Od miłości do irytacji i z powrotem – gdy stabilne 30 klatek wygrywa z pokazem slajdów, a scenariusz błyszczy jaśniej niż legendarne spluwy.
Jest wiele serii gier wideo, na których kolejne odsłony czekam z radością od momentu pierwszej zapowiedzi enigmatycznym zwiastunem. Większość z nich to serie mojego „dzieciństwa”. Final Fantasy, Ace Combat, Gran Turismo czy Tenchu… teraz mi smutno. Borderlands to najświeższa z moich miłości w świecie gier. Jedynkę ogrywałem kilka lat po jej premierze, kiedy pojawiła się w PS Plus, a przynajmniej tak to zapamiętałem. Momentalnie zakochałem się w milionach broni, popapranym humorze i wyjątkowej – jak na tamte czasy, bo jedynie Jet Set Radio miało podobny styl – grafice. Uczucie trwa i trwa, i za każdym razem, gdy pojawia się nowa odsłona, na nowo rozkwita. Od Borderlands 3 minęło już trochę latek i choć musiałem sobie przypomnieć (podziękowania dla streszczeń na YouTube), co wydarzyło się w „poprzednim odcinku”, miałem tylko jedną nadzieję… a właściwie dwie… działające menu i dowcipy o wymiotach.

Jednak na początku muszę rozmówić się z kwestią, która ciągnęła się za Borderlands 4 od pierwszego dnia premiery: optymalizacja. Żadna z poprzednich odsłon serii nie była wolna od problemów z płynnością. Stały się one dla mnie wręcz synonimem kolejnych części, choć zdaje sobie sprawę, że analogicznie do np. wiader bugów w grach Bethesdy, nie powinno stać się czymś, na co się po prostu godzimy. Nie zamierzam też wmawiać wam, że z Borderlands 4 jest wszystko OK – zdecydowanie nie. Szczególnie na PC sytuacja wyglądała katastrofalnie, ale i na konsolach nie było lepiej. Spadków animacji sięgających pokazu slajdów nawet sam Randy Magik Pitchford nie jest w stanie odczarować. Niemniej… nie wpływa to na moją opinię o grze. Dlaczego? Ponieważ w Borderlands 4, podobnie do każdej innej gry, jaką ogrywam, z możliwych trybów gry wybieram ten stawiający na jakość oprawy, a nie wysoki klatkarz animacji. Zatem choć rozumiem i nie ujmuję krytyce, jaka spadła na grę, to dla mnie to najlepiej działająca część serii, ponieważ tryb jakości oprawy został zablokowany na trzydziestu klatkach animacji i te gra trzymała niezależnie od tego, co się działo na ekranie. Dosłownie czekałem na pokaz slajdów przy starciach z dziesiątkami wrogów czy ogromnym bossem, wybuchami itp., ale się nie doczekałem. Rozumiem. Trzydzieści klatek może być dla kogoś nieakceptowalne. Ja natomiast cieszę się, że gram w Borderlands, które nie mają napadu czkawki co pięć minut – nareszcie.
Tym bardziej jest to imponujące ze względu na budowę świata gry, który z luźno połączonych ze sobą obszarów zmienił się w jeden, ogromny teren eksploracji. Poza rozdziałami fabularnymi, w których będziemy zwiedzać podziemia, czy wnętrze fortecy, historia gry umieszczona jest na jednej mapie planety Kairos. A ponieważ zdecydowałem się ogrywać grę w trybie niewymagającym od silnika gry wznoszenia się na szczyty swoich możliwości, to mogłem cieszyć się z nie tylko najbardziej stabilnych Borderlandsów, ale i najładniejszych. Oczywiście estetyka gry, tak charakterystyczna dla serii, się nie zmieniła i wciąż wygląda świetnie. Natomiast fakt, że cały czas poruszamy się po otwartym terenie, z niewielkimi oznakami doładowywania się obiektów na horyzoncie i gęsto ozdobionych, np. roślinnością połaciach terenu, robi wrażenie – nie wspominając nawet o systemie dnia i nocy. Chwile spędziłem w trybie graficznym stawiającym na osiągi gry i nie zamieniłbym klatki na paprotki. I choć uniwersalnie jestem bardzo zadowolony z otworzenia terenu gry w Borderlands 4, które zyskało dzięki temu w odczuciu przygody, eksploracji i skali, tak mam wrażenie, że obszar gry jest za duży – jednak, aby to wyjaśnić, muszę najpierw zahaczyć o kwestie fabularne.

Historia gry jest bezpośrednią kontynuacją trzeciego Borderlands i będzie bardzo mi trudno wyjaśnić, skąd przeskok akcji gry z Pandory na Kairos, więc choć postaram się ich unikać, z góry przepraszam za ewentualne spoilery. Jak zwykle wcielamy się w jednego z czwórki Łowców Skarbca, których los przywiódł na planetę Kairos. Planetę, która od dłuższego czasu ukrywała się przed oczami galaktyki za pomocą pola siłowego, roztoczonego wokół niej przez jej władcę – Czasomistrza. Ten zrobił z planety kolonię karną, zniewalając wszystkich jej mieszkańców wczepami do kręgosłupa, które w razie usunięcia z ciała, doprowadzą nosiciela do szaleństwa. Utopijne więzienie Czasomistrza trwałoby w najlepsze, gdyby nie fakt, że jeden z księżyców Pandory, nagle pojawił się w atmosferze nad Kairos i zrobił ogromną wyrwę w jej kamuflażu. Tym samym nie tylko na Kairos trafiło szaleństwo Pandory, ale i w galaktykę rozszedł się sygnał Skarbca, umieszczone gdzieś na Kairos i będącego źródłem siły bezlitosnego władcy Kairos. To uruchamia łańcuch wydarzeń, który rozpoczyna grę i moment, w którym nasz bohater (lub bohaterka) wkracza do akcji.
Historia w Borderlands to prawdopodobnie ostatnia rzecz, o której myśli wielu graczy, gdy wspomina serię Gearbox, natomiast ja zawsze mocno angażowałem się w wydarzenia jej odsłon. Nie są to historie, które pamięta się na lata po napisach końcowych, a jednak każda odsłona trzyma wysoki poziom ciekawej historii pełnej emocji, zwrotów akcji i ciekawych bohaterów. Dodatkowo od części drugiej do serii wprowadzono łączący wydarzenia lore, wykraczający poza akcję poszczególnych odsłon. Borderlands 4 kontynuuje tę tradycję i jestem bardzo zadowolony z historii, jaką opowiada gra. Zaczyna się mocno i kilka razy w trakcie przygody podbija stawkę i napięcie. Pojawia się wiele ciekawych postaci, w tym główny czarny charakter, który od samego początku zrobił na mnie wrażenie swoją bezlitością i ogólną prezencją twardego, opanowanego dyktatora. W trakcie gry będziemy świadkami odejść, powrotów, zdrad, ale i ogromnego zastrzyku nostalgii, dzięki powracającym bohaterom z uniwersum gry. Czwarte Borderlands ma wszystko, czego mógłbym chcieć po sześciu latach od poprzedniej części.




Konstrukcja kampanii wygląda następująco. Kairos podzielone jest na cztery obszary, w tym czwarty z nich znajduje się w środku planety i otoczony jest pozostałymi. Każdy z obszarów to nowy rozdział gry i choć do pierwszego jesteśmy wrzuceni automatycznie, tak co do pozostałych mamy możliwość wyboru. W każdym z nich będziemy mieli styczność z inną grupą społeczną mieszkańców Kairos, którzy, choć diametralnie od siebie różni, wszyscy potrzebują pomocy w walce ze zniewoleniem Czasomistrza. Każdy z rozdziałów mi się podobał, choć mógłbym bez problemu zbudować ranking pomiędzy nimi, a żyjący na terenie pustynnym Eliksni, byliby na szczycie podium. Ten, kto wpadł na pomysł ze społecznością łączącą elementy wiktoriańskich wyższych sfer rodem z „Dumy i Uprzedzenia” oraz świata mody jak w programie „Magicy Makijażu”, zasługuje na premię. Humor to jedno, ale jestem pod wrażeniem jakości dialogów i wykonaniem wszystkich rozmówek, jakie słyszymy w grze. Wydarzenia w każdym z rozdziałów śledziłem z zaciekawieniem i dopiero ostatni, ten przed samym starciem z Czasomistrzem, choć wizualnie zaskakujący (zupełnie inny niż się tego spodziewamy), najmniej mnie wciągnął.
Inną rzeczą, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie to zadania poboczne. Pamiętam doskonale pierwsze chwile w sektorze pustynnym, gdzie jeden po drugim zaliczałem wątki poboczne, które doprowadzały mnie do łez ze śmiechu. Nie wszystkie są zabawne, ale spora ich większość to te, głupkowate poczucie humoru, za które uwielbiam serię. Brawo dla Gearbox za nie porzucenie jajcarskiego DNA, uniknięcie raka ‚skibidi toilet’ i popadnięcie w przesadę. Umiejętnie połączyli wątki poważne, z tymi znacznie mniej. Leczenie szaleńców w maskach z Pandory, rozmnażanie się podziemnych węży planety, budowanie zespołu rockowego, czy pomoc w spełnieniu swojego przeznaczenia przez niewypał Gigi, to tylko kilka spośród całej masy side-questów, które miło wspominam. Nawet dzienniki w formie dialogów audio rozrzucone po całej planecie, słuchało się z zaciekawieniem. Aż się chciało za wszystkim na mapie gonić i nie pozostawić żadnego znaku zapytania bez opieki… i tu ujawniają się moje pierwsze sporne myśli o Borderlands 4.

Przede wszystkim mam wrażenie, że teren rozgrywki jest zbyt duży. Nawet pomimo dorzucenia do gry nowych form poruszania się po nim: w dowolnym momencie możemy przywołać sobie pojazd (jak w Destiny), więc nie musimy szukać stacji ‚Catch-a-ride’. Nie rozchodzi się jednak wyłącznie o pokonywanie odległości, ale i liczbę tych wszystkich rzeczy na mapie. Chwaliłem zadania poboczne akapit wyżej, jednak nie da się ukryć, że im więcej ich do zaliczenia, tym rośnie prawdopodobieństwo trafienia na te słabsze, a kiedy to się dzieje, to i mi odechciewało się czyścić mapę przed kolejnym etapem kampanii. Miesiąc, w którym grałem w Borderlands, był bardzo ciekawy, ponieważ jednocześnie grałem w dwie produkcje o formacie otwartego świata z rzeczami do roboty: grę Gearbox i Ghost of Yotei do Sucker Punch. Otwarte światy, które, choć na papierze podobne, wyraźnie pokazują, która z gier pierwszy raz uderza w taką skalę, a która wyciągnęła wnioski z poprzedniej próby. Yotei jest bardziej skompresowane. Wydarzenia znajdują się blisko siebie i są znacznie bardziej zróżnicowane. Natomiast Kairos działa zupełnie odwrotnie.
Aczkolwiek mówimy wciąż o zawartości opcjonalnej, której teoretycznie nie musimy zaliczyć, aby przejść grę. Szczególnie tych najbardziej powtarzalnych i nużących aktywnościach „bezfabularnych”. Jednocześnie, Borderlands 4 (jak i zresztą cała seria) to doświadczenie, które powinno się chłonąć w kooperacji ze znajomymi, a wiemy, że z ziomkami można wybaczyć znacznie więcej – jednak i tutaj zaczynam mieć problem. Albowiem mam wrażenie, że wraz z kolejnymi odsłonami serii, choć nadal promowane są one jako doświadczenie kooperacyjne, to nacisk studia na narrację, voice-acting itd., neguje możliwość grania w Borderlands ze znajomymi. Zatem mój problem… a może raczej dylemat polega na tym, że konstrukcja rozgrywki kładzie nacisk na granie w grupie, ale prowadzenie historii wymaga wnikliwego słuchania dialogów, które – jeszcze raz to podkreślę – są kapitalnie napisane i zagrane pod kątem voice-actingu. Chyba że macie grupę milczków lub wszyscy na tym samym poziomie jarają się rozmówkami w tle. Wygląda na to, że najrozsądniejszym rozwiązaniem w formie kompromisu jest przejście kampanii solo, a następnie czyszczenie lokacji wraz z innymi osobami – co akurat ostatecznie zrobiłem, będąc w ostatnim rozdziale gry.

A dlaczego tak duży nacisk kładą twórcy dziś na scenariusz i dialogi? Ponieważ pod względem czystej rozgrywki niewiele się zmienił. Borderlands 4 to wciąż looter-shooter (uwielbiam to określenie), a więc „diablo ze spluwami”, jak niegdyś nazywano serię. Czwórka bohaterów o różnych zdolnościach specjalnych, udoskonalanych na trzech drzewkach rozwoju. Moim typem została Harlow i przyznam, że choć z początku nie leżała mi jej specjalna zdolność, to po dobrym zaplanowaniu tego, jak chciałbym, aby wyglądał jej build, zakochałem się jej bańce grawitacyjnej. Dodatkowo wraz z postępem w grze, bardziej i bardziej podobał mi się jej charakter i zachowanie, więc cieszę się, że to właśnie ją wybrałem na mojego Łowcę Skarbów. Innych nie sprawdziłem, więc trudno mi powiedzieć, jak fajnie się nimi gra, jednak jedno mogę zdradzić: jeśli podobnie dobrze, jak wpisy ECHO znalezione po świecie z nimi w rolach głównych, to nie ma czego się obawiać.
Borderlands 4 również znalazło się na linii ognia dyskusji, jakie pojawiła się w internecie na temat tego, czym jest kontynuacja i jak bardzo powinny różnić się od siebie prequel od sequelu, aby ten drugi mógł być takowym nazywany. Pomijając bezmyślność tej dramy, to tak – Borderlands 4 to kolejna gra z serii Borderlands i gra się w nią tak samo, jak się grało w poprzedniego odsłony, ale lepiej. Wprowadzone zmiany w motoryce poruszania się, które sprawiły, że gameplay stał się bardziej dynamiczny, otrzymały kolejne nowości, które jednak tym razem nadały rozgrywce wertykalności. Szybko w trakcie gry otrzymujemy odrzutowy plecak, przez co możliwe jest pokonywanie większych odległości jako ludzki szybowiec. Dodatkowo w repertuarze naszych ruchów dodano linkę z hakiem. Działa ona w określonych miejscach wyłącznie, ale wspólnie z jet packiem, możliwością przywołania pojazdu w każdym miejscu i ściankach wspinaczkowych, nadaje świeżości eksploracji mapy Kairos.

W centrum rozgrywki jest oczywiście loot i jego zbieranie poprzez pokonywanie bossów i innych przeciwników, ponieważ jak wiele rzeczy w grze, i to okraszone jest rachunkiem prawdopodobieństwa. Samo strzelanie sprawuje się znakomicie. Czuć każdą z kategorii broni, jak i wyraźnie zaznaczono DNA każdego z producentów, których w serii znamy od lat. Satysfakcję na pewno trzeba również przypisać efektom dekapitacji i wiadrom flaków, w jakie potrafią zmienić się przeciwnicy od naszych strzałów, na szczycie z wybornym dźwiękiem towarzyszącym headshotom. Ciekawostką jest wrzucenie rakietnicy i artylerii do miejsca, w którym musimy wybierać pomiędzy nimi a granatami. Podoba mi się również dodatkowe akcesorium związane z marką broni, które możemy założyć na naszą postać, poza zestawem leczniczym, tarczą, ulepszeniem zdolności. Dzięki niemu korzystanie z np. spluw Jacobs otrzymuje dodatkowe bonusy. Drobne i drobniejsze zmiany, które dają mi dokładnie to, czego oczekiwałem od kontynuacji: więcej tego samego i dobrego, przy drobnych zmianach tu i tam, które sprawiają, że gram w coś jednocześnie znajomego i świeżego. Ot Borderlands 4 w pigułce.
Lecz jednej rzeczy nie udało się należycie zaplanować i poprawić. Borderlands 3 pod wieloma względami działało bardzo dobrze, jednak wszyscy, którzy grali w tę produkcję, na pewno pamiętają, jak ciężkie było UI gry i jak fatalnie radziło sobie z płynnością działania. Oddać trzeba interfejsowi czwórki, że działa znacząco lepiej niż w jakiejkolwiek poprzedniej odsłonie serii i ociera się o stan, który można nazwać: płynnym. Jednak mam wrażenie, że UI, jakie otrzymaliśmy na konsolach to dokładnie ten sam interfejs, który dostępny jest na PC i operuje się w nim za pomocą myszki. Wszystko tutaj robi się praktycznie kursorem, a zaimplementowana obsługa przycisków pada jest dalece od użytecznej. Kolejne aktualizacje gry naprawiły filtrowanie listy przedmiotów i brak resetowania jej do stanu początkowego za każdym otwarciem (doprowadzało to mnie do szału), jednak wciąż manewrowanie kursorem myszki po obiektach siatki… ba…. po listach rozwijanych i suwakach. I choć wydawać się może, że nie powinno to aż tak wpływać na ocenę gry, to przyznać muszę, że dla produkcji, w które 46% (około) spędzimy, przeglądając podniesione z ziemi graty, to tak frustrujące narzędzie do wykonywania tego jest sporym rozczarowaniem.

W komentarzach na YouTube dochodziły do mnie opinie, że w grze jest zdecydowanie za łatwo zdobywać legendarne bronie, ale po ukończeniu gry mam całkowicie odmienne zdanie. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć wszystkie pomarańczowe przedmioty, jakie gra mi zaserwowała. Trudno opisać rozczarowanie, gdy to po czymś naprawdę trudnym kierujemy się ku nagrodzie i nie tylko nie widzimy pomarańczowej poświaty, ale zielone czy szare. Serio. W grze udało mi się ukończyć kilka opcjonalnych Skarbców, które nie tylko były wymagające w trakcie fal przeciwników, ale i naprawdę solidne wyzwanie stawiały swoim bossem i nie otrzymałem nawet jednej legendy po ponad godzinie harówki. Koniec gry. Wszystko zrobione. Świat uratowany. Trzy skrzynie do otwarcia. Żadnej legendy. No cholera jasna. Powiedzieć antyklimatycznie, to tak jakby nie powiedzieć nic.
A mimo wszystko Borderlands 4 jest dla mnie silnym kandydatem do najlepszej odsłony serii. Do tej pory miejsce u szczytu zajmowała dwójeczka -zawdzięczając to miejsce Handsome Jackowi, Angel i Claptrapowi. Ponieważ o ile gameplay jest oczywiście istotny, to prawdziwą rewolucją była jedynka. Kolejne odsłony jedynie polerowały formułę. Uwielbiam grać w Borderlands, ale to, co sprawia, że z wypiekami, czekam na kolejne odsłony to uniwersum. Przede wszystkim postacie, a przede wszystkim Łowcy Skarbców. Ich relacje poprzez kolejne czwórki przypominają mi trochę to, za co uwielbiam One Piece – atmosferę przyjaciół na dobre i na złe kontra zło i ciemność. Angole mają fajne słówko na to: camaraderie, i to o nim momentalnie myślę, gdy mam styczność z tego rodzaju zjawiskiem. Łowcy Skarbów są super. Są bohaterami. Ratują świat. Szukają skarbów, ale nie są złodziejami. Niosą pomoc. W pewnym sensie to taka bajeczka i czwórka tę bajeczkę opowiada znakomicie. Tyle świetnych postaci przewija się przez tę część, że byłoby szkoda Wam zepsuć ich poznanie. Wracają ci, z którymi już się zaprzyjaźniliśmy wcześniej. Ponad gazyliardem spluw, to właśnie za to uwielbiam tę serię, jak i jajcarski ton, z jakim całość jest opowiedziana.

Stąd właśnie wzięło się wysokie miejsce w moim prywatnym rankingu serii Borderlands dla czwórki. To pod wieloma względami najlepiej działająca, poruszająca się i wyglądająca jej odsłona. Łączę się w bólu ze wszystkimi, którym działanie gry nie pozwoliło na kontynuowane przygody na Kairos. Twórcy dali tutaj ciała i nie zamierzam tego negować. Randy Pitchford również sytuacji nie pomógł swoimi wypowiedziami w social media. Niemniej zostawiając to z boku, gra jest bardzo, bardzo dobra. Od strony fabularnej, wątków zadań pobocznych i dialogów w grze jestem pod ogromnym wrażeniem, ile pracy włożono w tę produkcję. Co w pewnym sensie jest nawet zabawne, ponieważ nikt (w tym ja) nie spodziewa się właśnie po Borderlands wyróżnień za scenariusz i dialogi, ale to naprawdę mi się podobało. Kiedy miało być poważnie, było, a gdy zabawnie to realnie się śmiałem. Aktorzy moim zdaniem wykonali kawał świetnej roboty ogólnie, a jak na looter-shooter, jakim jest Borderlands to już zupełnie. Szkoda mi tego zarządzania ekwipunkiem, jak i tego, że pomimo gry na Hard, tak omijały mnie pomarańczowe spluwy. Jak pomyślę, że grę ukończyłem z jedną legendą, którą dodatkowo podarował mi Cezar podczas wspólnej sesji – karamba. Mimo wszystko bawiłem się przednio przez większość z setki godzin w Borderlands 4 i nie mogę się doczekać na fabularne dodatki lub powrót do czyszczenia mapy, gdy Bartek zdecyduje się na granie. Wskakuje od razu!





Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz