Mega Man, Viewtiful Joe i…. Kirby?! Jednoosobowy projekt z Finlandii odpowiada: „Tak, można!”.
Bardzo dużo mówiło się ostatnio na temat liczebności zespołu, jaki tworzył daną grę. Wszystko oczywiście za sprawą świetnego Clair Obscur: Expedition 33, które – na marginesie – zostało przeze mnie oraz Bartka, do cna obnażone w spoilercaście, do którego zapraszam, JEŚLI ograliście już tę produkcję kilkudziesięciu osób z Francji. Gravity Circuit to według internetu produkcja stworzona przez jedną osobę w Finlandii, której pomagały w specjalistycznych dziedzinach, pojedyncze osoby, m.in. przy muzyce twórca współpracował z Dominiciem Ninmark. Zatem teraz, gdy mam już waszą ciekawość (prawda?), mogę zdradzić, że to gra jest duchowym spadkobiercą serii Mega Man, ze szczególnym naciskiem na gałęzie X oraz Zero. Robiąc to budową rozgrywki, ale i przede wszystkim cudowną estetyką utrzymaną w klimacie retro. Z szesnastobitową kolorystyką i muzyką w stylu chiptune. Okładką z robotami przypominającymi mi design Gundamów. Halo? Jesteście tu jeszcze?

Jest spora szansa, że jeśli nie uciekliście z krzykiem po wstępie do recenzji, to pewnie oglądaliście moje zmagania z kolekcjami Mega Man na YouTube. Uwielbiam przygody niebieskiego robo-chłopca od Capcomu, choć przez lata jedyną odsłoną, w którą grałem, była dwójka na Game Boya. Ukończenie pierwszych dziesięciu odsłon w minione lato było fantastycznym doświadczeniem, dzięki któremu doskonale poznałem zasady budowania kolejnych gier w serii, jak i nie mogę się doczekać wskoczenie w kolekcje Mega Man X oraz Mega Man Zero. Czekające cierpliwie na półce w folii. Z tego też powodu podobieństwa pomiędzy Mega Manem, a Gravity Circuit stały się momentalnie namacalne. Przede wszystkim gra oparta jest na nieliniowej rozgrywce, w której fabularnie możemy wybierać pomiędzy ośmioma odnogami, w dowolnej kolejności. Każda skrywa unikalny poziom, nawiązujący swoją budową i wyzwaniami do przeciwnika, który go kończy. Z racji tego, że nasz bohater nazywa się Gravity Circuit, tak i antagoniści w grze to np. Power Circuit, Break Circuit czy Patch Circuit. Pokonanie go odblokowuje zdolności, które możemy użyć w kolejnych etapach gry. To retro-platformówka 2D, osadzona w świecie wypełnionym po brzegi robotami. Gra kończy się w… może nie będę zdradzał, ale weterani Mega Mana dokładnie wiedzą, czego się spodziewać. Brakuje tylko szalonych brwi Dr Willy.
Jednak nie tylko Mega Man był wyraźnym szablonem dla twórców. Widać to przede wszystkim w sposobie walki z przeciwnikami w grze. Gdzie Mega Man posługiwał się bronią palną, strzelając ze swojego ramienia, tytułowy Gravity Circuit używa swoich pięści i kopniaków. W tym aspekcie gra bardzo mocno przypomina mi gry Viewtiful Joe, również od Capcomu i spod ręki legendarnego Hideki Kamiya (wpis o jedynce i dwójce do przeczytania na blogu!). Bohater ma bardzo proste combo oraz może atakować w wielu kierunkach, jak i wykonywać kombinację ciosów w powietrzu, co chyba najbardziej kojarzy mi się ze ww. serię. Różnicą jest również podejście do specjalnych ataków, jakie zbieramy z pokonanych bossów. Gdzie w Mega Manie konieczna była znajomość kolejności przechodzenia gry, albowiem niektóre bronie znacznie lepiej radziły sobie z bossami, aniżeli inne, tak tutaj mamy pełną dowolność podejścia. Z początku oceniłem ten aspekt jako brak balansu, ponieważ jedne ataki były znacznie przydatniejszymi od innych, natomiast szybko pojąłem, że chodzi o oddanie graczom cały wachlarz specjalnych ataków. Ataków specjalnych jest na tyle dużo i są tak bardzo różnorodnymi, że właściwie zupełnie od nas zależy, jakie pasują nam najbardziej lub które z nich są odpowiednie dla konkretnego bossa.

Dosłownie w trakcie pisania kolejnego akapitu tej recenzji, przyszło mi do głowy, że kolejna mechanika wcale nie jest tak unikatowa, jak zakładałem: chodzi o chwytanie pokonanych przeciwników zanim ich ciało wybuchnie i rzucanie nimi w innych wrogów. Ponieważ każdy przeciwnik jest robotem, to po jego pokonaniu przez chwilę mamy możliwość złapania go, poruszania się z nim i następnie ciśnięcia go w innego, aby zadać spore obrażenia. Co przypomniało mi o pewnej różowej kulce z wielkim apetytem. Właśnie – Gravity Circuit zachowuje się trochę jak Kirby, aczkolwiek nie połyka swoich wrogów. Jednak gameplay w tym aspekcie jest bardzo zbliżony do jednej z maskotek Nintendo. To znów podkreśla fanowskie zacięcie całej gry. Nie tylko przypomina ona Mega Mana, ale jej jednoosobowy zespół developerski, chciał również urozmaicić ją o inne mechaniki, które podobały mu się w innych platformówkach 2D. A skoro zrobiłem nawiązanie do Expedition 33 we wstępie, to mam nadzieję, że nie przyjdzie nikomu narzekać na łączenie składowych z innych miejsc w grze, skoro wynik „po prostu działa”, prawda?
Działa przede wszystkim również dlatego, że twórca nie popadł w pułapkę tworzenia duchowego spadkobiercy, tak bardzo wiernego swoim ideałom, że aż nie chce się w niego grać, bo jest tak archaiczny. Gravity Circuit to fantastycznie zrealizowany platformer w dwóch wymiarach, o czym świadczyć może jego popularność wśród speedrunnerów. Przede wszystkim sterowanie jest znacznie dokładniejsze, aniżeli moje wspomnienia z Mega Manem. Postać szybciej reaguje na wprowadzane komendy, przez to możemy dosłownie płynąć przez levele, jeśli na tym nam zależy. Do motoryki dochodzi możliwość bujania się na zaczepiającej się w suficie lince, ślizg czy chwytanie się krawędzi płaszczyzn. Z uwzględnieniem odbijania się od ścian, jak i ześlizgiwaniu się po nich. Zawodowcy wykorzystają atak pionowy w dół, będąc w powietrzu, aby odbijać się od przeciwników niczym Łopatowy Rycerz. Aby jednak to mogło funkcjonować, w sukurs za lokomocją musi iść level design, jednak i tutaj twórca spisał się znakomicie. Widać, że planowanie gry zajęło mu prawie dekadę. Świetne zbalansowanie gimnastyki na padzie z poziomem trudności.

Powiew nowoczesności również czuć poza nominalną rozgrywką. Rozwój bohatera to wspomniane zdolności specjalne, których na misję możemy zabrać aż cztery, a do tego dochodzą jeszcze perki, których na sobie możemy mieć maksymalnie trzy. Wśród nich np. podwójny skok, zmniejszone obrażenia od przeszkód otoczenia, czy nieśmiertelność w trakcie wykonywania ślizgu. Cztery ataki, trzy perki – dużo tego. Jednak i tutaj twórca poszedł z duchem czasu i umożliwił budowanie zestawów, pomiędzy którymi możemy się w dowolnym momencie przełączyć jednym kliknięciem. Jeden na przechodzenie poziomu. Drugi na walkę z bossem. Nie ma problemu. Do tego dorzucić można jeszcze lakier naszego bohatera, które w zależności o wybranego koloru nadają nam specjalną cechę: szybsze ładowanie paska ataków specjalnych, czy leczenie się w trakcie zadawania obrażeń wrogom. Poza atakami specjalnymi resztę ulepszeń zbieramy na poziomach jako sekrety. Ukryte za zniszczalną ścianą, czy podejrzanie wyglądającym dołem w ziemi. Wszystko widoczne dla wyczulonego oka, więc fani lizania pikseli będą zadowoleni – co potwierdzam.
Gra nieźle również radzi sobie fabularnie i – co najważniejsze – udaje jej się unieść zwrot akcji, którego od samego początku oczekujemy. Wcielamy się w rolę robota o nazwie Gravity Circuit, który jednak równie często posługuje się imieniem Kai. Skąd dwa tytuły? To jedna z tajemnic, jakie musimy rozwiązać. Kai, albowiem budzi się ze śpiączki, w której znalazł się po walce z armiami wrogich robotów, niszczących miasto, w którym żył. Choć udało mu się wygrać, z całego zespołu, tylko on przeżył.., a przynajmniej tak myśleli wszyscy. Natomaist teraz znów miasto jest w niebezpieczeństwie. Kolejny raz ta sama armia niszczy wszystko na swojej drodze, jednak tym razem ramię w ramię z nią idą dawni kompanii Gravity Circuit. Dlaczego? Właśnie to udaje się grze dobrze zachować w tajemnicy przez całą grę, aż po zadowalający koniec, który syci i jeszcze daje pole do ewentualnej kontynuacji. Choć zarys fabuły wydaje się śmiertelnie poważny, nie brakuje też lekkości i humoru. Całość zamyka się w niecałych dziesięciu godzinach. Przy warunku, że będziemy szukać wszystkich sekretów na poziomach. W pośpiechu to właściwie wieczór grania – co znów jest zgodne z serią Capcomu sprzed lat.

Gravity Circuit fantastycznym hołdem oddanym przede wszystkim serii Mega Man, ale także klasykom z ery szesnastu bitów. Łącząc w sobie elementy z wielu różnych miejsc, autorowi udało się stworzyć rześką platformówkę 2D, z nostalgicznym zacięciem do zręczności i pobudzającą wspomnienia grafiką. Soundtrack, jaki przygotował Dominic Ninmark dla gry to kawał solidnej elektroniki, która brzmi oczywiście znacznie lepiej, aniżeli miało to miejsce w latach świetności Mega Mana na nawet PS1, ale przenosi mnie momentalnie do czasów szesnastu bitów i padów bez gałek analogowych. Wartym natomiast jest podkreślenia, że to pozycja dla osób, które tego rodzaju gameplay i grafikę uwielbiają. Osobiście nie mogę się doczekać kontynuacji przygód Gravity Circuit. Po takim zakończeniu i ukrytym nawiązaniu do Mega Mana już mógłbym rzucać portfelem w ekran telewizora. Mam tylko nadzieję, że fundusze z pierwszej odsłony, pozwolą skrócić czas planowania kontynuacji na mniej niż prawie dziesięć lat.





Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz