Czekasz na grę, która rozgrzeje twoje serce? Hi-Fi Rush to niesamowita podróż, która połączy dynamiczną akcję z wyjątkową ścieżką dźwiękową. Czy warto było czekać na jej premierę na PS5? Zdecydowanie tak!
Nie wiem, czy jestem w stanie przytoczyć lepszy przykład na trafność stwierdzenia, że „cierpliwość popłaca”, aniżeli premiera Hi-Fi Rush na PS5. Tytuł, który pojawił się absolutnie znikąd i podbił serca całego świata. Na palcach jednej ręki, i to takiej po obficie zakrapianym sylwestrze z fajerwerkami, mógłbym wyliczyć negatywne opinie o produkcji Tango Gameworks. Zaskoczenie było tym większe, spoglądając na portfolio studia: dwie odsłony The Evil Within oraz Ghostwire Tokyo, to produkcje, które nijak wskazywały na to, że kolejną grą studia będzie tak uroczy i pełny wesołości tytuł. Gracze w niebieskim obozie czekali długo na możliwość sprawdzenia Hi-Fi Rush na preferowanym przez siebie sprzęcie, ale się doczekali. Phil Spencer zlitował się nad posiadaczami PS5 i udostępnił – prawdopodobnie – najlepszą grę, jaką dostarczyła grupa Microsoft Studios w epce Series S i X. I przyznać muszę, że takiego obrotu spraw warto odtańczyć taniec radości – nóżki gra nam sama rozgrzeje.
Urok, czy uroczy to zresztą chyba najbardziej trafne określenia, jakie przychodzi mi do głowy, gdy wspominam Hi-Fi Rush. Choć znacznie lepiej pasuje mi to angielskie określenie ‚charm’, gdyż nie chodzi mi o bycie słodko uroczym, a raczej pełnym pozytywnej charyzmy, wdzięku, tym jak wygląda, jak brzmi, swoją historią, a przede wszystkim postaciami oczarowuje doszczętnie i nie wypuszcza ze swojej magii. Pierwszy „wdziękostrzał” otrzymujemy natychmiastowo widząc jak kapitalnie wygląda produkcja Tango Gameworks. Grafika utrzymana jest w tylu cel-shading i dzięki jakości zaciera granice pomiędzy oglądanym anime, a w pełni funkcjonalną grą akcji w trzech wymiarach. Lokacje są niezwykle kolorowe i dopieszczone w najmniejszych szczegółach. Dym z kratek wentylacyjnych, migające odblaski na barierkach czy delikatnie opadające liście pod drzewami. Te same superlatywy można powiedzieć o modelach postaci, których wykonanie idzie w parze z bardzo przyjemną kreską, proszącą się o adaptacje do serialowej wersji. Dodatkowego smaczku nadają pojawiające się w świecie onomatopeje, które potęgują wrażenie bycia częścią zaplanowanej animacji, a nie interaktywnej rozrywki.
Fabularnie jest całkiem dobrze, choć nie jest to historia, którą zapamiętany po wszechczasy. Wcielamy się w rolę młodego chłopaka o imieniu Chai, który stracił rękę. Jego marzeniem jest zostać gwiazdą rocka, grać na gitarze, założyć kapelę – wszystkie nieco trudne do spełnienia bez jednej ręki. Ratunkiem staje się program Armstrong firmy Vandelay, który oferuje cyberprotezy dla osób potrzebujących. Chai doczekał się swojej kolejki na protezę, aczkolwiek w trakcie procesu wczepiania protezy, sprawy nie potoczyły się zgodnie z planem. Chai otrzymuje protezę, ale też … iPoda, który niczym u Tony Starka od teraz będzie jego źródłem życia. Dobra. Wiecie co? To jednak jest warta zapamiętania historia. Przez ten „wypadek”, fabryka Vandelay kategoryzuje Chai jako defekt i przeznacza do utylizacji, co – nietrudno się domyślić – nie spodobało się przyszłej gwieździe rocka. Ucieczka oraz odkrywanie tajemnic programu Armstrong, zapewnią Chai przygodę, jaką trudno byłoby pochwycić w dłoń – dobrze, że teraz ma drugą.
Widzicie zatem, że historia jest dość szalona i w sobie sporo wdzięki, ale to, czym Hi-Fi Rush kupuje nasze serca, to bohaterowie. Poczynając od Chaia, który przypomina mi charakterem i aurą postaci Luffyego z One Piece, jest gościem, którego nie da się nie lubić. Uczynny, zabawny w suchy sposób, zawsze pozytywnie nastawiony, ale w chwilach zadumy, wykazujący zamartwianie się o to, czy podoła, czy zawiedzie drużynę itp. To stawia go ponad typowym herosa z shonena. O pozostałych nie chciałbym mówić za wiele, albowiem byłoby to spoilerem, ale uwierzcie na słowo, że cała ekipa towarzyszy Chaia jest tak samo, jak nie bardziej czarująca. Twórcy zadbali również o bardzo wyrazistych złoczyńców. Tych małych, szeregowych, jak i głównych czarnych charakterów – nie powiedziałbym, aby byli czarujący, ale każdy na swój sposób unikatowy i pełen humoru. To zresztą kolejna rzecz, jaką Hi-Fi Rush błyszczy, ponieważ humor towarzyszy produkcji od samego początku do końca. W rozgrywce, w scenkach, dialogach, uśmiech często pojawia się na naszej twarzy. Parodiujący życie w korporacji, czy niekiedy – moim zdaniem – uderzający w realia gamedevu – chyba że to przypadek, że jeden z żalących się na skandaliczne warunki pracy i przepracowanie robotów miał w nazwie trzy litery A? Zespół odpowiedzialnych za część pisemną w Tango spisał się świetnie.
Od strony rozgrywki Hi-Fi Rush jest grą akcji o liniowej konstrukcji, która przypomina mi budową takie hity, jak Devil May Cry czy Bayonetta. Stale poruszamy się do przodu, okazjonalnie natrafiając na rozwidlenie dróg, które przeważnie polega na wykonaniu czynności w każdej z odnóg, aby kontynuować przygodę. Od czasu do czasu gra rzuci w nas wyzwaniem platformowym lub – znacznie częściej – starcie z przeciwnikami na arenie. To nieco odróżnia tytuł Tango Gameworks od gier Capcom i Platinum Games, albowiem walki mają miejsce wyłącznie w określonych i hermetycznie zamkniętych arenach. Podobieństwo do bardziej zasłużonych marek, Hi-Fi Rush nadrabia ocenami na końcu każdego z etapów rozdziału i systemem walki. Kombinacje bazują na dwóch przyciskach, przez co gra naprawdę przywołuje staroszkolne slashery z Kratosem, Dante czy seksowną wiedźmą w roli głównej. W trakcie przygody zbieramy śrubki, za które rozwijamy nasz repertuar ataków, a np. pasek życia zwiększy się wraz z zebraniem czterech części… – wiecie, klasyka. Kombinacje są łatwe do zapamiętania, a dzięki bardzo dużej różnorodności przeciwników, atakach specjalnych do odblokowania i kapitalnie zaplanowanych starciach z bossami, rozgrywka sprawia furę dobrej zabawy.
A teraz wyobraźcie sobie, że wszystko, ale to absolutnie wszystko, o czym pisałem, dzieje się do rytmu przykrywającej wam muzyki. Nie żartuje. Cały świat. Od tych liści, które opadają z drzewa, po parę wydobywającą się z kanałów wentylacyjnych, wszystko wybija rytm. I choć może przywoływać wam to na myśl stare kreskówki Disneya (a przynajmniej mnie się to od razu przypomniało), to w Hi-Fi Rush wygląda to niebotycznie lepiej. Nic się nie deformuje, czy nagina, aby zatańczyć do rytmu. Otoczenie tańczy, ale i tańczy nasz bohater. Chai nieustannie pstryka palcami do rytmu, tupie nogą, a latający wokół droid wizualnie pomaga nam wbić się w rytm. Dlaczego? Ponieważ to nie tylko fajny patent dla oczu i uszu, ale newralgiczny element rozgrywki. Hi-Fi Rush jest grą rytmiczną, w takim samym stopniu jak grą akcji. Wszystko w grze wykonujemy i dzieje się do rytmu muzyki. Dotyczy to zarówno naszych interakcji ze światem, z przeciwnikami, jak i samych wrogów, których ruchy możemy przewidzieć wsłuchiwając się w ścieżkę dźwiękową gry. Przyznam się wam bez ogródek, że nieustannie w trakcie gry zachodziłem w głowę, czy taka budowa gry to ułatwienie dla twórców, albowiem jest to pewne przewidywalne ograniczenie dla nas, i przeciwników, czy – w drugą stronę implementacja systemu rytmu dla gry było absolutnie karkołomnym zadaniem – niezależnie od tego, co byłoby prawdą: chapeau bas przed Tango Gameworks. Genialnie to sobie wymyślili.
Tutaj się na chwilę zatrzymajmy, albowiem przyszła pora na chwilę szczerości: jestem totalną nogą w aktywnościach związanych z rytmem, muzyką, śpiewem itd. Na karaoke nie chadzam. W Guitar Hero nie grałem na wyższym niż EASY poziomie. Na pierwszy taniec z żoną wybraliśmy Michael Bublé i styl „rozpaczliwy”, jak nazwał to nasz wodzirej. Nie mniej, podobnie do sytuacji, jaką miałem przy piątej Personie, a więc zderzeniu się z mechaniką, której przeważnie nie znoszę w grach, tak i tutaj suma plusów i fantastycznie wykonanych elementów rozgrywki, niweluje moje osobiste upodobania. Hi-Fi Rush jest zbyt dobre, abym tylko z tego powodu, że w tańcu potrafię zabić się o własne nogi, ujął, choć oczko z oceny produkcji. Tym bardziej że twórcy – prawdopodbnie będąc świadomymi, że rytm to nie coś, co trafi do każdego gracza – pozostawili w rozgrywce sporo marginesów na błędy i powtórzenia. Nie rozumcie mnie źle. Nadal w rozgrywce, a szczególności walkach, które stanowią największe wyzwanie rytmiczne gry, powinniśmy się trzymać nut i melodii tła, ale jeśli mamy z tym problem, to wciąż uda nam się pokonać sporą większość przeciwników. Problematyczne staną się minibossowie i starcie z głównymi szwarccharakterami, aczkolwiek i tutaj gra pozwala nam podchodzić do nich wiele razy. Nie zdobędziemy ani dobrej noty po rozdziale, ale przeciśniemy się na siłę. Nie mniej, nawet mi udawało się kończyć starcia z bardzo wysoką oceną w rubryce zgrania z taktem, co też pokazuje, że liczne podpowiedzi i rewelacyjnie przygotowana ścieżka dźwiękowa, nawet z mojego ucha zrobią użytek. Jednocześnie ocena czasu starcia przeważnie lądowała na S, więc czasem nawet się zbytnio śpieszyłem. Wystarczy się wsłuchać, tupać sobie nogą pod stołem (samo się zadzieje), i sami zaczniemy wykonywać uniki, parować, podrzucać wrogów i żonglować, częstując kombinacjami ataków w powietrzu i lądzie, w tempie i rytmie słuchanej muzyki.
A zatem skoro rytm jest tak istotną częścią rozgrywki, to nie wypada nie wspomnieć, choć troszkę o muzyce w grze. Soundtrack Hi-Fi Rush składa się z dwóch rodzajów kawałków: licencjonowanych utworów znanych nam artystów oraz te przygotowane przez kompozytorów w Tango. Wśród wykonawców pierwszej grupy znalazły się tak głośni artyści, jak Nine Inch Nails, The Prodigy, The Black Keys, Zwan i kilku innych, mniej znanych autorów. Pozostała część OST to wynik pracy kompozytorów Shuichi Kobori i Masatoshi Yanagi, z czego tego drugiego kojarzę ze swojej recenzji Ghostwire Tokyo. Tutaj jednak nie uświadczymy delikatnych ambientów, czy mrocznych klimatów Japonii, ponieważ jeśli zapraszasz do gry Trenta Reznora, to lepiej, abyś dotrzymał mu tempa. Całe szczęście panowie z Tango spisali się znakomicie. Ich utwory nie dość, że bardzo płynnie w mieszają się z tymi na licencji. Zastanawiając się na tym nieco mocniej, muzyka może być również punktem odrzucającym od gry, co niektórych z graczy, którzy nie przepadają za mocnym, wręcz garażowym rockiem. Dla mnie mega plus, a OST słucha się na Spotify wybornie, ale dla kogoś to będzie raczej minus. Nie można natomiast złego słowa powiedzieć o dubbingu. Co cieszy, to polska wersja językowa w formie napisów, które wychodzą poza dialogi i interfejs, i pojawiają się w świecie jako wspomniane onomatopeje – bardzo spoko. Natomiast w wersji angielskiej głosy pasują świetnie, a aktorzy spisali się wyśmienicie. Czy to postać dobra, czy to zła, czy pojawiająca się na ekranie na chwilę – czapki z głów.
Z jednej strony Hi-Fi Rush nie jest specjalnie odkrywczą produkcją. Jest liniowa aż do bólu. Budowa samej gry opiera się zasadniczo na schemacie: korytarz, arena, korytarz, arena, boss. Grając jednoczesnym w grę Tango Gameworks oraz Rise of the Ninja od Team Ninja, lepiej czuje się w modelu walki twórców Nioh. A jednak obok uroku, jaki Chai i załoga rozpościerają wokół siebie, nie da się przejść obojętnym. Po zakończeniu gry odblokowujemy stroje dla bohaterów i opcje New Game+, w którą warto zagrać, aby odszukać pominięte graffiti na ścianach świata gry, a także ukończyć brakujące wyzwania, które odblokowujący mural w naszej siedzibie. Co więcej, jeśli przytrafi nam się przerwa od grania (jak mi), możemy skorzystać z sali treningowej. Na niej, combo po combosie, możemy przećwiczyć każdą kombinację, co przypomina podobne tryby w bijatykach. Twórcy ewidentnie wlali w grę mnóstwo miłości i ciężkiej pracy, co widać od grafiki po bohaterów. Jeszcze raz powtórzę najistotniejsze: nie bójcie się rytmicznego charakteru gry. Hi-Fi Rush wybaczy wam braki w krokach i zachwyci tańcem swojego świata. Chwilka i zapomnicie, że przeważnie na dyskotekach staliście pod ścianą, zaczniecie tupać nóżką pod stołem i zakochanie się w grze. Gwarantuje.





Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz