon Quest VI, Mayę i Alenę z Dragon Quest IV, czy Jessicę i Yangusa z ósemki. Trzeba przyznać, że wybrano dobrze poszczególnych przedstawicieli odsłon. Sam grałem jedynie w Dragon Quest VIII: Journey of the Cursed King (PS2), ale z informacji, jakie wyczytałem w sieci nie stawiano na samych głównych bohaterów, czego wynikiem jest bardzo barwna mieszanka charakterów.

Kończąc temat fabuły, powiem, że nie ma co tutaj szukać specjalnej głębi, zwrotów fabularnych i momentów zapierających dech w piersiach. Prosta historia o walce dobra ze złem – w tym przypadku światła z ciemnością – wybranych bohaterach i przyjaźni. Kto grał w jakiegokolwiek innego Dragon Questa, wie, czego się spodziewać. Ukończenie wątku fabularnego zajęło mi około 30h, przy lekkim „farmieniu” złota, „pakowaniu” postaci i questach pobocznych, a jest tego nie mało, choć próżno tu szukać poziomu Wiedźmin 3: Dziki Gon (PS4). Zadania niezwiązane z fabułą w gruncie rzeczy polegają na zabiciu określonego potwora X razy lub zdobyciu jakiegoś przedmiotu w konkretnej ilości. Dodatkowo każdy z bohaterów drugiego planu ma swój scenariusz, który skupia się na powodzie, jaki przeniósł go do królestwa Arba – poszukiwanie legendarnego miecza lub księgi zaklęć, a nawet bogatego kandydata na męża. Niektóre z nich uruchamiają się dopiero po ukończeniu głównego wątku, więc nawet po napisach końcowych jest co robić.

Problem w tym, że nie każdemu może się chcieć. Jeśli serio czytacie te wypociny to zauważyliście pewnie, że pisząc o powtarzalności i nudzie użyłem słów: „AŻ TAK”. Wszystko przez to, że mimo wszelkich starań twórców o możliwie urozmaicenie rozgrywki, to nie ma, co się oszukiwać: u źródła czeka nas powtarzanie tych samych schematów w innym „ubranku” (czyt. lokacji i postaci). Trudno mi ocenić jak bardzo trzeba być odpornym na ten element gier, ale jako weteran Destiny (PS4) mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że tragedii nie ma, jednakże jeśli kogoś nie porwie cała otoczka audio/video oraz fabuła – może się zanudzić.

Z serią Dragon Quest jest taka sytuacja, że największe grono fanów zyskała ona sobie w Japonii. Dzieje się tak, ponieważ są one przepełnione sztampowymi elementami „starej szkoły” JRPG i anime, szczególnie tego spod rąk pana Toriyama. Dialogi przyprawiające o ból zębów, zdecydowanie zbyt emocjonalne monologi i „ta jedna drażniąca postać, gdy tylko się odezwie”. Nie ma, co owijać w bawełnę: dla osób nietrawiących japońszczyzny może to być sporym problemem.

„Oldschool” japońskich erpegów również panuje w menusach gry. Powaga. Trochę tak jakby twórcy zatrzymali się w erze PS2. Większość wyborów trzeba potwierdzać przez Yes/No. W dodatku oddanie questów lub wytworzenie przedmiotu przez alchemię jest kwitowane melodyjką trwającą kilka ładnych sekund. Miło, ale gdy mamy do oddania 10 zrobionych na raz questów, podchodzimy do NPC zajmującego się zadaniami i 10 razy powtarzamy: wybór questa z listy, przewijanie okna dialogowego składającego się z kilku linii, potwierdzamy przez „Yes”, słuchamy melodyjki, przewijamy podziękowanie – no cholera może człowieka trafić. Jedni powiedzą, że to marudzenie, ale dla mnie to po prostu źle przemyślany UX.

Na szczęście na tym kończą się negatywy produkcji. Od technicznej strony nie ma, do czego się przyczepić. Złośliwi mogą się czepiać odejścia od cel-shadingu i przejścia w pełny trójwymiar, ale po kilku godzinkach spędzonych z Dragon Quest Heroes: The World Tree’s Woe and the Blight Below (PS4) nawet najbardziej zagorzali hejterzy powinni zmienić zdanie. Gra wygląda pięknie, szczególnie modele postaci. Sam nie wiedziałem jak uda się Omega Force przenieść styl ręki Akira Toriyama w 3D, ale spisali się na medal. Teraz to mam ochotę na pełnoprawną odsłonę serii w takim wydaniu. Ważne również, że jeśli chodzi o płynność nie ma najmniejszych problemów – animacja nadąża za akcją nawet przy dużych zadymach.

Zanim skończę chciałem jeszcze tylko napomknąć o ścieżce dźwiękowej i języków w grze. Fanów japońszczyzny ucieszy fakt, że w grze zaimplementowano japońską wersję językowa, ale gorąco polecam grę na angielskim dubbingu. Całą grę ukończyłem na anglojęzycznej ścieżce i muszę powiedzieć, że wypadła ona bardzo dobrze. Japońskie głosy sprawdziłem dopiero po ukończeniu wątku fabularnego i raczej nie stwierdziłem niczego, co by mnie skłaniało do promowania jednej, bądź drugiej wersji. Jedna postać ma może drażniący głos i kwestie, ale to tyle. Jeśli natomiast chodzi o muzykę to mamy tu do czynienia z wizytówką Koichi Sugiyama – bardzo klasyczne, symfoniczne melodie, bez jakichkolwiek naleciałości bardziej „nowoczesnych” gatunków. Zakup OST z gry to już kwestia gustu, natomiast, co warto nadmienić to, że utwory muzyczne idealnie pasują do klimatu tytułu i bardzo dobrze komponują się z wydarzeniami na ekranie.

Dragon Quest Heroes: The World Tree’s Woe and the Blight Below (PS4) jest bardzo dobrym tytułem. Jak na grę, która stara się być połączeniem musou i gry akcji, z elementami RPG oraz będącej spin-offem jednej z najważniejszych serii Kraju Kwitnącej Wiśni to z całym sercem jest godna polecenia. Przy odpowiednim dawkowaniu nie spotka Was nuda, a jeśli dodatkowo nie obca Wam jest główna seria to nawet i przy dłuższych posiedzeniach będziecie się świetnie bawić.

PLUSY

  • Piękna grafika
  • Brak zgrzytów animacji
  • Długa kampania i masa questów pobocznych
  • Przyjemna rozgrywka
  • Voice-acting
  • Ciekawa mieszanka bohaterów i odrębnych stylów walki

MINUSY

  • Mimo wszystko dosyć schematyczny gameplay
  • Brak co-opa sieciowego
  • Głos Healixa
  • Archaicznie zbudowane „menusy”
  • Polityka streamingu i Share Play (blokady)

Udany spin-off serii Dragon Quest. Przyjemny gameplay, piękna grafika i masa czasu do spędzenia w królestwie Arba. Czasem może znużyć, ale zdecydowanie częściej bawi i powoduje niecierpliwe oczekiwanie zapowiedzianego sequela.

Ocena: 8/10

[Wpis został opublikowany również w ramach recenzji użytkowników PSSite.com pod linkiem]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Create a website or blog at WordPress.com

Up ↑

%d blogerów lubi to: