Recenzja | Astro Bot (PS5)

Czy da się połączyć zabawę w platformówce z nostalgiczną podróżą przez historię PlayStation? Team Asobi udowadnia, że tak. Astro Bot to więcej niż gra – to interaktywny hołd oddany ikonom świata PlayStation, od PS1 po PS5. Wyrusz z Astrem na przygodę pełną znajomych nawiązań i zaskakujących zwrotów akcji, których korzenie sięgają czasów szaraka!

Kariera Astro to historia bohatera jak z amerykańskiego snu – choć w tym przypadku należałoby raczej powiedzieć: japońskiego. Uroczy robocik od Team Asobi rozpoczął swoją karierę, jako wdrożeniowiec. Uczył nowych posiadaczy sprzętów PlayStation, ich niuansów. W 2013 roku Astro zadebiutował w aplikacji The Playroom, gdzie wprowadzał świeżych użytkowników PS4 w zupełnie odmienionego, nowego pada DualShock 4. Kilka lat później, znów w roli wdrożeniowca, prezentował właścicielom PS VR, jakich wrażeń może dostarczyć zabawa w wirtualnej rzeczywistości. Ta druga rola zaprowadziła karierę robocika do swojej własnej, pełnoprawnej produkcji: Astro Bot: Rescue Mission, która po dziś dzień jest moim najprzyjemniejszym wspomnieniem z pierwszych gogli wirtualnej rzeczywistości od PlayStation. I choć platformówka VR uzyskała uniwersalny zachwyt całej branży, był to sukces, którego zaznać mogła jedynie garstka graczy, właścicieli niszowego sprzętu. Zatem przy piątym PlayStation, Sony wpadło na zgoła inny pomysł: umieśćmy Astro w każdej konsoli PS5 – i to „za darmo”. Astro’s Playroom okazało się niepodważalnym sukcesem, pokochanym przez każdego z nowym sprzętem w domu. Robot zaś, do ról wdrożeniowca i szkoleniowca, dorzucił tym razem funkcję ambasadora marki PlayStation. Nie dość, że w zabawny i oryginalny sposób przedstawiał zalety PS5, to cały Astro’s Playroom był gigantycznym hołdem oddanym grą, serią, marką i postacią, które od trzech dekad budowały siłę marki gamingowej Sony. Recenzowany Astro Bot nie otrzymał natomiast, żadnego podtytułu, albowiem twórcy uważają grę za nowy start, dla nowej, wielkiej gwiazdy PlayStation – za co bardzo mocno trzymam kciuki.

Zatem zacznijmy od najczęściej komentowanego aspektu Astro Bot: byciu od stóp po uszy skąpanym w marce PlayStation. Tak, zgadza się. Podobnie do Astro’s Playroom, tak ta produkcja jest kolejny raz celebracją i najprawdziwszą galerią spuścizny najważniejszych marek i postaci, które na przestrzeni (dokładnie) trzydziestu lat pojawiły się na konsolach Sony. Niemalże wszystkich najważniejszych. Jest tu taka masa nawiązań, powiązań, rozwiązań, związań i innych ań, że tylko najszlachetniejsze kuce pony i pelikany plejstacji rozpoznają je wszystkie – choć brakuje kilkoro niezwykle istotnych i trudno pojąć ich nieobecność. Z oczywistych względów nie będę zdradzał tych, które zaskoczyły mnie najbardziej, jak i tych, które uderzyły w najskrytsze wspomnienia z lat minionych. Nie chciałbym nikomu zepsuć zabawy z tego momentu, gdy zauważycie robocika ze swojej ukochanej produkcji, kopniecie go w „cztery litery”, a ten wleci do odrzutowego pada i pomacha Wam na pożegnanie. W odróżnieniu od iście niewiarygodnej gromady buraków w social media oraz portalach branżowych, którzy bez kropli wstydu, zdradzali kolejne cameo w grze – kaktus im w cztery litery.

Fabuła, kolejny raz kręci się wokół konsoli PS5, która przyjęła w tej produkcji rolę statku matki, na którym radosne boty podróżowały przez galaktykę. W pewnym momencie grupa napotyka złego kosmitę, który porywa główny procesor PS5, co skutkuje w roztrzaskaniu się pojazdu botów na opuszczonej planecie, rozrzuceniu ferajny po pobliskich galaktykach, wraz z pozostałymi podzespołami konsoli – dyskiem twardym, pamięcią, procesorem graficznym i chłodzeniem. Astro ma, zatem za zadania odszukać swoich przyjaciół w pięciu różnych układach planet, do których podróżuje na odrzutowym padzie DualSense. A także odbić podzespoły PS5 z rąk zaprzyjaźnionych ze złym kosmitą bossów. Jeśli ktoś z was, właśnie łapie się za głowę nad fabułą, przypomnę, że pod niebiosa wychwalana seria platformówek, od dekad ratuje tę samą księżniczkę z łap tego samego złoczyńcy, a jej twórcy dopiero w 2024 roku nazwali odsłonę, swojej flagowej serii, imieniem właściwego bohatera.

Trochę wcześniej narzekałem na osoby, które rujnowały zabawę innym przez odkrywanie umieszczonych w Astro Bot nawiązań, aczkolwiek malutką częścią siebie…rozumiem. Nie raz, nie dwa, a wielokrotnie podskoczyłem na kanapie, widząc bota z ważnej dla siebie gry. Na szczęście w najbliższym otoczeniu, mogłem się dzielić nimi z osobami, z którymi leciałem przez tytuł w podobnym tempie (stan pucharków). Mimo że kilku, istotnych dla PlayStation, IP wśród umieszczonych brakuje, to i tak jestem bardziej niż oszołomiony, do jak niszowych marek i głęboko zakopanych tytułów, Team Asobi sięgnęło. Fani będący z PlayStation od czasów szaraka mają zagwarantowane sierpowe nostalgii z kategorii kładących na deski. O ile Astro’s Playroom skupiało się na sprzęcie PlayStation niemalże w takiej samej sile, jak i na postaciach z gier pod postacią botów, tak w Astro Bot szukamy jedynie botów. Ponownie szukamy puzzli, które tym razem jednak stanowią coś więcej, aniżeli jedynie odsłanianie fresku w bazie. Zdobycze mają realne przełożenie na odblokowywanie opcjonalnego contentu. Wraca również jednoręki bandyta, czy też maszyna gacha, z której za zebranie w poziomach monety, możemy otrzymać losowe nagrody. Wśród nich znajdziemy stroje, w które Astro może się przebrać, ale także dioramy kompatybilne z jednym z jego kumpli. Z tymi możemy wchodzić w interakcję, które w większości przypadków mają humorystyczne zacięcie – co tylko potęguje pozytywne uczucia, będące efektem sięgania po przyjemne wspomnienia z ogranych lata temu produkcji. Jednak pewnie pytacie się: gdzie ta kontrowersja?

Mianowicie wiele osób w sieci, uważa, że Team Asobi powinno odpuścić sobie tak ścisłe łączenie serii Astro z „promocją PlayStation”. Z jednej strony zarzuca, że gra nie byłaby takim hitem bez niej albo po zrezygnowaniu z niej, gra byłaby zdecydowanie lepsza. I choć zawsze staram się podchodzić z dozą empatii do opinii innych, niezależnie od źródła, to nie mogę takie komentarze – jak i te uważające Astro Bot za „smutne cmentarzysko PlayStation” – odebrać inaczej, aniżeli usilnym staraniem się znaleźć coś, za co można by grę skrytykować – czyt. przypierdalaniem się na siłę. O istocie budowania gry wokół marki i jej „maskotek” przekonałam się kilkukrotnie, obserwując moje dzieci w trakcie grania – Astro Bot stał się priorytetem nie tylko dla mnie, ale również dla obu moich pociech nie było innej opcji na granie przed snem. Z nieoswojoną przyjemnością odpowiadałem synowi na pytanie: „Tato, a z jakiej gry jest ten bocik?”. Po czym sięgałem na półkę z grami i pokazywałem mu tytuł, z której pochodzi. Twórcy każdą z galaktyk (pełniących w Astro Bot rolę światów, a składających się z wielu leveli) zakończyli poziomem, w pełni dedykowanym zasłużonej dla PlayStation gier. Spokojnie. Nie zdradzę jakich. Poziomy te wykorzystują mechaniki nawiązujące do owych produkcji, robiąc to tak dobrze, że przywołują autentyczną podróż w nostalgii do czasu, gdy się w dany tytuł grało. Na długo z Astro Bot będę łączył wspomnienie, jak ucieszona była moja córka, gdy zobaczyła poziom z jednej ze swoich ulubionych gier, w jakie na razie pozwoliłem jej zagrać – nawiązanie, które nawet mnie totalnie zaskoczyło. Trzeba być naprawdę smutnym człowiekiem, aby tego nie rozumieć, że Team Asobi nie wybudowali cmentarzyska – oni dokonali cudu zmartwychwstania.

Zapomniane marki, które dziś nie mają już racji bytu i miejsca na zabłyśnięcie, otrzymują szansę zaistnienia w świetle reflektorów. Przypomnienia publice o sobie i swoim miejscu dla konsol PlayStation. Jednocześnie uważam, że jest to zrobione w najlepszy możliwy sposób. Dużo lepszy aniżeli próba zbudowania drugiej bijatyki, czy innej gry, w której do rywalizacji stanęłyby postacie z wielu różnych produkcji. Wiecie, dlaczego Nintendo udaje się nieustannie dowozić Smash Bros, a PlayStation All-Stars Battle Royale, przez PlayStation nie? Ponieważ patrząc na Smash Bros, mamy wrażenie, że te postacie są z jednej gry. Ekipa Sakuraia nie tylko dokonała niemożliwego, tworząc, tak odporny na starzenie się system walki, ale – co moim zdaniem jest istotniejsze – znalazła idealny styl grafiki, w której Snake, losowy chłop z Fire Emblem, Mario i Pikachu mogą stać na jednej arenie i nie wyglądać tandentnie – w przeciwieństwie do wspomnianego All-Stars Battle Royale. Ponieważ boty tylko przebrane są za te wszystkie IP, więc pasują do siebie i nie zbliżają się do niebezpiecznego rejonu kiczu reklamowego. Dlatego też uważam, że Astro wcale nie musi porzucać swojego połączenie z celebracją dziedzictwa PlayStation w kolejnych produkcjach, ponieważ zapominając o nawiązaniach, boty wyglądają na coś, co mogłoby po prostu istnieć w tym świecie. Niezależnie, czy wiemy, jakie nawiązanie niesie z sobą bot, czy też zupełnie nie – to nie istotne dla przyjemności z rozgrywki i uroku produkcji.

W Astro Bot wchodziłem dosyć dobrze rozgrzany do platformowych wygibasów poprzez Sackboy: Wielka Przygoda. Gra Sumo Digital bardzo mi się podobała, aczkolwiek to jak dobrym platformerem jest metalowy kolega szmacianki, jest niebywałe – czym zaskoczony nie jestem. Już Rescue Mission było fenomenalne i porównywane do najlepszych odsłon króla gatunku, Mario. Pamiętam komentarz w jednej z recenzji, że „AstroBot: Rescue Mission jest VR tym, czym dla konsol było Mario 64”. Przy premierze, PS5 Astro’s Playroom zaskoczyło wielu jakością rozgrywki, niepodważalnie przekraczającą coś, co dostajemy „za darmo” z konsolą. Pod wieloma względami zarówno Sackboy i Astro są do siebie podobni, aczkolwiek robot dzięki kilku fundamentalnym zmianom, sprawia wrażenie nowocześniejszego. Pierwszą z nich jest ogólna prędkość poruszania się naszego bohatera w Astro Bot. Dzięki czemu całość nabiera bardziej dynamicznego zacięcia. Szczególnie dobrze widoczne jest to w levelach specjalnych, których poziom zręcznościowego wyzwania wymaga absolutnej precyzji i kontroli nad poruszaniem się postaci w grze. Bawiłem się przy nich niesamowicie i choć niektóre zjadły mi kilkanaście podejść, nawet przez myśl mi nie przeszło, aby obwiniać o to grę.

Temu wrażeniu sprzyja również level design, który mógłbym określić jednym słowem: flow. Przez poziomy niemalże płyniemy, co uzyskano poprzez umiejętną budowę lokacji oraz, wspomniane wcześniej, niezwykle responsywne i precyzyjne sterowanie. Większość poziomów jest liniowa. Poruszamy się wzdłuż wytyczonego przez twórców toru z przeszkodami, przepaściami i przeciwnikami do pokonania. Od czasu do czasu przyjdzie nam z niego zboczyć, aby znaleźć jakąś szukajkę, a raz czy dwa, gra wrzuci nas na bardziej otwarty teren, aby rozwiązać jakąś zagadkę. Samo szukanie sprawia też dużo radochy, szczególnie że połączone jest z zastrzykami nostalgii. Nie mniej płynność biegu przez poziomy to fun w najbardziej autentycznej formie. Grając w Astro Bot, wpadamy w trans. Bieg, platforma, skok, przeciwnik, skok, laserki, bieg, uderzenie w ścianę, skok, laserki itd. Rzadko zdarza się rozgrywka start-stop, w której będziemy zmuszeni do przeczekania na coś – co samo w sobie nie jest jakimś potknięciem designerskim, seria Crash Bandicoot (w tym genialny It’s About Time) jest pełna takowych momentów, a wciąż zapewnia ekscytujące doznania. Nie mniej, to jaką płynność udało się uzyskać Team Asobi poprzez sterowanie i budowę poziomów to mistrzostwo świata, stawiające ich najnowszą produkcję przy czubku piramidy najlepszych platformówek wszech czasów.

Nie da się też ukryć, że Astro Bot mocno czerpie z najbardziej zasłużonych marek gatunku, z których w oczywisty sposób, na pierwsze miejsce wyłania się Mario. Dokładnie odsłony Galaxy, Sunshine czy 3D World. Natomiast daleki jestem od tego, aby uważać to, w jakikolwiek sposób, za problem. Byłoby moim zdaniem totalnym kretynizmem, aby robiąc grę z gatunku nie wzorować się na dobrych praktykach i schematach, przepracowanych przez lata u milionów graczy. W grze nie występuje zbyt dużo tekstów pisanych ani pracy aktorów, więc większość elementów rozgrywki jest komunikowana graczom poprzez sam gameplay. Ewentualnie dostaniemy monit w rogu TV o tym, na którym przycisku lub innym interfejsie pada, coś się robi. Przy każdej nowej mechanice gra pokaże nam na prostym przykładzie, jak czegoś używać, a następnie sukcesywnie będzie podnosić poprzeczkę korzystania z mechaniki i łączyć ją z innymi w jeszcze trudniejsze wyzwania – jeśli jesteście zainteresowani dowiedzeniem się więcej na temat jak Nintendo implementuje w trójwymiarowych Marianach strukturę kishōtenketsu, to polecam ten materiał Marka Browna. Co natomiast mi się podoba bardziej, to że mechaniki wracają w późniejszych etapach gry. Nie są zamknięte na pojedynczym poziomie czy świecie. Gra uczy nas mechaniki, sprawdza, czy na pewno ją opanowaliśmy, pozwala o niej zapomnieć i wraca z ostateczną próbą. Design poziomów, mechanik i starć z bossami to najwyższa półka rzemiosła platformówek.

Graficznie Astro Bot na pierwszy rzut oka nie powala. Co nie jest zaskoczeniem, zważywszy jaką produkcją jest gra. Aczkolwiek, nie zrozumcie mnie źle – gra jest uroczo śliczna. Wystarczy zjechać kamerą blisko modeli, aby zauważyć, jak dobrze je wykonano, ale to wciąż maskotkowa platformówka. Team Asobi utrzymało ogólny klimat i wygląd poziomów na trajektorii, do której przyzwyczaili nas w ostatnich dwóch odsłonach z Astro w roli głównej. Wracają poziomy letnie i zimowe. Są te straszące, jak i rozczulające słodyczą. Poza tematycznymi (tymi z innych marek PlayStation), które totalnie rządzą, do moich ulubionych należą pikselowe, w których niemalże wszystko możemy rozbić na mikroskopijne sześcianki – co wprowadza bajer, którym Team Asobi – mniemam – chciało ugryźć mocy PS5. Ekipa dosłownie ma fioła na punkcie efektów cząsteczkowych. Niemalże w każdym poziomie wchodzimy w interakcje z ogromnymi ilościami malutkich przedmiotów, które możemy od siebie odganiać, kopać i rozrzucać. Kolejne popisy kunsztu wizualnego ukryto w specjalnych mechanikach. Pierwszy raz, gdy mogłem użyć mocy myszki, szczęka opadła mi na dobrą chwilę. To samo, gdy uderzyłem kilku wrogów i zatrzymałem czas – czysty efekt WOW. Brawo Team Asobi, że znalazło inny sposób na wykorzystanie mocy obliczeniowej konsoli, aniżeli pchane trójkątów w modele. Natomiast, czego oczy nie docenią, to zrobią uszy – dobra, nie jest to najlepsze przejście, ale muzyka w Astro Bot totalnie kopie zadek! Za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialny jest znów szkocki kompozytor Kenneth C. M. Young, który dostarcza pełen energii, elektroniki i nostalgii soundtrack. Na ścieżce dźwiękowej znajduje się kilka pozycji z poprzednich gier w odświeżonych aranżacjach, aczkolwiek hitem godnym nagród Grammy są utwory pod te specjalne poziomy, nawiązujące do innych gier PlayStation. Usłyszenie motywów z tych produkcji, zremiksowanych tak, aby pasowały do platformówki 3D, to momentalny uśmiech na pysku. No i ten rapujący dąb. Sztos!

Ostatecznie jednak wiecie, co jest najlepsze w Astro Bot? To, że grę można przejść i odłożyć, jeśli zdołamy przeciwstawić się pokusie jeszcze jednego przejścia od początku. Natomiast robocik nie stara się nas zatrzymać na długo. Gra szanuje nas czas i chce, aby każda minuta spędzona wspólnie z nami była czymś wyjątkowym. Każdy poziom to osobna przygoda. Ze swoją muzyką, prezentacją wizualną, a także kompozycją mechanik i zagadek. Szukanie botów to niezwykle przyjemna aktywność, która dzięki opcji wykupienia ptasiego pomocnika, powoduje, że calakowanie poziomów jest w zasięgu każdego – wiem ponieważ mój pięcioletni syn obecnie poprawia wszystkie poziomy z orzełkiem u boku. Moja córka natomiast preferuje wyzwanie i skupia się na zaliczeniu najtrudniejszych poziomów – też je uwielbiam. Dla nas gra zaplanowała ukryte levele symbolowe, które na pewno zapewnią Sony wzrost sprzedaży padów DualSense – to prawdziwy test umiejętności i nerwów, ale obłędnie słodko smakujący po zwycięstwie. I to kolejny magiczna cecha Astro Bot: gra dla każdego. Dla mnie to powrót do przeszłości. Masa wspomnień i ciepełko na serduchu, gdy na ekranie pojawi się coś, o czym dawno zapomniałem. Dla moich dzieciaków to pierwsza miłość do maskotki w grze. Pierwsza chęć kończenia czegoś na 100%, czy pierwsze prawdziwe wyzwanie. Jednak przede wszystkim – to ogromna dawka dobrej zabawy dla wszystkich.


Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz