A dziś zagramy w … Final Fantasy III (PSP)

Moja podróż po korzeniach serii Final Fantasy trwa w najlepsze. Nadal na przenośnym PSP, zasiadłem do trzeciej odsłony, zupełnie innej i jednocześnie znajomej.

Po dwóch odsłonach ogranych w edycjach jubileuszowych, trzecią część ukończyłem w wersji całkowicie zremasterowanej. Wydany najpierw w 2002 roku przez Square na konsolę Nintendo DS, dziesięć lat później trafił na przenośną konsolę PlayStation, ale tylko w Japonii. Na moje szczęście wersja z kraju samurajów posiadała pełne tłumaczenie na język angielski, jeśli tylko konsola ma systemowo ten język ustawiony – w takim wypadku pozostał jedynie import i voila! Na moim ekranie pojawiło Final Fantasy III (PSP) w pełnym 3D.

Wraca znaczenie Kryształów dla świata

Aczkolwiek graficznie tytuł nie wyciska ostatnich soków z przenośnej konsoli SONY. Tytuł jest wszakże portem z DS-a. Modele postaci przypominają mi inną serię Square-Enix na konsolach Nintendo: Bravely Default. Postacie w formie chibi, z kreską nasuwającą odsłony Final Fantasy umiejscowione w świecie Ivalice – fani będą wiedzieć, czego się spodziewać. Otoczenie, główne postacie oraz efekty towarzyszące czarom nie ranią wzroku, jednak przeciwnicy, szczególnie Ci z początku gry, wieją kiepskim designem oraz wykonaniem. Im dalej w tytuł tym lepiej, aczkolwiek kilka razy przyszło mi do głowy, czy nie lepiej było serii za czasów SNES-a. Generalnie kiepsko w oprawie z detalami i szczegółami wykonania, no ale hej: jest trójwymiar. Sporo dobrego można natomiast powiedzieć o udźwiękowieniu tytułu. Na potrzeby gry odświeżono całą ścieżkę dźwiękową, co przekłada się na wiele bardzo ładnych melodii. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem sobie je nucić pod nosem grając lub robiąc przerwę od konsoli.

Gdybym tylko miał mapę…

Na tym kończą się nowości tej edycji. Nie ma jubileuszu, więc nie ma dodatkowych lochów czy bossów. Pod względem rozgrywki zatem gra jest (prawie) wiernym odwzorowaniem tytułu, jaki ogrywali gracze w 1990 roku. Ci z was, którzy przeczytali poprzednie dwie recenzje z cyklu „A dziś zagramy w …”, powinni pamiętać, że pierwszą i drugą część oddzielało zaledwie 12 miesięcy developmentu. Dwukrotnie dłuższy czas zdecydowanie zrobił grze dobrze, a twórcy zdaje się wzięli sobie za cel stworzyć produkcję czerpiącą z poprzedniczek silne punkty, a zarazem naprawiającą, co nie do końca zagrało. Przynajmniej z mojej perspektywy dokładnie tak to wygląda, gdyż Final Fantasy III (PSP) podoba mi się w tych aspektach, które uważałem za udane dla jedynki i dwójki, jednocześnie uderzając poprawkami w wyłapane minusy. Weźmy na pierwszy ogień fabułę. Powrócono do koncepcji wojowników światła znanej z pierwszej odsłony oraz roli kryształów dla świata gry. Grę rozpoczynamy jako Luneth – młody chłopak, który całkiem przypadkowo trafia do jaskini, w której trafia na ów kamień. Ten wyjawia mu, że jest jednym z przepowiedzianych Wojowników Światła, pojawiających się na świecie, gdy balans pomiędzy ciemnością i światłem zostaje zachwiany, a światu grozi zagłada. Wyrusza zatem ze swojej wioski w świat, ku przygodzie i spełnieniu przepowiedni kryształu. Oczywiście sam zadaniu nie podoła, gdyż zgodnie z przyjętym przez twórców kanonem, Wojowników Światła jest zawsze czworo. Pierwszym kompanem zostaje przyjaciel z rodzinnej wioski, Arc. W trakcie przygody dołączają do nich córka kowala z pobliskiej wioski, Rafia oraz dzielny rycerz Ingus. Całą czwórkę łączy ciekawy fakt: wszyscy są adoptowanymi sierotami, a rozwikłanie tajemnicy ich pochodzenia jest jednym z ciekawych punktów historii. Widać zatem od razu, że mamy do czynienia ze znacznie lepiej przedstawionymi bohaterami i fabułą. Każdy z członków drużyny to postać z charakterem i osobowością. Bardzo ogólnie rzecz ujmując Final Fantasy III (PSP) jest dobrze poprowadzoną fabularnie jedynką. Zresztą nie tylko fabularnie, gdyż znacznie mniej napotkałem momentów dezorientacji w kolejnym celu podróży bohaterów, co w Final Fantasy I: AE (PSP) było częstym przypadkiem. To zdecydowanie najlepiej ogarnięta część z początków serii, gdzie czuć zew przygody, tajemnicy i powagi misji bohaterów.

System walki to klasyczna turówka

Analogicznie potraktowano system rozwoju postaci, który jest wypadkową rozwiązań poprzednich odsłon. Wraca job system, czyli tzw. klas postaci, znany z jedynki. Natomiast tym razem mamy pełną swobodę w wyborze klasy naszej postaci oraz w dowolnym momencie możemy ją zmienić na inną. Pamiętać trzeba tylko, że zmiana klasy w zależności od jej poziomu wiąże się z paroma walkami „przystosowania”, gdzie statystyki bohatera będą obniżone. Na początku zaczynamy z podstawową klasą Freelancer, która nie posiada specjalnych właściwości. Wraz z postępem fabuły odblokowujemy kolejne klasy. Czarnych i białych magów, łuczników, rycerzy, po takie „delicje” jak wiking, dragoon, czy ninja. Każda z nich posiada wyjątkową umiejętność oraz wybrany gatunek dostępnego rynsztunku, a najciekawsze jest to, że każdego bohatera możemy wyszkolić do maksymalnego poziomu danej klasy. Aczkolwiek nie przez samo używanie, zatem jak miało miejsce z arsenałem w FF II, a poprzez standardowe levelowanie i punkty doświadczenia. Stwarza to wiele możliwości, a zarazem wzbudza ciekawość do sprawdzenia i zapał odblokowania wszystkich. System zrodził się w głowie Hironobu Sakaguchi’ego, ojca serii. W wywiadzie dla portalu Kotaku, z nikim innym jak Jasonem Schreier (koleś jest wszędzie!), tak opowiadał o wpadnięciu na niego:

„So, it was the night before I thought of the job change system. I went to work and called a meeting right away and said, ‚This is the way we’re gonna do it.’ So, the reaction was like, when I said it, everyone’s like, ‚Oh great, Sakaguchi-san’s at it again.’ So the team members didn’t think it was a big deal, but once they started building it, they knew” *

Dobra, dobra. Może dziś nie robi on tak gigantycznego wrażenia, nie odmienia świata japońskich erpegów, aczkolwiek jest naprawdę udany i sprawa skutecznie urozmaica zabawę z grą. Fajnym patentem jest także zastosowanie zdolności klas poza turowymi walkami. Dla przykładu: klasa Thief otworzy zamknięte drzwi lochów oraz skrzynie ze skarbami, a posiadając maga z czarem Mini, będziemy w stanie dostać się do miejsc niedostępnych w pełnych rozmiarach – co jest częścią fabuły w zasadzie. Ponadto mamy do czynienia z wzorowym JRPG, gdzie podróżujemy po mapie świata od lokacji do lokacji, rozmawiamy ze wszystkimi NPC w poszukiwaniu następnego celu i pokonujemy masę random encounters. Tym samym musicie się przygotować na wszelkie trudy lat 90-tych. Zapis gry możemy stosować jedynie na mapie świata, zatem przygotujcie się na sytuacje, gdy kilkugodzinna podróż w głąb lochów, chwila nieuwagi może słono Was kosztować. Kulminacją takowych doświadczeń jest ostatnie wyzwanie gry, które kilkukrotnie przerosło moją drużynę i zmusiło do lekkiego „przypakowania” poziomów. Nic szczególnego. Taki standardzik, choć gdyby gra posiadała mikrotransakcje zostałaby zrównana z błotem – hue hue.

Mój dream team, z którym ukończyłem tytuł

Wracając do tytułu. Niewiele złego mogę zarzucić tytułowi, ale łyżeczka dziegciu się znalazła. Pierwszą rzeczą, o jakiej muszę wspomnieć jest tak prozaiczna sprawa jak podgląd mapy świata, który jest do niczego. Nie możemy poruszać się po nim kursorem, a żaden z punktów nie jest podpisany. To pierdoła, aczkolwiek kiedy dowiadujemy się, że musimy wrócić do miasta X, a jesteśmy po dłuższej przerwie w graniu, bywa drażniąca. Większym problemem jest dosyć powierzchownie potraktowana gorsza strona konfliktu. „Badgajom” albowiem brakuje wyrazistości i polotu. Główny czarny charakter rozczarowuje, podobnie jak jego przydupasy – cóż, wiemy, że wielkich złych serii w przyszłości nie zabraknie. Podobnie jak poprawek systemu klas, który już tutaj działa całkiem dobrze. Dlatego też w odróżnieniu do części pierwszej, która była raczej toporna pod wieloma względami oraz drugiej, nieco dziwnej, Final Fantasy III (PSP) jest bardzo dobrym punktem wejścia w tą wspaniałą serię – przynajmniej dla osób, którym nie przeszkadza nieco już leciwy trójwymiar oraz kilka archaizmów. Jasne, że w momencie można znaleźć tytuł na PS4, który od razu trafi do dzisiejszego gracza, ale jeśli podobnie do mnie macie wewnętrzną potrzebę poznawania ‘od czego się to wszystko zaczęło’, spróbujcie trójeczki.

PLUSY

  • Job System
  • Bohaterowie z krwi i kości
  • Pełnoprawna i ciekawa opowieść
  • Drobne nowości remake’u
  • Modele głównych postaci
  • Odświeżony soundtrack

MINUSY

  • Słabo przedstawiona zła strona
  • Nieprzydatna minimapa
  • Uboga w szczegóły grafika 3D

 Macie ochotę na olschoolowego JRPG-a, na kilkadziesiąt godzin i przy okazji poznać korzenie najważniejszej marki gatunku? Bingo!

Ocena: 8/10

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: