Recenzja | Battlefield 6 (PS5)

Po roku intensywnych zmagań w wirtualnych bitwach, w końcu nadszedł czas, by ocenić najnowszą, długo oczekiwaną odsłonę serii DICE: Battlefield 6.

Grudzień zwykle jest dla mnie czasem, kiedy recenzuję produkcje, z którymi spędziłem wiele godzin w ciągu całego roku. I choć Battlefield 6 pojawił się rynku nieco więcej niż miesiąc temu, to zapowiada się na rekordzistę czasu spędzonego w 2026 dla mojego konta PSN. Jestem weteranem serii. Battlefield: Modern Combat na PS2 był pierwszym tytułem, w jaki grałem online na konsoli. W większości kolejnych odsłon spędzałem setki godzin i jest to mój faworyt sieciowego strzelania z innymi graczami. Ostatnia odsłona, a więc Battlefield 2042, choć nie był dla mnie tak straszny, jak internet go malował, miał wiele bolączek. Sporo z nich naprawiono późniejszymi aktualizacjami, aczkolwiek do samego końca miał problemy, których trudno było mu się pozbyć. Stąd też w recenzji często będę się do niego odnosił… i tak zacznijmy od kwestii najistotniejszej i najczęściej pojawiającej się w krytyce poprzedniej odsłonie Szwedów ze studia DICE: w szóstym Battlefieldzie mamy tablicę wyników podczas meczu – 10/10.

Bądźmy jednak zupełnie poważni. Jednym z głównych zarzutów, jakie gracze mieli dla poprzedniego Battlefielda, był brak kampanii dla jednego gracza. Szczególnie że to nie tak, że gra trafiła na półki z cenówką poniżej pułapu premium – to w końcu EA. Jednak w części szóstej doczekaliśmy się pełnoprawnego trybu fabularnego. Jest ładna grafika. Jest pełen dubbing w języku polskim. Wiele bohaterów. Główna paczka, którą da się polubić. Zwroty akcji. Widowiskowe skrypty. I po trwającej niecałe dziesięć godzin historii… mamy wrażenie, że równie dobrze mogłoby jej nie być w menu głównym gry i mówię to z autentycznym bólem. Nie to, żebym specjalnie za kampaniami w Battlefieldach tęsknił – seria od zawsze była dla mnie przede wszystkim doświadczeniem wieloosobowym. Głównie dlatego, że sporo osób przyłożyło się do jej stworzenia. Wizualnie, dźwiękowo, jak i aktorsko mamy tu do czynienia z solidnie wykonaną robotą, która niestety jest zmarnowana przez nijakość przekazu.

Tęsknię za czasami, gdy historie w militarnych szuterach coś sobą mówiły. A szczególnie potrafiły pokazać, kto jest zły, a kto dobry i niekoniecznie musiały w tym celu tworzyć paramilitarne organizacje, które są pełne różnych nacji, kolorów skóry, wyznań i poglądów, aby… NA LITOŚĆ BOSKĄ NIE OBRAZIĆ NIKOGO! Pomysł z nie wiadomo przez kogo finansowanej, cudownie rozmnażającej się frakcji, która ma na tyle zasobów, aby podbijać kraje i rzucać wyzwanie Stanom Zjednoczonym i NATO, jest tak idiotyczny, że mógłby zaimponować chyba jedynie koneserom rolek na TikToku. Porównanie z platformą streamingową nie jest natomiast wyłącznie wyrazem mojej szczerej niechęci do „rakowej” platformy. Sposób prowadzenia narracji i skakanie po wątkach również mi się z nią kojarzy. Nic nie jest wystarczająca dobrze opowiedziane. Twórcy nie pozwalają żadnemu wątkowi należycie się rozwinąć. Czujemy, że gdzieś tu dzieje się większy scenariusz, ale nie ma czasu łączyć jego wątków, bo nagle gra się kończy i nie wiemy właściwie, dlaczego tak, a nie inaczej.

Jak już jednak wspomniałem, to multiplayer jest tym, na co czekam, gdy sięgam po kolejną odsłonę serii DICE, a teraz już nawet Battlefield Studios, albowiem na potrzeby stworzenia szóstej części EA połączyło siły kilku ekip w swoim portfolio: DICE, Criterion Games, Motive Studio, Ripple Effect Studio i Ridgeline Games, które odpowiadało za kampanię i zostało zamknięte rok temu – chyba wiem dlaczego. I choć część mnie jest zawiedziona, że prawdopodobnie już nigdy nie zobaczymy nowej gry od którejkolwiek z tych ekip, to rozumiem, że był to jedyny sposób na wytoczenie równej walki z dominującym na rynku Call of Duty – i ruch elektroników się opłacił. Battlefield 6 jest zdecydowanym zwycięzcą w batalii strzelanek militarnych tego roku i choć wątpię, aby finansowo był w stanie przebijać walec, jakim jest seria ActiVision, to na pewno wizerunkowo ją zmiótł. DICE i ekipa wyciągnęli wnioski z poprzedniej odsłony, uderzając we wszystkie zarzuty i przypomniało weteranom (jak ja) o odsłonach swojej świetności. Na czele z genialną trójką.

Przede wszystkim w grze wrócił klimat, jakkolwiek by to brzmiało w kontekście takiej produkcji, tradycyjnego i dojrzałego FPS-a sieciowego. Tym, co mówi o tym najwyraźniej, jest porzucenie (choć nie całkowicie), koncentracji na żołnierzach, nadając im imiona, wypowiedzi i gesty po zakończeniu starć i innych elementów, mających niemalże zrobić z Battlefielda hero-shootera. Choć jeśli wejdziemy głęboko w personalizacje wojaków, to przy niektórych skórkach możemy odczytać dane personalne, pochodzenie itp., to wszystko już nie przyjdzie nam przewracać oczami przy odzywkach naszej drużyny po zakończonym meczu czy wyborze przed nim. Tym samym koniec z operatorami i powrót do klasycznych czterech klas, ze swoimi specjalnymi gadżetami. Nawet nie widziałem, że z taką ulgą przyjmą generycznego wojaka w hełmie.

Inną rzeczą, za którą tęsknili fani BF-a to porządne zniszczenia otoczenia, albowiem choć „levolution” ładnie sprzedawało się w materiałach marketingowych, tak na polu walki (hehe) nie było czuć chaosu walących się ścian i sufitów. Tych, którzy obawiali się, że technologia zniszczeń DICE jest teraz już w Embark Studio, szybko uspokajam: i bez swoich weteranów DICE potrafi kruszyć mury. Znów w starciach na punktach podboju, czuć unoszący się popiół i piasek. Ściany nie są idealnym ukryciem, albowiem każdy czołg czy entuzjasta wyrzutni RPG, może szybko zniszczyć  nam zasłonę. Słyszę tu i tam, że zniszczenia to nie to samo, co kiedyś – że kiedyś „to było, a teraz to nie ma”. Jak zwykle podchodzę z dystansem do porównywania obrazów z zawodnej pamięci, oblanych nostalgią, ze stanem obecnym. Najistotniejsze, albowiem jest to, że starcia, w których bierzemy udział, odzyskały chaos, odzyskały potencjał na „momenty Battlefield”. Mapy na zakończenie pojedynków nie przypominają ich początku. Nie wiem, czy potrzebuje, aby jeszcze bardziej podlegały zniszczeniu. Tym bardziej że ich projekt odbiega od tego, co, chociażby robiło Bad Company 2.

Nigdy nie sprawdzam gier w testach beta. Podobnie nie ruszam wersji demonstracyjnych gier. Szczególnie jeśli podobnie do Battlefield 6 i tak zamierzałem zaopatrzyć się w grę. Z komentarzy, jakie do mnie trafiały, przebijała się opinia, że mapy są za małe. Że twórcy gonią COD-a i chcą przyciągnąć jego graczy zbliżonymi doznaniami… i jeszcze raz się przekonałem, że w kwestiach gier mogę ufać jedynie sobie. Nie. Jak to zwykle bywa, są te, które pasują mi lepiej, inne gorzej, a jeszcze inne to syf dla kamperów na dachach. Nie było jeszcze shootera, który trafił z każdą mapą. Fakt faktem, pola walki w grze są mniejsze, ale dzięki zmniejszeniu liczby graczy na serwerach (co oceniam za słuszne), zmniejszył się czas pomiędzy starciami, ALE bez schodzenia do szalonego tempa z gier ActiVision. Wciąż jest tu gdzie pędzić czołgami, jeśli nie załapiemy się na transport, to sobie pobiegamy, jak i polatać samolotami czy śmigłowcami. To Battlefield taki, jakiego pamiętamy, jakiego wspominamy i na jakiego czekałem.

