Żodyn. Absolutnie żodyn nie spodziewał się sukcesu, jakim dla PlayStation i studia Arrowhead okazała się premiera Helldivers 2. Produkcji tak bardzo zbliżonej do jedynki, że trudno mi to uwierzyć. Grałem w pierwsze Helldivers, więc wiedziałem, że kontynuacja będzie dobra, aczkolwiek nawet ja nie mogłem przewidzieć szaleństwa, jakie wywołała dwójka. Sukces ten to fundamenty sprzed lat, ale także podejście, na które pozwolić może sobie małe studio. Co ma swoje lepsze i gorsze strony.
Jeśli dopiero budzicie się ze snu zimowego i opuszczacie swoje jaskinie, a co za tym idzie, ominął was zalew informacji o Helldivers 2, to szybko podpowiem, że to gra z gatunku strzelanek, z kamerą umiejscowioną w trzeciej osobie, nastawiona w 100% na grę online – co okazało się niezwykle problematyczne dla produkcji w chwili pojawienia się na rynku (wrócimy do tego później). Kolejną rzeczą, którą musicie wiedzieć o Helldivers 2 to, że gra jest przeniesieniem niemalże do cna formuły marki Starship Troopers w świat gier wideo. Niejednokrotnie do tego stopnia, że ociera się o plagiat. Jeśli oglądaliście film z późnych lat dziewięćdziesiątych, z Casperem Van Dien, Denise Richards i Neilem Patrickiem Harrisem w rolach głównych, to wyobraźcie sobie jego przeniesienie w format gry i voilà! Oto Helldivers 2. W grze wcielamy się w bezimiennego (na dobrą sprawę) żołnierza, którego zresztą po każdej śmierci tracimy i zastępuje go, kolejny rekrut armii Super Ziemi – co samo w sobie już nadaje grze ram militarnej tragikomedii. Po szybkim szkoleniu podstawowych mechanik, jak strzelanie, przeładowania, rzucanie granatami i wzywania wsparcia z orbity, zostajemy zrzuceni w wir walki z dwoma gatunkami wrogich sił: automatonów oraz termidów. Pierwsi to kolejne nawiązanie do klasyka kina akcji z lat mojego dzieciństwa, albowiem frakcja ta łudząco przypomina siły Skynetu z serii Terminator. Termidy to robale ze Starship Troopers, wyglądające identycznie do tych z filmu, w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięć procent. Zostajemy zrzuceni w kapsule na planetę i naszym zadaniem jest wykonać cel misji, zabić jak najwięcej wrogów, może zająć się kilkoma celami opcjonalnymi i uciec po wezwaniu transportera. Misje natomiast wykonujemy solo lub w grupie, liczącej maksymalnie cztery osoby. Na chwilę obecną nie brzmi to zapewne, jak przepis na tak gigantyczny sukces, jaki niewątpliwie produkcja Arrowhead osiągnęła, a zatem gdzie jest haczyk?

Zupełnie szczerze trudno mi odpowiedzieć na pytanie: co jest kluczem do sukcesu tej produkcji? Co tylko potęgowane jest świadomością, że formuła gry praktycznie nie zmieniła się względem tego, co jedynka pokazywała na PlayStation Vita (później i PS4). Oczywiście znalazło się w grze kilka istotnych nowości jak możliwość przejścia w tryb pierwszej osoby przy strzelaniu, czy odbieranie obrażeń w różne części ciała. Wyróżniającymi elementami rozgrywki Helldivers 2 są niewątpliwie liczne rodzaje wsparcia, jakie możemy przywołać w trakcie starć i forma ich przywołania. Od dodatkowej broni, po plecaki z amunicją czy mobilne generatory tarczy ochronnej. Wiele rodzajów wieżyczek oraz jeszcze więcej form wsparcia z powietrza. Od nalotów dywanowych, po zrzut napalmu, czy potężnego, pięciusetkilogramowego ładunku wybuchowego. Do przywołania każdego musimy wprowadzić odpowiednią kombinację przycisków kierunkowych, co nadaje tej czynności zręczności, która w chwilach stresu np. ucieczka przed hordą robali, tworzy historie zostające z nami na długo po odłożeniu pada. Zresztą to nie jedyne miejsce, gdzie przyjdzie nam bawić się we wprowadzanie szyfrów kierunkowych. Misje na planetach to nie tylko szerzenie dostępu do wolności słowa oraz demokracji wiadrami pocisków, ale także prace do wykonania. Podłożenie bomby i wysadzenie wieży komunikacyjnej. Odzyskanie surowców z przejętego przez wroga obszaru. Umożliwienie ucieczki promem kosmicznymi cywilom z bazy wojskowej. Wystrzelenie rakiety o ładunku atomowym oraz wiele innych. Zdarzy się, że będziemy musieli nosić ciężkie pociski do artylerii, rozrzucone na obszarze pociskami, czy wykonać inne manualne mechaniki, a dopiero potem wklepać kombinacje kierunków, aby uruchomić działo ziemia-powietrze, dla przykładu. To zdecydowanie bardzo potrzebne urozmaicenie rozgrywki, które przeplata się z nieustannym strzelaniem do wrogów i generuje niezapomniane scenariusze. Wymagająca od nas wzajemnego ubezpieczania się z kompanami, ochrony własnej skóry i wykonywania mozolnych czynności.




Po ukończeniu misji gra prezentuje nam ekran podsumowania, na którym wyszczególnione są różne aspekty misji i jak nam poszło. Zgodnie z nimi widzimy nasz wpływ na międzygalaktyczny konflikt całej społeczności, co samo w sobie jest przezabawne: kończymy misję na najtrudniejszym poziomie, ledwo uchodząc z życiem i gra komunikuje nam, że nasz wpływ na wspólny cel to 0,00001%. Każdy gracz ma swój statek domowy, w którym rozwija wsparcie przywoływane podczas misji oraz wykupuje nowe bronie, ubranka, czy akcesoria wizualne, jak pelerynki i emotki. Wszystkie te elementy wykupujemy za zbierane na misjach surowce lub fundusze za ukończenie misji. Surowce podzielono na kilka gatunków, a im lepsze usprawnienia chcemy wykupić, tym rzadsze surowce będą nam potrzebne, a te znajdują się na misjach o wyższym poziomie trudności. W ten sposób gra kieruje nas nieustannie, w co raz to trudniejsze misje, jeśli chcemy rozwijać nasz arsenał. Tym samym warto tu nadmienić dwa aspekty gry. Po pierwsze, lepsze spluwy kosztują więcej, a pensja na misje nie jest duża. Jednocześnie w grze funkcjonują mikrotransakcje, więc osoby wyciągające portfel, dojdą szybciej do lepszych broni. Natomiast, ponieważ korzyści nie są aż tak duże, a cała gra zbudowana jest na fundamencie PVE, nie uważam, aby to był wielki problem. Druga sprawa wynikająca z kierowania nas w stronę trudniejszych misji jest „prawie zupełnie nieunikniona” konieczność grania z innymi graczami. Misje solo od pewnego momentu, to zabawa dla masochistów. I znów, nie powiedziałbym, że to problem, albowiem moim zdaniem: grając w pojedynkę, bardzo dużo stracimy z magii Helldivers 2.
Zaletą gry, albowiem jest to, że należy ona do kategorii zabawy z innymi graczami, gdzie do zwycięstwa dążymy wspólnie. O czym gra przypomina nam na każdym kroku. Tło fabularne buduje obraz walki o wspólne wartości, cele i dobrobyt wszystkich mieszkańców Super Ziemi, której jesteśmy przecież dumnym obywatelem. Wierzymy w demokrację i wolność, którą gwarantuje tylko Super Ziemia. Dlatego musimy walczyć z każdym przejawem prób zniszczenia naszego tu i teraz. Niezależnie od ceny, jaką przyjdzie nam za to zapłacić. Tak. Propaganda jest silna w Helldivers 2. Aczkolwiek nigdy nie tracimy świadomości, że to pewna parodia, paszkwil z autentycznej propagandy, jaką po dziś posługują się takie państwa-szmaty jak Rosja. Absurd widoczny jest gołym okiem i trzeba mieć naprawdę solidny burdel pod sufitem, aby uważać, że gra jest ukrytą bronią polityczną – patrzę na ciebie randomowy pismaku z Kotaku. Pod tym kątem, to może i faktycznie gra jest sukcesem, albowiem w branży, w której jak ognia unika się stawiania twardych poglądów liberalistycznych, Helldivers nie boi się iść naprzód z „orzełkiem, amerykańską flagą i słowem ‚wolność’ wytatuowanym na gołej klacie. Ostatnią grą, do której tak bardzo pasowały określanie bro-produkcja i serwowała taką dawkę maskulinizmu, było indycze Broforce. Helldivers uderza w bardzo podobne nuty. Od muzyki, która nie ma prawa być aż tak wyniosła i epicka, przez wszystkie inne materiały audio, rozmowy i komunikaty tekstowego – wszystko podtrzymuje „słodki smak wolności”. A co najważniejsze, słodycz ta przenika warstwę narracyjną i rozlewa się po całej rozgrywce.





Niebagatelne znaczenie w urzeczywistnieniu bezpardonowego absurdu gry ma jej silnik. Aby nie zalewać was szczegółami technicznymi – w sumie, ponieważ ich nie mam – to Helldivers 2 działa na totalnie niszowym silniku, który zasilał również pierwszą część, a który studio zaadoptowało jako swój, po tym, gdy jego pierwotni twórcy zaprzestali jego wsparcia i rozwoju. Dzięki temu tytuł ma swój unikatowy feel – i tak jak enigmatycznym jest to określenie, tak trudno wytłumaczyć, o co dokładnie chodzi. Nie się także wyeliminować możliwości, że to autosugestia. Jednak odczuwając rozgrywkę Helldivers, poprzez fizykę obiektów, animacje ciał żołnierzy, trupie kukiełki po śmierci oraz wizualną rozwałkę, odczuwamy spędzanie czasu z czymś unikatowym. Gra wygląda bardzo dobrze i działa również znakomicie. W większości sytuacji. Może czasem, gdy rozwałka jest naprawdę niesamowita na ekranie, coś lekko zwolni, aczkolwiek częściej gra zachwyca efektami. Zmiana perspektywy to nie tylko plusy dla grafiki, ale też bardzo dobra zmiana dla rozgrywki. Wybuchy, trąby powietrzne, czy późno dodane deszcze meteorytów – bardzo przyjemne dla oka. A jednocześnie ma w sobie coś z prostoty działania starych shooterów z początku wieku. Aczkolwiek dobór silnika dla gry i decyzja o jego adopcji in-house, miała i swoje ciemniejsze strony. Stan, w jakim gra pojawiła się na półkach sklepowych, wołał o pomstę do nieba. Kolejki do połączenia się, niedziałające serwery, problemy z grą wśród znajomych (nawet na tej samej platformie), czy rozłączanie w trakcie misji. Wszystko, co mogło nie działać przy premierze gry online, nie działało. Na domiar złego, twórcy narzucili sobie takie tempo wydawania kolejnych łatek, że za każdym razem, gdy jedną rzecz naprawiali, coś innego zostało popsute. Czy dla Ciebie, czytelniku ma to znaczenie, teraz? Prawdopodobnie nie. Większość tych rzeczy została naprawiona i obecnie granie w Helldivers jest raczej bezproblemowe. Po dziś dzień w grze występują glitche, aczkolwiek lwia część tych przypadków kategoryzuje się je jako zabawne i niegroźne, a przez uczuć (nienawidzę tego tłumaczyć) silnika, nawet akceptuje jako część gry.

Natomiast, czy po tym wszystkim, co napisałem, uważam grę za tak wyjątkową i udaną, że samym nią można wytłumaczyć jej sukces? Absolutnie nie. Uważam Helldivers za bardzo dobrą grę. Jestem zaskoczony, jak bardzo druga część przypomina mi jedynkę, jako gra sama w sobie. Zatem, skąd tak gigantyczny sukces? To, co moim zdaniem wyróżnia kontynuację, to względy socjalne. Helldivers 2 to gra wiralowa, a ten aspekt zaczyna nabierać niebagatelnego znaczenia w obecnej branży. Kluczowego nawet. Produkcja studia Arrowhead działa w podobnym obszarze, co Among Us, czy Lethal Company, czy nawet Fallguys. Indie produkcje, które w momencie uchwyciły społeczność. I tak wiem, że za Helldivers podążą gruby portfel PlayStation, aczkolwiek „śmieszkowatość” otoczki, działanie silnika zahaczające o coś, co w języku angielskim określa się jako ‚jank’, konieczność wykonywania prostych, ale kłopotliwych prac w połączeniu z pełnoprawną rozgrywką shootera oraz – najważniejsze – permanentny bratobójczy ogień, to składniki na wiral, i to się udało. Jednak jak każda taka produkcja, tak samo, jak szybko osiąga sukces, równie szybko może zniknąć. Podobnie do sukcesu, tak i porażce może zadecydować coś, co zupełnie nie jest związane z grą. Tak właśnie wygląda świat wirali. Studio Arrowhead radzi sobie z utrzymaniem gry na powierzchni oceanu wiralu, dzięki częstotliwości dodawania nowego contentu do zdobywania oraz specyficznemu podejściu do prowadzenia narracji gry, które przypomina papierowego RPG, prowadzonego przez żywo reagującego na to, co się dzieje na serwerach gry. Pytanie, jak długo będzie się to udawać, choć biorąc pod uwagę perspektywy, kolejnych frakcji wrogów, czy wciekające informacje o pojazdach – raczej jeszcze trochę o Helldivers będziemy słyszeć. Nie mniej. Helldivers 2 to solidny shooter. Jeśli chcecie grać solo, to będziecie się świetnie bawić, do pewnego momentu. Zabawa online jest natomiast naprawdę ciekawym przeżyciem. Wraz z nią gra nabiera rumieńców taktycznych, gdzie m.in. przyjdzie nam dobierać uzbrojenie pod innych graczy. Najważniejsze jednak, że gra pisze nieprzewidziane historie i jest na tyle satysfakcjonująca, że nawet zatwardziałe „samotne wilki” powinny tego doświadczyć.





Podobał ci się materiał?!
…aby wesprzeć RaczejKonsolowo w misji szerzenia pasji do gier poprzez niezależny content, w 100% bez bullshitu i na maksa gamingowy!


Dodaj komentarz