Od samego początku poczułem się jak u siebie. Tak, jak w Battlefield 2042 momentalnie musiałem sobie coś ustawiać, szczególnie w kontekście sterowania pojazdami (te latające pomimo aktualizacji nie udało mi się doprowadzić do stanu używalności), tak tutaj nie musiałem zbyt wiele zmieniać. Nieco zmieniło się sterowanie ciężkim sprzętem na gąsienicach, który prowadzi się bardziej realnie, gdyż masa naszego pojazdu odgrywa większą rolę w panowaniu nad nim. Nieco mylące na początku, ale po ponad stu godzinach online uważam, że ciężkim Abramsem lepiej nigdy mi się nie jeździło. Ukochane przeze mnie helikoptery wróciły do łask i nie raz, nie dwa, dostawałem zaproszenia do znajomych od drugiego pilota. To samo zresztą mogę powiedzieć o strzelaniu, które, choć ważniejsze w szuterze online na pewno jest, to trudniejsze do opisania, co wpływa na jego pozytywną ocenę. Zatem powiem krótko: jest czym strzelać, jest jeszcze więcej możliwości modyfikowania broni, a samo strzelania sprawia radochę, każdy rodzaj broni, jak i kaliber, inaczej się opanowuje. Strzela się w Battlefield 6… fajnie.

Powrót do dobrej zabawy z najlepszych lat to jednak nie wszystko, czym szóstka błyszczy. Na przestrzeni całej gry odnotowałem szereg drobnych zmian i nowości, które jednak nadają rozgrywce powiew świeżości. Od takich rzeczy, jak stacje naprawce i ładujące amunicje dla pojazdów w lokacjach, po fikołek, jaki nasz wojak jest w stanie wykonać przy upadaniu z niedużej wysokości, aby uniknąć obrażeń. Bardzo podoba mi się możliwość oparcia każdej broni o powierzchnię (np. narożnik zakrętu korytarza), aby zredukować nieco rozrzut. Wspominałem, że gra wraca do klasycznego układu klas, jednak mimo wszystko pozwala na dowolny wybór kategorii broni pomiędzy nimi. Fajnym patentem natomiast jest subtelne kierowanie nas w kaliber dla klasy poprzez bonusy. Ciężki karabin typu LKM może założyć każda z klas, ale jedynie żołnierze wsparcia, będą mogli z nim się poruszać bez uszczerbku na mobilności. Inżynier może strzelać z karabinu snajperskiego, ale jeśli będzie posługiwał się bronią typu SMG, znacząca obniży odrzut przy ogniu ciągłym. Inną sprawą jest, że choć klasy wróciły w stylu klasycznym, to i tutaj udało się coś urozmaicić: każda z nich, albowiem ma podklasy, które odblokowuje się wyzwaniami. Te nie wywracają ich do góry nogami, ale możemy być inżynierem z nastawianiem na niszczenie wrogich pojazdów dzięki wzmożonemu arsenałowi rakiet RPG, lub wzorowym mechanikiem, dzięki lepszej „spawarce”. Podoba mi się.

Innym punktem zapalnym w rozmowach na temat Battlefield 6 jest kwestia monetyzacji gry, jak i progresji w grze, odblokowywanych przedmiotów oraz skórek. Oczywiście odniosę się do tego, jednak zanim to zrobię, to musicie wiedzieć, że… mam na to wszystko wywalone do granic możliwości. Wychowałem się na BF-ie, w którym był dostępny jeden wzór na klasę, z jedną bronią o jednym celowniku itd. Totalnie nie interesuje mnie to, w jakich kolorkach mam broń, mundur czy zawieszkę przy lufie. Stąd nie interesuje mnie, co odblokowuje i jak szybko dostaje nowe rzeczy w trakcie zdobywania poziomów w grze. A zatem: czy to prawda, że wyzwania bardzo powoli przesuwają nas w progresji i po szczeblach Season Passa? Tak. Czy wyzwania z całych sił próbują nas zmusić do grania w darmowe Battlefield REDSEC, a więc tryb battle royal? Tak. A czy sklep wewnątrz gry to prawdopodobnie najlepiej dopieszczony element gry, a twórcy nie pozwalają nam zapomnieć o jego istnieniu nieustannymi reklamami? Tak. Czy uważam, że to powinno wpłynąć na ostateczną ocenę gry? Nie. Rozumiem, że są osoby, które alergicznie wręcz reagują na styczność z monetyzacją w grach AAA. Szczególnie jeśli nie mało za nie zapłacili. Natomiast po prostu mnie to nie obchodzi i dopóki jestem w stanie czerpać dobrą zabawę z rozgrywki gry bez dodatkowych kosztów – nie mam z tym problemu.

Wiele również słyszałem o tym, jak bardzo gra jest popsuta i wymaga poprawek jakościowych, jednak i z tym mam problem. Jasne. Chwile po premierze gra sypała na lewo i prawo błędami graficznymi, z których niektóre widzieliście na materiałach z moich pierwszych wrażeń. Od migającego oświetlenia, zawieszonych w powietrzu elementach otoczenia, czy to gdy mój standardowy celownik losowo przełączający się w termowizje, to przykłady, które pamiętam z pierwszych dnia na serwerach. Jednak obecnie z ręką na sercu muszę powiedzieć, że trudno mi sobie przypomnieć ostatni raz, kiedy coś podobnego miało miejsce w trakcie sesji. Problemy z grą sieciową właściwie mam jedynie w trakcie sesji ze znajomymi z pecetów – tak, w grze dostępny jest między platformowy crossplay. Objawia się to problemami z utrzymaniem grupy w całości przy dołączaniu do serwera, gdzie załadowaniu się mapy, okazuje się, że kogoś brakuje. Jeśli natomiast gram z osobami na PS5 lub solo – zero problemów.

Graficznie gra prezentuje się całkiem nieźle. Jako produkcja wyłącznie dostępna na obecnej generacji konsol spodziewałbym się jednak więcej po wykonaniu kampanii. Przede wszystkim w grze nie ma dynamicznego oświetlenie, a niektórym obiektem (np. postaciom w grze) brakuje poprawnych cieni. Panoramy i inne widoczki mogą się podobać, ale mamy wrażenie, że trochę jakbyśmy patrzyli na ładne makiety w oddali. Widać, że twórcom zależało na klatkarzu i tym samym gra trzyma się kurczowo sześćdziesięciu klatek. Czasem na ekranie dzieje się sporo, ale nie robi to wrażenia na silniku gry, co może cieszyć. Natomiast w kwestii klatkażu dzieje się coś dziwnego w trakcie scenek, w których tracimy kontrolę nad sterowaniem i obserwujemy np. rozmowę dwóch osób. Wyraźnie mam wrażenie, że te sceny schodzą do „filmowych” trzydziestu klatek. Podobnie do znacznie lepiej prezentujących się sekwencji poza silnikiem gry. W pełni renderowane wyglądają dużo, dużo lepiej niż martwe spojrzenia na silniku.

W trybie wieloosobowym natomiast przede wszystkim cieszy performance przy sporym zamieszaniu, jakie potrafi się zrobić na ekranie. Grając sieciowo, jednocześnie nie skupiamy się na cieniach i tego rodzaju pierdołach, więc na makietach, czy też nie, gra wygląda ładnie. Zatem, o ile grafikom z Battlefiel Studios za ich pracę premii był nie dał (wypłata wystarczy), tak pochwała należy się dźwiękowcom. Wiele razy już o tym wspominałem, więc przepraszam, jeśli jeszcze raz usłyszycie ode mnie, że przelatujący nad głową myśliwiec, to fenomenalne doświadczenie dla zmysłu słuchu. Dźwięki pola walki to absolutnie górna półka. Poczynając od tego, jak brzmi broń, z której strzelamy, dźwięki pozostałych pojazdów, jak i walących się ścian budynków. Świetnie zaimplementowane jest również trójwymiarowe audio, dzięki któremu nie jestem grać w Battlefielda 6 bez słuchawek – słychać dosłownie wszystko i to z precyzją do kierunku, jak i wysokości względem nas.

Mam jednak osobisty problem z Battlefield 6. Podobny do DOOM: The Dark Ages, albowiem w jednym i drugim przypadku płyta w pudełku to gloryfikowana podstawka pod kubek. Nie ma na niej nic. Wszystko ściąga się z internetu. Zatem tym bardziej rozumiem osoby, które nie są w stanie zaakceptować płatnych skórek w grze, za którą zapłacili setki złotych. Ja nie potrafię przejść obojętnie wobec faktu, że kupując produkt, tak właściwie go nie posiadam. Na domiar złego, chyba w odpowiedzi na potrzebę graczy o małej przestrzeni dyskowej w konsolach, zaraz po włożeniu do konsoli, wita nas ekran z wyborem zawartości, którą chcemy ściągnąć na dysk. Pozycji jest 9, a ponieważ ich nazwy nie do końca mi mówiły, co powinienem, a czego nie warto ściągać, wybrałem wszystko. Przez to w momencie nowej aktualizacji gry, ściąga się ona dziewięć razy i tyle razy instaluje. Pierwszy raz coś takiego widzę i jako osoba o naturze konsolowca, czuję się zagubiony i zniesmaczony. Ja nie chce myśleć przy uruchamianiu gry. Wybór trybu graficznego już i tak nie pozwala mi spać.

Mimo wszystko: no będę grał w tego Battlefielda, bo uwielbiam ten rodzaj rozgrywki. Jest coś wyjątkowego w tej serii, która z jednej strony oczywiście dużo nacisku kładzie na indywidualne umiejętności gracza, ale też usilnie na powierzchnię wyciąga fakt, że tu nie o K/D chodzi – czy to przez punktację, czy to cele w trybach gry, wszystko krzyczy w nas, abyśmy „grali dla cholernych celów!”, a nie gonili ku osiągnięciu personalnych sukcesów. Podoba mi się, że nawet jak nie idzie nam jako piechota, to możemy pomóc czołgistom jako mechanik. Ktoś może wpaść na pomysł, że zostanie Dr. Queen serwera i za cel życia postawi sobie przywracanie kolegów z drużyny. Jasne, czasem trafi się zespół totalnych parapetów, nierozumiejących jak ważne jest wmieszanie ciężkiego sprzętu w pole walki, że działo przeciwlotnicze to zagrożenie, na którym trzeba się skupić lub gdy pilot śmigłowca robi nam „jesień średniowiecza”, to należy się i nim zająć. Jednak częściej jest właśnie tak, że ludzie to rozumieją i właśnie wtedy potrafię spędzić cztery, pięć godzin online w jednym posiedzeniu.

W jednym z komentarzy na kanale ktoś o Battlefield 6 powiedział:„do bfa 3 brakuje sporo,ale jak to mówią – na bezrybiu i rak ryba.” i przyznać muszę, że się z tym nie zgadzam. Szóstka jest naprawdę dobra. Myślę, że wiele osób nadgloryfikuje gry z przeszłości, zapominając o ich bolączkach, na które tak samo narzekali, jak robią to dzisiaj w nowych. Tak samo, jak dzisiaj, i wtedy mieliśmy lepsze i gorsze mapy, bardziej lub mniej zbalansowane bronie. Faktem jest, że poprzednie odsłony, a szczególnie mile wspominana wśród fanów serii, trzecia część, nie były tak nachalne w sprzedawaniu nam dodatkowych zawartości, skórek, zawieszek itp. – aczkolwiek to bardziej znak czasu, aniżeli wina samej gry. Od strony dobrej zabawy, bawię się tak samo dobrze, jak we wspomnianych odsłonach z ery PS3. Zdecydowanie mniej widzę tutaj problemów, aniżeli w ostatnim BF-ie. Wystarczy zapomnieć, że gra miała kampanię (o co nietrudno), uzbroić się zbroję na monetyzację i przygotować na solidne strzelanie online, dynamiczne starcia piechoty, maszyn lądowych i w powietrznych. Battlefield, jakiego znałem – wrócił.


Podobał ci się materiał?!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz